z pigwami to jeszcze nie koniec

Pigwy chyba nadal w natarciu, więc jeszcze rzutem na taśmę zapodaję szabrowniczych przygód ciąg dalszy.

Dla przypomnienia, ostatnio na tapecie był deser turecki, tylko zabrakło typowej tureckiej śmietany kaymak, w miejsce której zapodałam serek ricotta. Prawie, ale to jednak nie to samo.

Tym razem zdecydowałam się eksperymentować z membrillo, czyli hiszpańskim specjałem  w postaci galaretki. Albo jak komu wyjdzie – marmolady.

Korzystałam z tego przepisu, albo można posiłkować się tym po polsku. Generalnie, myślą przewodnią powinno być “nie przypalić”.

Przed gotowaniem, do krojenia pigw wykorzystałam tego “jabłkowego narzędzia” wykrawającego środek owocu, a resztę na osiem części.

Do gotowania wrzuciłam wszystko, łącznie z pestkami. Należy wygotować pigwy + pół cytryny do miękkości. Można to zrobić w garnku z wodą na kuchence lub w żeliwnym w piekarniku. Gdy owoce będą miękke a woda prawie odparuje, należy wyjąć cytrynę i zmiksować całość w blenderze. Wszystko przepuściłam przez sito, chociaż powinnam była być bardziej dokładna, bo zostały maciupeńkie ziarenka, które jednak zostają w zębach i trzeba nieelegancko sobie w nich dłubać.

Ostatnim krokiem jest przełożenie masy do pojemnika wyłożonego papierem do pieczenia i albo wstawienie do piekarnika, albo suszarki do potraw. Nie wiedzieć czemu, miałam jakieś nieuzasadnione lęki przed osatnim krokiem w piekarniu, więc potrzymałam zbyt krótko, a suszarki nie posiadam. Wyszła marmolada, a nie sztywna galaretka.

Wg. hiszpańskiego zwyczaju serwuje się to z serem Manchego. Nie udało mi się go kupić na czas, więc próbowałam z włoskim Pecorino. W samej marmoladzie, dzięki mniejszej ilości cukru, bardzo fajnie czuć typowy smak i aromat piwgy. Jednak cóż mogę więcej powiedzieć:  zabrakło typowej tureckiej śmietany kaymak.

PS. Próbna porcja Memrillo została zjedzona za jednym posiedzeniem, bo zabrakło deseru (czytaj: baklava) do obiadu .


szabrownictwa słodkie skutki

Wiki opisuje to zjawisko tak:

“Szaber – proceder przestępczy, polegający na grabieży mienia pozostającego bez opieki w wyniku klęsk żywiołowych, przewrotów społecznych lub konfliktów zbrojnych (z niem. schaben – zeskrobywać; tu: zdrapywać, rozdrapywać majątek). Zjawisko znane od czasów starożytnych.”

A tak wygląda legalny szaber:

– No, hejka, są pigwy! Wpadajcie! Tu przeszła burza, ale poza tym jest ok. Masz drabinę, tylko nie spadnij. To ja potrząsnę, a ty zbieraj, tylko uważaj na głowę, bo może zaboleć. A może śliwki? Ale nie wiem, one takie… Ale winogrona lubisz?”

img_20160910_202809

Życie jest piękne, prawda?

Od razu na próbę zabrałam się za najpopularniejszy turecki deser z pigwą w roli głównej, Ayva Tatlısıi zrobiłam go wg. przepisu Özlem.

Składniki:
2 średniej wielkości pigwy
150g cukru
6 goździków
470ml wody
30ml soku z cytryny – ale wg. przepisu on nie jest nigdzie dodawany i jest chyba tylko do potraktowania pigwy, żeby nie ściemniała
30ml mielonego cynamonu

Najpierw należy przeciąć pigwy na pół – od zagłębienia kielichowego (tak to się nazywa fachowo) po szypułkę. Dalej, w zależności od stopnia dojrzałości owocu, będzie łatwo albo trochę mniej. U mnie było trochę mnej, a raczej bardzo bardzo mniej. Musiałam się nieźle napracować, by usunąć całą komorę nasienną i wykorzystałam do tego (bardzo ostrożnie) aż trzy rodzaje noży i łyżeczkę. Na koniec pozostaje obranie pigwy ze skórki. Niczego nie wyrzucamy, zwłaszcza pestek – one pomagają pigwie nabrać zupełnie innego koloru. Na każdym etapie obierania pigwy przecieram ją cytryną, żeby nie ściemniała (w pięknym kraju nad Wisłą to ostatnio straszne faux pas).

