Andrzej, zapytaj mnie co robiłam w weekend!

Długi weekend i co z nim zrobić? Pierwszy dzień zmarnować na pracę. A trzydniowy plan upchnąć w pozostałe dwa. Plan, który w ostatniej chwili po omacku wyciągnęłam z kapelusza – jednak rower, a nie góry.

Co zdążyłam na ostatnią chwilę: kupić bagażnik (i zamontować), sakwy, atlas drogowy Polski 1:300000, bilety PKP. Zdążyłam wstać o 3:50am (po 40 minutach snu), odpalić laptopa w trybie służbowym, puścić mapę trasy a drukarkę w biurze, dojechać do biura, włączyć drukarkę i zebrać wydruk pierwszych kilku stron mapy akurat tego odcinka trasy, który pokonam pociągiem. Na resztę, tę potrzebną, zabrakło tonera. Zdążyłam dojechać na Zachdonią, wsiąść do pociągu i zasnąć na 30 minut.

image

Przesiadka w Legionowe. Na peronie jestem tylko ja. Potwierdza się co czytałam niedawno, że poza centrum miasta temperatura jest niższa. Sprawdzam plakat z odjazdami, po chwili dołącza do mnie jakiś facet w szortach, sandałach, tiszercie. Dygocze z zimna, w około niego roznosi się woń lichego alkoholu. Kojarzy mi się z czymś złym i brudnym, odchodzę i wyciągam śpiwór, bo oczywiście nie spakowałam nic innego na chłodniejsze chwile. Siadam na złożonej karimacie, otwieram książkę na stronie 48-mej i po chwili słyszę, jak mój cały plan ulega trzydziestominutowej obsuwie. Powoli zbiera się coraz więcej ludzi. Powoli przestaję łapać sens czytanych zdań, na chwilę zamykam oczy i za chwilę budzę się trzydzieści minut później do głosu z megafonu.

W drodze do Nasielska nadrabiam kolejne trzydzieści minut snu. Mijam Nowy Dwór Mazowiecki, mieszkał tu mój dziadek. Najczęściej jeździłam do niego z rodzicami autobusem łapanym z krzyżówek, ale czasem pociągiem z Legionowa. To znaczy najpierw był Janówek, którego stacja robiła na mnie wtedy miłe wrażenie – zalesiona stacja z jałowcami (?) i jednostka wojskowa. Dzisiaj przyśniło mi się, że była za NDM i przez sen tego nie rozumiałam.

Wysiadłam w Nasielsku. Ludzie idą na mszę na 7:30am. A ja jadę do Elbląga. Mijam leniwe wioski, w jednej z nich festyn, kino letnie i targ. Najchętniej odstawiłabym rower, kupiła wiśnie, położyła się pod drzewem i pluła pestkami.

image

Jadę wzdłuż trasy Zielona7. Tzn. staram się, bo trochę się gubię, za często staję, by sprawdzać mapę. Tracę mnóstwo czasu. Rower zupełnie nieprzygotowany do takiej trasy, nadal nie wymieniłam środkowej tarczy, więc jadę na blacie. Okolice są piękne, pola, ptaszyny, słońce.

image

Czasem staję się atrakcją dla panów z wąsem; zatrzymują się, przyglądają się, odprowadzają wzrokiem, czasem rozbawionym, innym razem niedowierzającym. Innym razem przyciągam rowerowych włóczykijów i słucham o ich bliższych lub dalszych wyprawach. Są też rowerowi rycerze. Samotna kobieta musi potrzebować pomocy; gdy stoi i wcina banana, przy okazji studiując mapę, musi być jakiś problem. A propos, pierwsze pytanie o ten potencjalny problem pada po angielsku. Gdy innego dopytuję o przeprawę promem, słyszę, że to bardzo daleko. Nie chce mi się mówć ile kilometrów zrobiłam poprzedniego dnia. I tak nie uwierzy.

