moje brązowe kciuki

W angielskim jest takie wyrażenie – green thumb – na osobę, która roślinom potrafi zrobić dobrze. To nie o mnie. Ja mam tzw. brązowy kciuk i uśmiercam wszystko, co zielone. Z tegorocznych ziół, które jeszcze miesiąc temu tak pieknie zieleniły się na balkonie, zostało niewiele. I nie są to hipermarketowe mimozy. Miętę da się chyba jeszcze odratować. Obydwie bazylie, jeden z dwóch pomidorów (drugi ledwo zipie), tymianek, rozmaryn, pietruszka popełniły Harakiri. Lubczyk i melisa jeszcze nie podjęły decyzji co dalej. Nie wiem co robię nie tak, ale najwidoczniej moje towarzystwo jest dla ziół nie do zniesienia. Bardzo mnie to dołuje i oczywiście biorę to jako kolejny przykład mojego życiowego nieudacznictwa. Nie wiem jak w kontekście powyższego traktować zatem entuzjastyczny rozrost i zakwitanie pelargonii i komarzycy. Pewnie nie dane jest mi to, na czym mi najbardziej zależy. Taka karma.

I w takich momentach tęsknię za tureckimi bazarami i spożywczakami, gdzie dorodne zioła kupowałam na pęczki za grosze nie martwiąc się o swój ogrodniczy talent.

image


minął kolejny tydzień

To już czwarte w tym wpisie podejście do napisania o niczym. To tak trudne jak powstrzymanie się przed tym żenującym dla wszystkich tu obecnych stron przedstawieniem. W poprzednich wersjach było trochę o falach wstecznych, samczykach modliszki i czarnej wdowy oraz całkiem sporej dawki użalania się nad sobą – mogło być całkiem strasznie.

Moje starania “zrobienia czegoś ze swoim życiem”, “dla siebie” i “odbiciem się od dna” są nadal aktualne, chociaż ostatnio jechałam na wstecznym. Na szczęście praca zafundowała mi rozrywkę w postaci Bogów zza Wielkiej Wody, dla których wyciągnęłam z odchłani mojej szafy zapomniane spódnice i obcasy. Płytka i krótkotrwała metoda na podniesienie samopoczucia, trochę cieszy, ładuje akumulatory. Poza tym, dostałam Wielkie Zadanie, dzięki któremu znowu nie będę miała czasu na myślenie o niczym innym, niż kolejnym deadline. Dzękuję Ci, kochana Korporacjo.

I już tydzień ten spisany byłby na straty, bo w sobotę nie zrobiłam nic [NIC!], gdyby nie artykuł o kolejnej metodzie nauki języków obcych. Otóż cały czas wisi nade mną turecki, który padł ofiarą mojego buntu przeciw życiu, któremu na złość chcę odmrozić sobie uszy. Pozostały jeszcze resztki pragmatyzmu i jednak szkoda mi stracić to, co się już zawieruszyło w zmęczonych, szarych zwojach. Zatem cel na kolejny miesiąć, tudzież dwa: 625 słów do nauczenia i zapamiętania, a potem odkurzanie gramatyki.  Niedziela poszła na przygotowywanie tzw. flashcards, so exciting. I mean it.

image

Z bąbelkami raźniej.

A ponieważ do końca lata pozostał już tylko miesiąc i potem zaraz zaczynają się święta, będę pierwsza i już dzisiaj serdecznie pozdrawiam wszystkich tą nastrojową kolędą. Merry Christmas.


pomyłka

Pojechałam w Tatry. Kupilam bilet na autobus nocny rodem PKS Ciechanów i pierwszy raz nie mogłam się ułożyć w fotelu i zasnąć na całą noc. Śniły mi się trzy niedźwiedzie (dwa duże i jeden mały) goniące moją przyjaciółkę (którą wcześniej zapraszałam na wspólny wyjazd nad morze za tydzień – odmówiła) i lwa. Wszyscy biegli wprost na mnie. Krzyczałam do niej, żeby skręciła w prawo, chociaż teraz widzę, że źle jej krzyczałam bo to było jej lewo. W każdym razie, tam było z górki, a niedźwiedzie wolniej biegną z górki, bo mają krótkie łapy przednie. Obudziłam się.