Do przetestowania jest pozostawienie komory noasiennej na czas gotowania i delikatnie wydłubać gdy owoc będzie już mięciutki. Na razie wszystkie filmy na youtube pokazują wydłubywanie przed gotowaniem, ale też na dojrzałych owocach, więc bez większego wysiłku.

img_20160911_081232

Dalej to już pikuś, chyba, że  ktoś będzie ubijał na pył cynamon w moździerzu, tak jak ja. Bierzemy garnek lub patelnię, układamy na dnie skórkę i komory nasienne + pestki, a na to układamy połówki pigwy dziurką do góry. Posypujemy cukrem, wrzucamy goździki i zalewamy wodą. Doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy ogień i gotujemy lekko przez 40 minut. Przepis mówi, żeby było to delikatne wrzenie i po tym czasie powinniśmy zaobserować zagęszczenie płynu. Ja chyba musiałam gotować zbyt lekko, bo nic takiego nie zaszło.

img_20160911_081757

Owoce obróciłam na drugą stronę, dosypałam cynamon i nastawiłam na kolejne 40 minut, tym razem na trochę większym ogniu.  W sumie to nie trzeba tego cynamonu ubijać i można wrzucić całą laskę – przy tym czasie gotowania aromat spokojnie się rozejdzie. Zawsze moża też kupić już zmielony cynamon, ale ja się od tego odcinam.

img_20160911_082158

Ponieważ 80 minuta gotowania przypadła grubo po północy, wyłączyłam ogień i zostawiłam przykryty garnek na kuchence na noc – z resztą przepis mówi, żeby po ugotowaniu zostawić do ostudzenia.

Rano wstałam i z braku śmietany kaymak zaserwowałam sobie na śniadanie z serem ricotta. Przydałyby się też kruszone pistacje, ale nie mogłam się doczekać otwarcia sklepów.

Afiyet Olsun! A organizatorce “legalnego szabru” piękne dziękuję :)

img_20160911_082750

PS Z czym można jeszcze gotować pigwę? Ze skórką cytryny lub pomarańczy, laską wanilii , anyżem, kardamonem , świeżym imbirem.


jak można było nie przyjeżdżać tutaj wcześniej

Takie retoryczne pytanie zadała jedna pani swojemu towarzyszowi po udanych, jak mniemam po zadowolonych minach, zakupach w gospodarstwie Majlert na warszawskiej Białołęce.

image

Ja też dałam się wciągnąć i od początku sezonu wsiadam na rower i w każdą sobotę jadę te 20km po zapas zieleniny na nadchodzący tydzień.

image

A propos, gdyby ktoś się zastanawiał jak udaje mi się utrzymać zielone w dobrym stanie przez cały tydzień, odpowiedź jest prosta. Najpierw myję, potem zawijam w wilgotny ręcznik papierowy, a na koniec zamykam w strunowej torebce plastikowej.