image

No właśnie. Ile kilometrów? W sobotę przejechałam z Nasielska do Elbląga, to około 250km. Już w okolicach Ostródy dałam sobie spokój z widokami i bocznymi drogami, wskoczyłam na siódemkę i nawet nie wiem jak się znalazłam na autostradzie. To był mój najszybszy odcinek tego dnia. Gdzieś w okolicach Pasłęka obserwowałam rosnącą łunę pożaru, który właśnie wybuchnął. I zorientowałam się, że jednak to autostrada, więc niechętnie, ale zjechałam na starą siódemkę. A tam ciemność opatuliła mnie, moją lampkę i czołowkę. Minęłam jakichś lokalnych chłopców imprezujących przy rowie – nie widziałam ich, ale słyszałam. Trochę straszno. Innym razem nadjeżdżający samochód nie wyłączył długich i musiałam stanąć, bo nie widziałam jak jadę. Machnęłam mu faka, a po sekundzie się zreflektowałam i zaczęłam uciekać. Ostatnie 70km to czysta adrenalina. W hotelu szybki prysznic.

image

Na niedzielę zostawiłam sobie krótki odcinek między Elblągiem i Gdańskiem, 76km. Miałam wracać pociągiem do Warszawy i nie chciałam się stresować czy będę na czas. I tak też sobie jechałam. Powoli, bez stresu. Żuławy tak nastrajają.

image

W jakiejś wiosce dopadł mnie głód, weszłam do sklepu. Na drzwiach napisane, że zakaz spożywania alkoholu przed i w środku sklepu. W środku sklepu siedzą kobiety i mężczyźni i spożywają alkohol, rozmawiają o różnych sprawach. Nie ma maślanki, nie ma kefiru, nie ma bułek. Ale mogę kupić serek waniliowy i parówkę, co też zrobiłam. Pani sklepowa wysłała synową do domu obok po chleb do tej parówki, bo przecież nie będzie mi chleba żałowała, jak człowiek głodny, to musi zjeść.

image

Już w Gdańsku przyłączyłam się do jakiegoś pana jadącego gdzieś tam na składaku. Poprowadził mnie trochę w kierunku centrum. Przejeżdżaliśmy przez skład samochodów – mówi, że stoją od lat i nikt ich nie kupuje.

image

image

image

image

W turystycznej części Gdańska tłumy, że nie dało się jechać rowerem. Doczłapałam do restauracji specjalizującej się w kaszubskiej kuchni. Zjadłam śledzie (zginęły pod lawiną śmietany), zupę rybną a la chowder (słodka jak budyń) i racuchy (uratowały dzień). W prezencie dostałam wodę ogórkową, fantastyczny wynalazek. Potem pojechałam do Gdyni, żeby móc jako jedna z pierwszych wejść do pociągu i zająć strategiczne miejsce.

image

Miałam bilet bez gwarancji miejsca siedzącego. Biletu na przewóz roweru też nie udało mi się kupić. Rower złożyłam i weszłam do wagonu nr 9, który przed chwilą był nr 30, ale kierownik pociągu przekreślił 30 i napisał 9. Tzn. to 9 było na jednych drzwiach wagonu, a 30 na środkowym oknie i drugich drzwiach. A ludzie mający bilety w wagonie 30 musieli się przenieść do wagonu obok. Potem kierownik pociągu powiedział, że wagon 9 został specjalnie podstawiony dzisiaj, nieplanowanie, więc zupełnie nie jest objęty rezerwacją. Już w Elblągu wszyscy z biletem bez gwarancji miejsca siedzącego, którzy w to uwierzyli, siedzeli na korytarzu. Trochę poczytałam, ale pociąg szybko utulił mnie do snu. Wyciągnęłam karimatę i wtulona w kąt przespałam resztę drogi do Warszawy.

image image


moje brązowe kciuki

W angielskim jest takie wyrażenie – green thumb – na osobę, która roślinom potrafi zrobić dobrze. To nie o mnie. Ja mam tzw. brązowy kciuk i uśmiercam wszystko, co zielone. Z tegorocznych ziół, które jeszcze miesiąc temu tak pieknie zieleniły się na balkonie, zostało niewiele. I nie są to hipermarketowe mimozy. Miętę da się chyba jeszcze odratować. Obydwie bazylie, jeden z dwóch pomidorów (drugi ledwo zipie), tymianek, rozmaryn, pietruszka popełniły Harakiri. Lubczyk i melisa jeszcze nie podjęły decyzji co dalej. Nie wiem co robię nie tak, ale najwidoczniej moje towarzystwo jest dla ziół nie do zniesienia. Bardzo mnie to dołuje i oczywiście biorę to jako kolejny przykład mojego życiowego nieudacznictwa. Nie wiem jak w kontekście powyższego traktować zatem entuzjastyczny rozrost i zakwitanie pelargonii i komarzycy. Pewnie nie dane jest mi to, na czym mi najbardziej zależy. Taka karma.