Doba zaczynała się od 14stej w mojej kwaterze, ale byłam tam już przed 8-smą. Obudziłam gospodarzy dzwoniąc na numer podany na kartce i opatrzony komentarzem “jesteśmy pod xxx-xxx-xxx :)”. Otworzyła mi zaspana czarnowłosa, pokazała mi pokój, na poddaszu, bo ten zarezerwowany przez bókingdotkom to trójka, a właśnie jej się takowa trafiła w ostatniej chwili. Był niegotowy, ten pokój, ale zrobiła go, mimo, że doba zaczynała się o 14stej.

image

Pokój z widokiem.

Wyszłam na trasę, była lampa. Nie wiem kiedy, ale zanim doszłam do schroniska na Polanie Chochołowskiej, mózg mi się już zagotował. Miałam w plecaku trzy kanapki na trasę, a w portfelu niecałe 20zł, bo piątak poszedł na bilet wstępu na teren TPN. Zjadłam jedną kanapkę i dokupiłam do niej kiełbasę, chleb posmarowałam musztardą, bo nie dają masła. Jak w polskim szpitalu. Klęłam pod nosem, że nie miałam więcej pieniędzy. W sumie często to robię.

image

Zamówiłam kiełbasę. W zestawie nóż z dziurką. Starał się o rolę w Misiu, ale przegrał z łyżką.

image

A mogłam zamówić to.

Dalej w górę było już tylko gorzej. Lampa dawała się we znaki, potem pojawił się zasięg i nadeszły złe wiadomości, a ja głupa głupia głupia na nie odpowiadałam, jak zahipnotyzowana sarna stojąca na drodze, oślepiona światłami samochodu. Nadciągnęły chmury, spadł grad, zaczęło grzmieć. Dlaczego mnie to życie tak łoi. Nie miałam ochoty przeczekać w kosodrzewinie. Stchórzyłam, wróciłam. Po drodze mijałam panią siedzącą na kamieniu, jeszcze nie starszą, ale już nie młodą. Miała otwartą parasolkę, a trochę dalej stał jej młodszy towarzysz ze spuszczoną głową. “Daleko jeszcze na Grzesia?” Nie widzisz, że teraz nie wolno mnie pytać, zwłaszcza w tych sandadłkach? “Daleko. Zwłasza w tych sandałkach. I burza jest, deszcz pada.” Najwidoczniej za mało jadu wysączyłam, bo usłyszałam radosne i pełne nadziei “może przejdzie”. I przeszło. Gdy tak siedzialam w schronisku, patrzyłam jak się tam na górze przejaśnia. Ale mi, niestety, też już przeszło.


bliskowschodnie klasyki dla leniwych

Na kuchnię libańską natknęłam się jeszcze w erze dinozaurów, a sentyment pozostał do dzisiaj. Niedaleko mojej stałej imprezowni działała mała restauracyjka prowadzona przez libańską rodzinę i tam, w środku nocy, wzmacniałam się po godzinach szalonych tańców i konsumpcji niezliczonej ilości szotów tequili. To było tak dawno, że nawet słonie nie pamiętają. Ale ja pamiętam, że od tego czasu nie zjadłam już nigdzie tak dobrych falafeli, baba ganoush i sałatki tabbouleh.

Potem przeprowadziłam się do Polski i to było na tyle w kwestii wysokiego poziomu kulinarnej różnorodności, do której przyzwyczaiła mnie Kanada. Przywitały mnie kebaby z kolesławem, a dzisiaj otaczają hipsterskie falafele, po których odbija się przez pół dnia i jeszcze następnego ranka. Niemniej, mimo sentymentu, nie próbowałam sama sobie gotować libańskich potraw.

W międzyczasie pojawiły się trzy lata w Turcji, podczas których znowu wpadłam w bliskowschodnie eldorado kulinarne. Kolejna przeprowadzka do Polski była bolesna i nadal do siebie dochodzę. Na tzw. mieście trudno o coś dobrego, a i pieniędzy szkoda mi na przeciętność. Nie mam wyjścia, muszę nauczyć się rekonstruować kulinarne wspomnienia we własnej kuchni.

