turecka klasyka zawsze na propsie

Przy kolejnej szklance rakı można już tylko przymknąć oczy i dać się kołysać orientalnym dźwiękom, przepełnionym tęsknotą melodii i głosach śpiewających.

Może będzie to niespodzianką dla fanów (i nie tylko) słynnego z całuśnej piosenki Tarkana, który dołączył w wykonaniu tego utworu do Diwy Republiki, Müzeyyen Senar. Tym razem nie jest to anonimowa ludowa piosenka wzięta na warsztat przez współczesnych wykonawców. Słowa napisał jeszcze w języku osmańskim Rüştü Şardağ, a muzykę skomponował Fehmi Tokay. W internetach udało mi się znaleźć tłumaczenie, które podobno zaaprobował sam Tarkan.

Benzemez Kimse Sana
Słowa: Rüştü Şardağ
Muzyka: Fehmi Tokay

Benzemez kimse sana
Tavrına hayran olayım

Bakışından süzülen
İşvene kurban olayım
Bakışından süzülen
İşvene kurban olayım

Lutfuna ermek için
Söyle perişan olayım
Hüsnüne ermek için
Söyle perişan olayım

Bakışından süzülen
İşvene kurban olayım
Bakışından süzülen
İşvene kurban olayım

There Is None Like You
Tłumaczenie: Ali Yıldırım

There is none like you
Thy manner overawes me

That which languorously falls from thy eyes
Thy flirtations disable me
That which languorously falls from thy eyes
Thy flirtations disable me

To reach thy favors
Tell me and I will myself distraught
To reach thy beauty
Tell me and I will myself distraught

That which languorously falls from thy eyes
Thy flirtations disable me
That which languorously falls from thy eyes
Thy flirtations disable me


kiepska muzyka z ciekawszymi obrazkami

Może w końcu zbiorę się w sobie i zdążę opisać wspomnienia z pozostałych podróży po Turcji zanim utopią się w mętnych odchłaniach mojej pamięci. W międzyczasie wrzucam coś, co mi wpadło w oko podczas niedawnego pobytu w Stambule.

Otóż siedziałam sobie w pewnym miejscu, gdzie bombardowały mnie turecke klipy muzyczne z wiszącego vis-à-vis telewizora. Zdecydowanie nie jestem fanką popu tureckiego; lubię słuchać tureckej klasyki, folku i wszystkiego, co nadaje się do szklanki rakı. Dlatego dopiero to wideo zwróciło moją uwagę (klik).

Scenerią jest plenerowe muzeum ruin ormiańskiego miasta Ani we wschodniej prowincji Kars (podany link do ang. wiki, polska wersja zawiera bardzo mało informacji). Widać, że zespół produkuje się głównie w Katedrze Matki Boskiej. Na potrzeby wideo zbudowali sobie platformę (to zielone), która równa część podłogi Katedry z poziomem ziemi na zewnątrz – dla widoków.

Dwa kościoły na terenie Ani są na liście zabytków prowdzonej przez Światowy Fundusz Zabytków, “którego celem jest identyfikacja oraz ochrona i konserwacja najbardziej zagrożonych obiektów”. Dodatkowo, Katedra jest dawnym miejscem sakralnym Ormian.

Takie występy w miejscach sakralnych/muzealnych nie gorszą mnie, ani nie oburzają – jeżeli odpowiednio zabezpieczy się je przed zniszczeniem i w jawny sposób nie obraża się uczuć religijnych danej grupy. Ale w świetle relacji turecko ormiańskich tak się tylko zastanwiam nad reakcją tureckiego społeczeństwa, gdyby jakaś lala tańcowała sobie np. w ruinach meczetu.


dziewiątą z minutami

Siedzę w kawiarni, przy porannej bułeczce pogaça i herbacie. Myśli i nos niestety w służbowych mailach.

Nagle zaczynają wyć syreny z ulicznych głośników i promów stojących w porcie po drugiej stronie ulicy. Kelnerzy zatrzymują się, ludzie przy stolikach wstają.

Wojna, myślę, albo jakiś atak terrorystyczny. W końcu w ciekawych czasach przyszło mi żyć, tfu tfu, a właśnie jestem w Turcji. Ale nie, nikt nie ucieka. Zerknęłam na zegarek i już byłam w domu.

9:05. Dokładnie o tej porze, 76 lat temu, Atatürk zmarł na marskość wątroby.

Co roku tego dnia cała Turcja zatrzymuje się na jedną chwilę. Wszyscy wstają i oddają cześć najsłynniejszemu Turkowi. No, może oprócz tego nieboraczka przy jednym ze stolików, który musiał mieć tak głośny strumień muzyki ze słuchawek, że dopiero po chwili zorientował się w sytuacji i lekko zmieszany dołączył do reszty stojących.

A ja zaliczyłam uznanie w oczach mojego kelnera, który nieśmiało zapytał czy wiem, dlaczego staliśmy. A mogłam chociaż dostać darmową herbatę w nagrodę.

image


trudne chwile

Łatwo nie jest. Jeszcze cały tydzień do maratonu, a na każdym kroku czyhają na mnie pokusy, którym jednak dobrowolnie ulegam. Owszem, umiarkowanie, ale Jezusem i tak już nie zostanę.

Wczorajszy upadek jednak dał się we znaki i trochę pobolewało tu i ówdzie, dlatego też dzisiaj zapodałam lenia w temacie treningu.

A tymczasem, śniadanie mistrzów (miszczuff chyba) zaliczyłam zgodnie z zamiarem. Bajeczna kombinacja gęstej śmietany kaymak z miodem oraz simit i sezamowe ziarna. Trzeba to będzie jutro wybiegać.

image

Jeszcze nie minął stan błogości wywołany śniadaniowymi frykasami, a w głowie już krystalizował się plan na obiad.