I w takich momentach tęsknię za tureckimi bazarami i spożywczakami, gdzie dorodne zioła kupowałam na pęczki za grosze nie martwiąc się o swój ogrodniczy talent.

image


minął kolejny tydzień

To już czwarte w tym wpisie podejście do napisania o niczym. To tak trudne jak powstrzymanie się przed tym żenującym dla wszystkich tu obecnych stron przedstawieniem. W poprzednich wersjach było trochę o falach wstecznych, samczykach modliszki i czarnej wdowy oraz całkiem sporej dawki użalania się nad sobą – mogło być całkiem strasznie.

Moje starania “zrobienia czegoś ze swoim życiem”, “dla siebie” i “odbiciem się od dna” są nadal aktualne, chociaż ostatnio jechałam na wstecznym. Na szczęście praca zafundowała mi rozrywkę w postaci Bogów zza Wielkiej Wody, dla których wyciągnęłam z odchłani mojej szafy zapomniane spódnice i obcasy. Płytka i krótkotrwała metoda na podniesienie samopoczucia, trochę cieszy, ładuje akumulatory. Poza tym, dostałam Wielkie Zadanie, dzięki któremu znowu nie będę miała czasu na myślenie o niczym innym, niż kolejnym deadline. Dzękuję Ci, kochana Korporacjo.

I już tydzień ten spisany byłby na straty, bo w sobotę nie zrobiłam nic [NIC!], gdyby nie artykuł o kolejnej metodzie nauki języków obcych. Otóż cały czas wisi nade mną turecki, który padł ofiarą mojego buntu przeciw życiu, któremu na złość chcę odmrozić sobie uszy. Pozostały jeszcze resztki pragmatyzmu i jednak szkoda mi stracić to, co się już zawieruszyło w zmęczonych, szarych zwojach. Zatem cel na kolejny miesiąć, tudzież dwa: 625 słów do nauczenia i zapamiętania, a potem odkurzanie gramatyki.  Niedziela poszła na przygotowywanie tzw. flashcards, so exciting. I mean it.

image

Z bąbelkami raźniej.

A ponieważ do końca lata pozostał już tylko miesiąc i potem zaraz zaczynają się święta, będę pierwsza i już dzisiaj serdecznie pozdrawiam wszystkich tą nastrojową kolędą. Merry Christmas.


pomyłka

Pojechałam w Tatry. Kupilam bilet na autobus nocny rodem PKS Ciechanów i pierwszy raz nie mogłam się ułożyć w fotelu i zasnąć na całą noc. Śniły mi się trzy niedźwiedzie (dwa duże i jeden mały) goniące moją przyjaciółkę (którą wcześniej zapraszałam na wspólny wyjazd nad morze za tydzień – odmówiła) i lwa. Wszyscy biegli wprost na mnie. Krzyczałam do niej, żeby skręciła w prawo, chociaż teraz widzę, że źle jej krzyczałam bo to było jej lewo. W każdym razie, tam było z górki, a niedźwiedzie wolniej biegną z górki, bo mają krótkie łapy przednie. Obudziłam się.

Doba zaczynała się od 14stej w mojej kwaterze, ale byłam tam już przed 8-smą. Obudziłam gospodarzy dzwoniąc na numer podany na kartce i opatrzony komentarzem “jesteśmy pod xxx-xxx-xxx :)”. Otworzyła mi zaspana czarnowłosa, pokazała mi pokój, na poddaszu, bo ten zarezerwowany przez bókingdotkom to trójka, a właśnie jej się takowa trafiła w ostatniej chwili. Był niegotowy, ten pokój, ale zrobiła go, mimo, że doba zaczynała się o 14stej.

image

Pokój z widokiem.