I tak, niedawno oko moje zawisło na Cooking with the New York Times: libańskim kibbe (lub kibbeh). Zebrałam składniki, co nie było skomplikowane: wszystkie przyprawy mam, drobny bulgur stał w szafie i czekał na zbawienie, jagnięcinę zmielił mój ulubiony turecki rzeźnik. Sam przepis jest bardzo prosty, potrawa wyszła smaczna, zjadłam za dużo i za szybko, a mogłam mieć obiad do pracy przez prawie cały tydzień. Postanowiłam w niedalekiej przyszłości powtórzyć ten sukces, ale z drobną modyfikacją – mniejszą ilością bulgur.

image

Prosto z piekarnika, wystarczyło tylko na dwa dni….

Niedaleka przyszłość pojawiła się w zeszłym tygodniu. Zmielone mięso doprawiłam przyprawami i zmieszałam ze startą cebulą i odstawiłam do lodówki na kolejne 24h. W dniu gotowania namoczyłam 150g bulgur w wodzie po gotowanej cieciorce, a nie jak mówi przepis, w zwykłej wodzie – bulgur wtedy nabiera głębszego smaku; może też być inny wywar. Poza tym, przysknerzyłam na orzechach piniowych i użyłam migdałów (mogą też być orzechy włoskie). Wstawiłam do piekarnika, usiadłam przy stole i nalałam sobie piwo.

Taka dygresja:
– Piłaś piwo?
– Tak.
– Ile?
– Jedną butelkę.
(Niedopowiedziane: butelka o pojemności 750ml).

Upał, pusty żołądek, piwo – takie stany tygryski lubią najbardziej i zaczynają nawijać. Zaczęłam tłumaczyć mojemu towarzyszowi przy stole, że to już drugi raz, ten kibbe (lub kibbeh), że takie składniki i takie zmiany, że zazwyczaj to są kulki, ale to co robię ja, to taka wersja dla leniwych, bla bla bla, ble ble ble, kulki, kulki – jakie kulki? Coś mnie tknęło.

– Przypomnij, jak się nazywają te nadziewane tureckie kulki z kaszy bulgur?
– Içli köfte.

Wpisuję içli köfte w google, a w wynikach wyskakuje kibbeh. Voila! Wiki mówi, że Kibbeh lub kibbe (też kubbeh, kebbah, kubbi, içli köfte, كبة‎). Na południu Turcji znane są również jako Oruk. Więszkość z nich lepi się w kształcie kuli i piecze, smaży lub gotuje. Ja pozostanę przy wersji NYT – jest najprostsza w wykonaniu.

icli_kofte_kibbe

Jestem pewna, że można też z tego zrobić wersję wege ☺

Można z winem oraz duszonymi grzybami jako dodatek.

Można z winem oraz duszonymi grzybami jako dodatek.


frajerem być

Śledzę na buniu profil pewnego magazynu internetowego o tematyce kulinarnej w Azji, między innymi w Turcji. Sporo ciekawostek, które wykorzystałam w swoich podróżach.

Pewnego ciemnego dnia wyczytałam, że szykują się do wydania książki kucharskiej i szukają testerów przepisów. I stało się jakby jaśniej. Zgłosiłam sie bez namysłu.

– A co z tego będziesz mieć?
– Nic. Fun. Przygodę. Satysfakcję. Może się czegoś nauczę. I chyba będę wymieniona z nazwiska w książce jako kontrybutor.
– Czyli ty im wytestujesz za darmo, oni napiszą książkę i będą czerpali zysk?
– No tak.
– Pfff… frajerstwo. Jak to łatwo ludzi wykorzystać – dzisiejsze dobrowolne “niewolnictwo”.

Ale gdy zaserowałam śniadanie, to bardzo smakowało. Bosz, żeczywiście, frajerka.