Od dawna polowałam na zupę rybną podawaną tylko w niedziele u Adem Baba w Arnavutköy. Ale nigdy nie udało mi się dojechać tam na czas. Tym razem jednak dałam radę. Zupa nie rozczarowała, chociaż preferuję styl węgierski. Ta była bardzo delikatna i lekka, o kremowej konsystencji, z dużymi kawałkami ryby i drobno pokrojonymi ziemniakami.

Niestety, nie wyszło mi zdjęcie zupy, ale w zamian podzielę się fotką szaszłyku rybnego. Cóż za fantastyczna kreacja – kawałki przesoczystej soli rozpływały się na języku. To właśnie szaszłyk stał się hitem tego miejsca, a nie wcześniej wsponniana zupa, od której tyle oczekiwałam… no cóż, nie wytrzymała presji.

image

W drodze powrotnej pokręciłam się na wystawie fotograficznej przy porcie Beşiktaş, została jeszcze wystawa w dawnym sierocińcu w Ortaköy, postaram się napisać o tym później.

A kręciłam się mając na sobie koszulkę z krótkim rękawem i sandały na bosej stopie – sandały, które w Warszawie rozpoczęły już szafowe zimowanie. I mimo, że w Stambule też już czuje się jesienny chłodek, to nadal mogłam pozwolić sobie na taką ektrawagancję i poczuć jak morski wiatr muska moje stopy.

image

Dzień zakończyłam kolejnym klasykiem – lakerda, czyli surowe kawałki jednorocznego tuńczyka bonito (po turecku palamut) popite podwójną rakı. Z resztą, właśnie zaczyna się sezon na lakerdę, wiec kto może, niech korzysta.

image


moda na bieganie

Moi tureccy znajomi, a przynajmniej ta część kibicująca stambułskiemu klubowi piłkarskiemu Galatasaray, przyjęła moje nowe trampiszonowe barwy bez entuzjazmu. Niebieskie za bardzo przypomina kolory ich rywala, Fenerbahçe. Dobrze, że do tego żółtych skarpet nie mam.

Ale mój tytuł nie nawiązuje do mody w sensie ubioru, ani też do samej popularności biegania. Moda to dzielnica w Stambule. Cicha, zielona, położona nad brzegiem Bosforu łączącego się z Morzem Marmara.

image

Park w modzie. Jest bieżnia z tabliczkami pokazującymi dystans, miska z wodą dla zwierząt, siłownia na powietrzu i plac zabaw.

W Stambule jestem, oczywiście, na maraton. Na razie aklimatyzuję się. A jest do czego. Mój plan, że pobiegnę w długim rękawie i długich spodniach, na razie poległ. Jeżeli będzie taka temperatura i takie słońce jak podczas dzisiejszego biegu. Doceniam aurę, gdy np. siedzę w restauracyjnym ogródku lub na bosforskim  promie między Azją i Europą, ale na te 42km z groszami wolałabym jednak zachmurzone niebo i chłód.

Niemniej, dzisiejsze 8km było bardzo przyjemne. Może tylko poza zaliczeniem gleby przez potknięcie się o bardzo tutaj popularne śruby wystające z chodników.

image

Po biegu poszłam rozgrzać mięśnie w łaźni tureckiej i usunąć warstwy martwej skóry. Tak orzeźwiona i oczyszczona mogłam przystąpić do modlitwy posiłku.

image

Mule nadziewane ryżem – Midye Dolma.

image

Kaya Koruğu, czyli morskie zielsko.

image

mega jumbo shrimp

image

Kalamary, które nie są świńskim odbytem, popularnym substytutem w środkowej i zachodniej Europie.

image

Jako deser, albo przekąska do rakı.

Na wąskich ukiczkach balık pazarı w Kadıköy, pomiędzy stolikami i przesuwającymi się masami ludzi pojawiają się dzieciaki wystukujące rytmy na bębnach. Restauracyjni naganiacze najczęściej je przeganiają, mimo, że ludziom raczej nie przeszkadzają.

image

image

Ona nie da sobie w kaszę dmuchać. Wychowana na ulicy, przez ulicę.

Ta dziewczyna, starsza niż średnia wieku dziecięcych bębniarzy, nie dała się przegonić. Nie zrozumiałam co śpiewała, ale musiała zażartować sobie z przeganiającego ją mężczyzny, bo ten machnął na nią ręką ku uciesze wszystkich w około. Podejrzewam (tyle zrozumiałam), że oberwało się też premierowi i prezydentowi Turcji.


zakopane straszy

W Tatry jeżdżę zawsze nocą – autobusem. Rano jestem już na szlaku i do Zakopanego wracam tylko na chwilę, aby zjeść rydze i jagnięcinę z patelni. A potem dalej w drogę do domu. Omijam dojazdowe korki i nie mam też czasu przyglądać się “pięknym” Krupówkom.

Tym razem było inaczej – z różnych względów przeszłam Krupówki z góry na dół i z dołu do góry. Nie ma się co rozpisywać. Ogólne bezguście, przaśność i kicz.

Na szczęście byłam też z dala od zgiełku. Mimo pięknej pogody, a co za tym idzie, masy turystów, dla mnie szlaki i zmęczenie to zawsze odskocznia.

DSCF8503edited

image

image

image

image

Niestety, old habits die hard i do domu wróciłamz dwoma oscypkami, już wiem, że to ostatni raz.

image

Podróż po Polsce samochodem to osobna historia nie warta nerwów i czasu. Następnym razem znowu autobus, lepiej to przespać.


IMG_20141009_111601

Continue reading

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 107 other followers