niedzielne bieganie i wredny atak na moją osobę z zasadzki i jak sobie potem to zrekompensowałam

Kochani, byłam dzisiaj w Kampinosie, ale zapomniałam zestawu zabawek do piaskownicy. Dlatego tylko trochę sobie pobiegałam.

Zaczęłam od śniadania. Było mocno improwizowane, bo w ogóle miałam być w górach, firma pudełkowa mnie zawiodła z dostawą żarła, a w końcu nie miałam też cierpliwości stać w kolejce z niedzielnymi surwiwalowcami.

W każdym razie było tofu, kiełbaski jagnięce, szparagi i grecki makaron, który chyba jest robiony jak turecka tarhana.

W Kampinosie odbywał się VI Bieg Łosia, ale na szczęście trasa nie była ogrodzona jak wczoraj w parku Szczęśliwickim z okazji Ekidenu i mogłam swobodnie biec pod prąd.

W tym miejscu chciałam Was jednak przestrzec, bo ścięte drewno równo poukładane wzdłuż ścieżki może i idealnie chroni przed wzrokiem innych ludzi, ale nie przed tym, co się tam skrywa. A są to wszystkie insekty z Kampinosu, które akurat w to miejsce, w tym czasie zleciały i za tym drewnem czekały na obnażenie mojej zacnej bladej dupy.

Biegło się ciężko, nie tylko ze względu na mój notoryczny brak formy, ale było też gorąco, no i ten piach…

Na szczęście wzięłam ze sobą plecak z workiem na wodę, który mnie zdecydowanie spowalniał, ale dzięki tej wodzie jakoś doczłapałam się do końca.

A potem już tylko regeneracja w restauracji SaigonKa, na którą zdecydowałam się po przeczytaniu rekomendacji Pyzy.

Woda wodą, ale tropikalna lemoniada i kokos przywróciły mnie do życia.

Potem już tradycyjna polska dieta – kaszanka, pierogi i rosół z makaronem i wkładką mięsną.

A do SaigonKi wrócę jeszcze na kociołki, może po kolejnym dłuższym wybieganiu.

Advertisements

miał być krótki wpis o pogodzie i zapierdalaniu w kółko po parku, ale to był tylko pretekst dla kolejnego przydługiego tytułu

Co tam u mnie, pytacie? Dziękuję, ujdzie. Dochodzę do siebie po jakiejś nagłej i przeraźliwej utracie sił witalnych. Raz z zajęć fitness musiałam wyjść po 20 minutach, co by scen nie robić i na blady pysk nie paść – przecież nie będę na siłownię do Bydgoszczy jeździła. Do pracy też przestałam chodzić, bo gdzie bycie w chuj korporacyjną i uśmiechniętą. Po tygodniu przebywania z samą sobą i moim nowym oczyszczaczem powietrza zrobiło się nawet całkiem sympatycznie, ale gdy któregoś ranka zjechałam windą do recepcji mojego aspirujacego blokowiska odebrać pozostawioną dla mnie paczkę z jedzeniem, wybiegł z recepcyjnego zaplecza pan z ochrony. I on bynajmniej nie wybiegł mnie powitać, jestem przekonana, że spieszył tym swoim korytarzem wyrzucając pod nosem “kurwa kurwa jprdl”, ale potem się chyba zorientował, że są tacy ludzie, co tydzień z domu nie wychodzą, w sumie są niegroźni, wystarczy trochę jasnego światła i butem w ich umowne 45cm. Wygładził krawat i grzywkę, coś tam. Przetrwałam tak do końca weekendu, nawiązałam bardzo bliską więź z kurierem, którego nigdy nie spotkałam, ale przynosił mi jedzenie, więc wiecie. Potem w ramach przygotowania do poniedziałku poszłam na siłownię i na jogę, aby popatrzeć na nienetflixowych ludzi. I na tej fali dopłynęłam dzisiaj do biura, wcześniej jednak oddając kubeł krwi na kolejne badania, których wyniki po latach prób w końcu spadły o te trzy jebane punkty i to jest powód, że w chuj z projektami, bo o trzy punkty w dół i jestem tylko o punkt od normy (zawsze ten jebany punkt). Ale ja nie o tym, chciałam tylko napisać, że dzisiaj było takie powietrze, że nawet nie włączyłam komputera i internetu po powrocie do domu i poszłam biegać. I słuchałam Fleetwood Mac i nie mogłam znaleźć Gold Dust Woman w wykonaniu Hole, ale jak zacznę pisać o tym, że tam są tylko wersje karaoke, to nigdy nie skończę tego wpisu, a jest już po północy i znowu będę musiała wrzucać z datą wsteczną.


dla takiej okazji warto wyjść z katakumb

Pamiętacie małego skurwysynka?

https://wp.me/piwoI-21e
https://wp.me/piwoI-1YH

Ten dziad trwa mi, albo sobie, na złość.