IMG_20150701_164719

Drożdżowy chleb z mąką kukurydzianą wg. przepisu z regionu czarnomorskiego (Turcja). Tu: z masłem i tegorocznym, domowym dżemem truskawkowym.


living dead

Wcześniej czy później musiałam się znaleźć w tym miejscu, bezdennej miękkiej czarnej dziurze bez klamki, nawet bez drzwi. Swego czasu, pewna osoba w mojej rodzinie lansowała teorię, że niektórzy z naszego klanu pochodzą z tej ciemnej strony księżyca. No cóż, zaszczyt mnie chyba kopnął, nie powiem – czuję pewną perwersyjną satysfakcję z tego wyróżnienia, chociaż moje autodestrukcyjne tendencje trochę mnie przytłaczają.

Teraz jestem chyba jak ten tonący, któremu włączył się Instinctive Drowning Response – bezgłośnie macham ramionami i próbuję utrzymać się na powierzchni, szybko nabieram powietrza zanim znowu się zanurzę. I nie wiem, do cholery, dlaczego o tym tutaj piszę, bo nikogo to nie obchodzi, ale tak bardzo chcę wykrzyczeć jak mi jest źle i robię to właśnie tutaj bez otwierania ust. Czyli jakby nie naprawdę.

I muszę chyba zacząć znowu pisać tutaj, chociaż przestałam, bo zdałam sobie sprawę z tego, że absolutnie nie mam nic do powiedzenia, że bez bodźców zewnętrznych nie mam nic do zaoferowania. Ale muszę się czegoś złapać, wskoczyć na jakiś wagon, który mnie stąd wywiezie,

Pseudokatharis. Miało być krótko i zwięźle, a jest jak zwykle – patetycznie i rozlaźle.

A w sumie chciałam napisać, że dzisiaj rano upiekłam bułeczki drożdżowe. Miały być poğaça, ale podpatrzyłam różne przepisy i większość zawierały proszek do pieczenia lub sodę, a ja ich nie lubię i zamieniłam na drożdże. I zmieszałam mąkę pszenną z kukurydzianą, pół na pół. I strasznie się zawiodłam, bo potem wyczytałam, że mąka kukurydziana ma więcej kalorii niż ryżowa, chociaż myślałam, że jest inaczej. Wczoraj wieczorem zrobiłam ciasto (z jogurtem), dzisiaj rano wstałam o 5-tej rano i zagniotłam kilka razy, potem po kolejnej godzinie leżakowania (mojego i ciasta) uformowałam kuleczki, nagrzałam piekarnik i upiekłam. Wyszły inaczej niż poğaça, bo te powinny być miękkie, jak drożdżówka. A moje wyszły z chrupiącą skórką. I to było ich atutem. Następnym razem postaram się zrobić zdjęcie. Sorki.

To tak w ramach wypełnienia czarnej dziury.

PS. Happy Canada Day, Canada.


okazyjne tysiąc

Pomimo kategorycznych postanowień na jakimś 90-tym kilometrze XI edycji Kieratu w 2014, że moja noga więcej tam nie podrepcze, 22 maja br. ponownie znalazłam się w Limanowej – jak zwykle pełna nadzei, niepoprawna optymistka. Chociaż po zeszłorocznej traumie trema i nerwy trzymały w swoich szponach od rana i zaczęlo się malo obiecująco: wysiadłam w Limanowej blada, słaba, z poważnie rozkręconymi helikopterkami w głowie i żołądku. Może przedawkowałam kawę, a może raczej serpentyny pokonywane przez kierowcę busa z zacięciem rajdowca. Nie mam pewności, ale mam swoje typy. W każdym razie byłam na miejscu i bez odwrotu.

IMG_20150522_131226

Nocleg w tym roku miałam w Domu Pielgrzyma (nomen omen), na szczęście tylko 200m od mety z pokojem na parterze (bo schody po Kieraci to złoooo). Przygotowałam prowiant na trasę, wzięłam prysznic. Wspólnie z moimi bardziej doświadczonymi kieratowymi znajomymi zjadłam obiad, podpytałam ich o wstępne wskazówki i wytyczyłam flamastrem trasę na mapie – do zweryfikowania w zderzeniu z rzeczywistością. Wszystko na wysokich obrotach, ze stałym dopływem adrenaliny. W strachu, że znowu wszystko diabli wezmą.

IMG_20150530_213802

IMG_20150522_164440

“Trenowałaś trochę?”