Po ostatnich zakupach zrobiłam sałatkę tabbouleh, która wołała o tzw.  “libańską przyprawę siedem przypraw”, albo inaczej zwaną baharat (advieh w języku perskim). Przyprawa nie jest stricte libańska i jest wspólna dla kuchni całego Bliskiego Wschodu. Różni się jedynie składnikami w zależności od regionu.

image

Po przejrzeniu licznych wersji przepisów dostępnych w internetach, stworzyłam swoją mieszankę – wszystkiego po równo, chociaż polecam poeksperymentować z ilością goździków, bo jednak lubią dominować:

czarny pieprz (podwójna ilość wobec pozostałych składników)
ziele angielskie
ziarna kolendry
kumin
goździki
gałka muszkatołowa
kardamon
cynamon
mielony imbir

Ooops, nie zmieściłam się w siedmiu. Ale co tam, przyprawa jest boska. Wersja turecka dodatkowo zawiera suszoną miętę.

image

Trzeba oczywiście wszystko samemu ubić w moździerzu, ale na tym właśnie polega cała przyjemność. Nie wspominając o roznoszących się zapachach.


nieuchronna wola moich demonów

Kierat 2016 – relacja, część I …ciąży nade mną niczym fatum nad bohaterami tragedii greckiej. Ale, żeby nie popaść w zbędny patos, bo w końcu mówię tylko o spakowaniu plecaka na Kierat, sparafrazuję prostymi słowami: znowu zje*ałam. No, może nie wszystko, bo buciory kupiłam z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, a spodnie, dopinaną torbę do plecaka i stuptuy całe […]

via nieuchronna wola moich demonów — I Started Training Only Yesterday


every little thing

Może nie takich dobrych wiadomości oczekuję ostatnio od życia, ale hej… Turecki Market otworzył nową filię na Marszałkowskiej i wpadłam tam dzisiaj przy okazji bycia w okolicy. Ku mojej uciesze, w końcu trafiłam na şalgam marki Doğanay, czyli napój fermetnowany z czarnej marchwii.

Kiedyś można było kupić w Samirze, ale potem zostały im jakieś niesmaczne produkcje na rynek niemiecki. Ledwo poznałam z nowym, nowoczesnym logo.

image

Trochę później tego samego dnia zawitałam u rzeźnika Mustafy i wzięłam na próbę biber ezmesi, czyli ostrą pastę z papryki. Trochę nie pasował mi emulgator jako składnik, ale mimo wszystko, wrażenia pozytywne, jutro rano będzie jazda na ostro, że tak powiem.

image

W każdym razie, pasta świetnie sprawdziła się jako dodatek do köfte.

image

Aha, i pamiętajcie o cukierni Tudel w podziemiach w Centrum (albo daleko w Raszynie). Znajdzie się małe Conieco do tureckiej herbaty po kolacji.

image


happy end i reinkarnacja przed śmiercią

Zabrakło mi miejsca na kuchennym stole zastawionym wszystkim i niczym. Przesunęłam deskę do krojenia i bęc bum trach. Kurwa.

image

Zostały mi dwa stare ulubione kubki i właśnie jeden z nich się, delikatnie mówiąc, uszczerbił. Chociaż trzeba mu przyznać, jest twardy. Można było myśleć o rewiatlizacji. Byle nie klejem, bo trucizna, itp.

Długo nie szukałam w necie. Znalazłam pracownię, w której dziewczyna robi biżuterię ze starych talerzy, kubków, itp. Biżuteria z talerzy. Oddałam kubek, oddałam odpryski i dałam wolną rękę.

Oto wyniki. Jestem kontent. Bałdzo.

image

image


o mamo, ale umami

Dzisiaj musiałam trochę improwizować, bo nie zaplanowałam zakupów na te dwa dni, a że nie świętuję, to też nie przygotowałam żadnych potraw w ilości jak na jakąś klęskę i co pozwoliłoby przetrwać w piwnicy przez tydzień albo
i dłużej.

Miałam w lodówce pozostałości po indyku pieczonym w piekarniku – galareta
i trochę tłuszczu, które zawsze zostawiam i stosuję do smażenia i gotowania różnych różności.

Wykorzystałam tego trochę do ugotowania kaszy bulgur, do której dodałam też w trakcie gotowania trochę soku z limonki. W osobnym garnku poddusiłam na tych indyczych sosach grzyby shiitake i młodą kapustę z czosnkiem, rozgniecionym (ale nie mielonym) kminem, ziarnami kolendry, świeżo zmielonym czarnym pieprzem i białym winem.

Czary mary w 20 minut.

IMG_20160327_205613