Mamy tu do czynienia ze pewnym rodzajem perwersji. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że jest sobie mały skurwysynek. Jest już od dłuższego czasu, istnieje, bierze trochę CO2, oddaje O, chociaż chuj wie jak to jest. Czasem skapnie mu trochę wody, ale też nie robi scen gdy jej nie ma.

I tak sobie trwa tam, gdzie go postawiono, aż nagle jeb “o, jurwa, stary, nie zauważyłam, sorry, man, już ci wrzucam tę rozsypaną ziemię i masz tu jeszcze trochę extra wody, ojtam ojtam, nie pijejdol“.

I tak to mały, sponiewierany i kopnięty skurwysynek zdecydował się dać znać, że jednak żyje. Właśnie teraz, po czterech latach niczego.


wielkie plany, większa kupa

Tak, to był zdecydowanie nieudany dzień pod względem realizacji planów, ale hej – spędzam niajciemniejszy (w Polsce) czas 142km od równika i ładuję witaminę D na zapas, wystraszył mnie monitor (jaszczur) i złapałam zająca. Nie mogę narzekać.

Zanim przejdę do części opisującej serię porażek, to streszczę co się wydarzyło na początku wycieczki, co mogło być pewną wskazówką co do reszty dnia. Najpierw przebiegłam tuż obok wielkiego jaszczura i zauważyłam go dopiero, gdy moje stopa była na wysokości jego głowy, oddalona niecałe 50cm. Jaszczur się tylko spojrzał i powoli poszedł dalej, natomiast ja się całkiem wystraszyłam i zezłościłam na siebie, że nie widzę, co się w około mnie dzieje. Zwłaszcza po lekturze o krokodylach dzień wcześniej.

lizard_head.jpg

lizard_whole

Oczywiście wszędzie małpy, chociaż ten tutaj siedział sobie sam, bez towarzystwa, zapatrzony w siną dal.

monkey.jpg

Gdy już zeszłam z kładki na ziemię, to oczywiście musiałam zaliczyć spektakularne wyrżnięcie o glebę. Nie wiem jak ja to robię, ale ciągle się potykam, więc upadki mam już pod kontrolą. Tutaj padłam z trochę większym impetem, stąd też siniak, który będzie mnie bolał przy biegu jeszcze przez kilka następnych dniach. Jest tak duży, że nie zakrywa go cała moja dłoń.

Ale wracając do planów. Były takie, żeby ponownie odwiedzić MacRitchie Reservoir, w którym byłam już podczas wcześniejszej wizyty w Singapurze. Tym razem chciałam zejść ze szlaku i odszukać w dżungli dawną świątynię Shinto, Syonan Jinja. Została zbudowana przez japońską armię podczas drugiej wojny światowej ku czci  żołnierzy japońskich poległych w walkach o Singapur. Świątynia została zburzona po przejęciu Singapuru przez wojska brytyjskie. W 2002, Rada Dziedzictwa Narodowego zakwalifikowała pozostałe ruiny jako miejsce historyczne, ale oprócz tego żadne inne działania nie zostały podjęte (źródło: Wiki).

Na openmaps jest zaznaczona ścieżka i wejście do dżungli znalazłam bez problemu. Od razu włączyła mi się lekka adrenalina, gdy zauważyłam jak często rozgałęzia się wąska ścieżka. Przez pierwsze 50 metrów widziałam oznaczenia na drzewach (farba lub “kokardka” z taśmy), ale niestety, potem zostały już same rozgałęzienia. Krótko mówiąc, stchurzyłam i zawróciłam po 75 metrach. Była 3pm, o 7pm zapada zmrok i nie chciałam ryzykować, mimo, że trasa to niecałe 1.5km. Jak później sprawdziłam na stronie National Parks, ten spacer mógł mnie kosztować S$2000. Tutaj można sobie zobaczyć relację śmiałków i jak to wszytko wygląda na miejscu i trochę więcej historii.

Dalszy program dnia przewidywał przemieszczenie się z rezerwatu MacRitchie do dawnego chińskiego cmentarza Bukit Brown, ale odcinek w MacRitchie, który mi był do tego potrzebny, jest akurat remontowany. Dlatego porzuciłam plany i zdecydowałam się wrócić do domu, wcześniej zaliczając spacer Tree Top Walk, czyli na kładce zawieszonej na wysokości koron drzew. To też nie było mi pisane, bo akurat w poniedziałki kładka jest nieczynna. Zdemotywowana, postanowiłam wyjść z parku do cywilizacji najkrótszą drogą i udać się do domu. Bez tradycyjnego posiłku pobiegowego. Na pocieszenie spotkałam jeszcze jednego małego jaszczura, tym razem bez zaskoczenia.


meta z gwiazdką

Sensacją w wiadomościach kulinarnych było przyznanie gwiazdki Michelin dwóm singapurskim stoiskom (hawker stall).