No trochę trenowałam, bo biegałam w przygotowaniu do biegów ulicznych, ale tradycyjnie I started training only yesterday. Faktycznie przygotowania do Kieratu zaczęłam w pierwszy weekend maja. Wyjechałam na trzy dni do Szczawnicy i tam popylałam bo górach, aż bolało. Bardzo bolało. Kolejny weekend znowu w Szczawnicy, a ostatni przed Kieratem przy Babiej.

IMG_20150526_132832

Tuż po starcie moi towarzysze odfrunęli, a ja nawet nie próbowałam dotrzymać im kroku. No dobra, przez chwilę tak, ale szybko pozbyłam się iluzji. Ważne było, by jak najdłuższy dystans pokonać jeszcze za dnia, więc korzystałam z asfaltu i w miarę niewielkich przewyższeń. Pierwsze 17,5km pokonałam częściowo truchtem. Na drugim punkcie kontrolnym czekała już noc, a czołówka towarzyszyła mi przez kolejne siedem godzin. Na szczęście nocna trasa prowadziła w dużej mierze szlakami turystycznymi lub asfaltami, dzięki temu nie doświadczyłam większych trudów nawigacyjnych.

IMG_20150526_133934

Dzięki wcześniejszemu obczajeniu trasy palcem po mapie, wiedziałam, że za szóstym punktem muszę przejść przynajmniej jakieś 600-800m zanim odbiję ze szlaku w drogę na skróty. Mogłam iść asfaltem nadrabiając kilometry, bezpiecznie i bez potencjalnego błądzenia, ale asfalt to morderca stóp.

20150522_210613_adj2

Tak narzekam na ten asfalt, ale poza nim nie bylo łatwo. Praktycznie wszędzie było błoto, z którym walczyłam o buty. Jeden z moich towarzyszy na trasie nawet przegrał tę walkę i przez chwilę było 1:0 dla błota – a on bez buta. Na płaskim, z górki, na podejściach – ciągły rozjazd stóp.

“Mam nadzieję, że nie pada deszcz”

Tak, padał! Zaczął padać najpierw delikatnie tuż o świcie, potem lało już porządnie. Sobota nie mogła zacząć się dla mnie lepiej i nie żartuję. Deszcz na Kieracie był dla mnie zawsze zbawieniem. Tym razem zastąpił poranną kawę, zmył znużenie po nieprzespanej nocy i 50-cio kilometrowym marszu. Nie miałam ani jednego momentu kryzysu, w którym zasypiałabym idąć i budziłabym się tracąc równowagę jak na poprzednich edycjach.

Tak jak cieszyłam się z porannego deszczu, tak też zadowolona byłam z suchej i w miarę ciepłej nocy. Chociaż z tym ciepłem nie jestem pewna. Nie dawałam sobie szansy na ostygnięcie. Tym razem wpadałam na punkt kontrolny, przybijałam kartę, sprawdzałam mapę i ewentualnie zjadałam kanapkę (nie potrafię łączyć marszu z przełykaniem, zwłaszcza przy szybszym tempie). Najdłuższy odpoczynek był na półmetku, trwał aż całą godzinę. Ale tam było ognisko, żurek (to co, że z proszku) i kawa z ekspresu. Założyłam też suche ciuchy, zmieniłam skarpetki i ponownie wysmarowałam stopy kremem.

IMG_20150523_060550

“Skąd jesteście, dokąd idziecie?”

Kieratowa trasa wiedzie przez góry i lasy, łąki i pola, ale też przez miasta, wsie i często pod oknami domów okolicznej ludności. Czasem jest tak, że droga, którą idziemy, kończy się u kogoś na podwórku. Gdyby mi tak setki par stóp przedreptywało przez posesję, pewnie stałabym tam już z widłami. A ci ludzie albo nie reagowali, albo wręcz nawoływali “tędy, tędy”, “tam poszli” albo “tu jest krócej”. Raz trafiłam na pewne małżeństwo, które częstowało Kieratowiczów kawą – wystawili przy bramie dzbanek pysznej, lekko słodzonej ciepłej kawy z kubkami jednorazowymi. Po takim poczęstunku doznałam czterdziestego któregoś wiatru w żagle. W sklepie, gdzie kupowałam wodę, banany, bułki i serki topione, sprzedawca zagadywał i chociaż niewiele rozumiałam (gwara), było wesoło:

– Skąd jesteście?
– Ja akurat z Warszawy.
– O (rozradowany), byłem u Was na protestach!

I jeszcze, że ma kogoś tam z rodziny w wojsku (dumnie wymienił z imienia i nazwiska) na Bemowie i czy mieszkam blisko Bemowa.

W innym miejscu starszy Pan przymocował do drzewa tekturę z napisem “Kierat tędy zielonym szlakiem”, a wcześniej wykosił wysoką trawę z pokrzywami, które zasłaniały to przejście.

I tak sobie wędrowałam od punktu do punktu, czasem szybciej, czasem wolniej, ale ciągle z poczuciem, że nie mogę odpuszczać. Szło mi całkiem nieźle w porównaniu do poprzedniego roku i stres był tym większy, by nie zepsuć. Byłam tuż przed ostatnim punktem przed metą. Praktycznie wszystkie osoby, które napotkałam na trasie, komentowały, że to będzie najgorszy odcinek do zdobycia, bo od czternastego było 9km i +500m przewyższenia. I że na 90-tym kilometrze to będzie tortura. Faktycznie, na jednym odcinku było tak stromo, że jak powiedział mój kolega, “zrolowało mi skarpetki w butach”. Tyle, że ja ciepiałam na płaskim albo na asfalcie, bo wtedy droga się dłużyła, a stopy przypominały, że są w agonii, ale jeszcze żyją i czują przeogromny ból. Natomiast na podejściach było wyzwanie, walka i to dodawało mi sił.

Gdy w końcu dotarłam na ostatni, piętnasty punkt, wpadłam w stan euforii. Podbiłam kartę, sprawdziłam szybko mapę, chociaż tylko formalnie, bo trasa prowadziła do mety szlakiem turystycznym. Znowu zaczął padać deszcz, co tylko wydobyło ze mnie kolejne pokłady energii. Tuż za punktem oddałam swoje kijki chłopakowi, który szukał w krzakach patyków do podparcia. Wymieniliśmy się numerami startowymi i ustaliliśmy jak będzie mógł mi je oddać na mecie.

Ostatnie 10 km to już desperacja, prawie frunęłam, bo chciałam jak najszybciej zejść już z trasy, jak najszybciej dojść do mety i mieć jak najlepszy wynik. Niestety, tuż przed Limanową szlak wbiegał na Miejską Górę i to niewielkie przewyższenie okazało się być zbyt dużym wyzwaniem dla mojej psychiki na tym etapie. Wybrałam dłuższy odcinek asfaltem, ale w towarszystwie sympatycznego kolegi, który chyba tylko ze względu na zmęczenie mógł powiedzieć, że podziwia nas, kobiety za stawienie czoła takim trudom. Za karę nawijałam mu przez całą drogę co mi ślina na język przyniesie, bo adrenalina i euforia zupełnie przejęły kontrolę nad moim mózgiem. Te ostatnie 5km przetruchtaliśmy przemiennie z szybkim marszem. Na metę wpadłam po 26 godzinach i 20 minutach.

Potrzeba było chyba ponad godziny, żeby opadły emocje, a głowa zaczęła się kiwać. Siedziałam przy stole ze znajomymi, wypiłam piwo i w końcu podreptałam powoli do łóżka.

Aha, w tym roku dołączyłam do grona zawodników, którzy przeszli w sumie 1000 km podczas wszystkich dotychczasowych edycji Kieratu.

IMG_20150524_082442

Następnego dnia oczekiwałam zakwasów, ale okazało się, że dzięki tym trzem weekendom w górach przed Kieratem nie miałam ich w ogóle. Ucierpiały jednak stopy, które odbiłam w zbyt sztywnych i niewystarczająco amortyzowanych butach.

Dziękuję wszystkim kieratowiczom, których spotkałam i poznałam na trasie, za wsparcie i towarzystwo. I oczywiście podziękowania dla całej załogi kieratowej za kolejny Kierat, którego wspaniała atmosfera trwa z edycji na edycję.


Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 111 other followers