Do pierwszego, Hill Street Tai Hwa Pork Noodles, pobiegłam jednym z licznych Park Connectors (PCN). Trasa wiedzie praktycznie przez centrum, ale z dala od ulic, wzdłuż rzeki Geylang.

Stoisko mieści się w bardo małym, zupełnie przeciętnym hawker center. Wyróżnia się jedynie tabliczką informującą o przyznanej gwiazdce i długą kolejką.

Najpierw należy wystać swoje, by złożyć zamówienie. Następnie wraca się do kolejki i czeka na zamówione danie. Wszystko twa bardzo długo, no ale poświęcenie itd.

W kuchni panuje pełne skupienie, tu nie ma czasu na nic innego niż wypuszczenie kolejnej miski. Taśma.

Taki łakomczuch ze mnie, że zamówiłam dwa dania. Pierwszym są kluchy (szerokie, żółte) z dodatkami takimi jak wątróbka wieprzowa, kulki mięsne, mięso mielone, pierożki chińskie, chrupka ryba smażona i słonina wieprzowa. To wszystko polane mała ilością sosu doprawionym między innymi octem. Ta wersja jest “na sucho”, ale można też dostać jako zupę. Ja chciałam poczuć wszystkie aromaty w skondensowanej formie.

Kolejną potrawą była zupa mieszana. W sumie na bazie tych samych składników, ale z dodatkiem wodorostów i bez specjalnego sosu, makaronu.

To proste dania, ale bogate w smaku, mogłabym je jeść do rozpuku. Jedna z tych misek w zupełności by wystarczyła, no ale. Dlatego muszę za jedzeniem  biegać.


east coast i rojak (nie mylić z kojak)

W sumie planowałam tę trasę już od jakiegoś czasu i to rozpoczynając od strony bliżej Centrum, żeby skończyć w East Coast Lagoon Food Village. Ale – jak pisałam wcześniej – przenieśli budkę z laksa na drugi koniec miasta, zatem bieg był od wschodu na zachód, żeby dopasować się do innego centrum kulinarnego.

singapore_20170104_2

Muszę przyznać, że zachodni koniec parku wzdłuż East Coast Road bardzo rozczarowuje. Samochody hałasują, jest daleko od brzegu i monotonnie. Lepiej chyba zacząć właśnie tam zostawiając cały syf za plecami i zbliżać się do celu w coraz ładniejszym otoczeniu.

Z mety to już był tylko rzut beretem do Old Airport Food Centre, gdzie spróbowałam bardzo dziwacznej potrawy o nazwe rojak. Można sobie zajrzeć do Wiki i przekonać się, że jednak to prawda, że co kraj, to obyczaj. Nazwę tłumaczy się jako mieszanka i tak to chyba powstało – taki azjatycki bigos.

U mnie na talerzu było chyba tak: you tiao, kiełki fasoli mung, tau pok, biała rzodkiew, ananas, ogórek i prażone orzechy arachidowe. To wszystko polane było gęstym i słodkim fermentowanym sosem krewetkowym. Wedle życzenia klienta potrawa doprawiana jest na ostro. Do powyższego miksu dodałam jeszcze jajko stuletnie.

Wszystko to popiłam napojem z gałki muszkatołowej, podobno.


muszę szybko napisać, bo nie wytrzymam

Zbieram się do napisania większego wpisu na temat krótkiego pobytu w Bangkoku, ale zanim to zrobię, muszę napisać tu i teraz, natychmiast, bo dłużej nie wytrzymam tego milczenia.

Otóż. Zjadłam robale. Skromnie, bo tylko dwa rodzaje, ale. Też ilościowo nie zadużo, ale nie dlatego, że się brzydziłam albo nie smakowały, tylko czasem mam alergie na krewetki (zwłaszcza te w pancerzach) i podobno na owady opancerzone mogę mieć również.

Oto one.

Larwa bambusowa (non pai) – praktycznie bez smaku, czuć tylko tłuszcz, w którym była smażona. Jest wysmażona na wiór. Rozpuszcza się na języku.

Świerszcz (tak ga tan) – również smażony na głębokim tłuszczu, ale fajnie chrupiący i w przyprawach – mój faworyt. Może dlatego, że wychowałam się przy Filipie, tym od Mai, i czuję jakąś więź.

Poza tym, były też żaby, które juz kiedyś jadłam, ale te nie były najlepsze. Smażone w cieście na głębokim tłuszczu. Nie były chrupiące, raczej gumiaste.

Dziękuję za uwagę!