Wyszłam na trasę, była lampa. Nie wiem kiedy, ale zanim doszłam do schroniska na Polanie Chochołowskiej, mózg mi się już zagotował. Miałam w plecaku trzy kanapki na trasę, a w portfelu niecałe 20zł, bo piątak poszedł na bilet wstępu na teren TPN. Zjadłam jedną kanapkę i dokupiłam do niej kiełbasę, chleb posmarowałam musztardą, bo nie dają masła. Jak w polskim szpitalu. Klęłam pod nosem, że nie miałam więcej pieniędzy. W sumie często to robię.

image

Zamówiłam kiełbasę. W zestawie nóż z dziurką. Starał się o rolę w Misiu, ale przegrał z łyżką.

image

A mogłam zamówić to.

Dalej w górę było już tylko gorzej. Lampa dawała się we znaki, potem pojawił się zasięg i nadeszły złe wiadomości, a ja głupa głupia głupia na nie odpowiadałam, jak zahipnotyzowana sarna stojąca na drodze, oślepiona światłami samochodu. Nadciągnęły chmury, spadł grad, zaczęło grzmieć. Dlaczego mnie to życie tak łoi. Nie miałam ochoty przeczekać w kosodrzewinie. Stchórzyłam, wróciłam. Po drodze mijałam panią siedzącą na kamieniu, jeszcze nie starszą, ale już nie młodą. Miała otwartą parasolkę, a trochę dalej stał jej młodszy towarzysz ze spuszczoną głową. “Daleko jeszcze na Grzesia?” Nie widzisz, że teraz nie wolno mnie pytać, zwłaszcza w tych sandadłkach? “Daleko. Zwłasza w tych sandałkach. I burza jest, deszcz pada.” Najwidoczniej za mało jadu wysączyłam, bo usłyszałam radosne i pełne nadziei “może przejdzie”. I przeszło. Gdy tak siedzialam w schronisku, patrzyłam jak się tam na górze przejaśnia. Ale mi, niestety, też już przeszło.


bliskowschodnie klasyki dla leniwych

Na kuchnię libańską natknęłam się jeszcze w erze dinozaurów, a sentyment pozostał do dzisiaj. Niedaleko mojej stałej imprezowni działała mała restauracyjka prowadzona przez libańską rodzinę i tam, w środku nocy, wzmacniałam się po godzinach szalonych tańców i konsumpcji niezliczonej ilości szotów tequili. To było tak dawno, że nawet słonie nie pamiętają. Ale ja pamiętam, że od tego czasu nie zjadłam już nigdzie tak dobrych falafeli, baba ganoush i sałatki tabbouleh.

Potem przeprowadziłam się do Polski i to było na tyle w kwestii wysokiego poziomu kulinarnej różnorodności, do której przyzwyczaiła mnie Kanada. Przywitały mnie kebaby z kolesławem, a dzisiaj otaczają hipsterskie falafele, po których odbija się przez pół dnia i jeszcze następnego ranka. Niemniej, mimo sentymentu, nie próbowałam sama sobie gotować libańskich potraw.

W międzyczasie pojawiły się trzy lata w Turcji, podczas których znowu wpadłam w bliskowschodnie eldorado kulinarne. Kolejna przeprowadzka do Polski była bolesna i nadal do siebie dochodzę. Na tzw. mieście trudno o coś dobrego, a i pieniędzy szkoda mi na przeciętność. Nie mam wyjścia, muszę nauczyć się rekonstruować kulinarne wspomnienia we własnej kuchni.

I tak, niedawno oko moje zawisło na Cooking with the New York Times: libańskim kibbe (lub kibbeh). Zebrałam składniki, co nie było skomplikowane: wszystkie przyprawy mam, drobny bulgur stał w szafie i czekał na zbawienie, jagnięcinę zmielił mój ulubiony turecki rzeźnik. Sam przepis jest bardzo prosty, potrawa wyszła smaczna, zjadłam za dużo i za szybko, a mogłam mieć obiad do pracy przez prawie cały tydzień. Postanowiłam w niedalekiej przyszłości powtórzyć ten sukces, ale z drobną modyfikacją – mniejszą ilością bulgur.

image

Prosto z piekarnika, wystarczyło tylko na dwa dni….

Niedaleka przyszłość pojawiła się w zeszłym tygodniu. Zmielone mięso doprawiłam przyprawami i zmieszałam ze startą cebulą i odstawiłam do lodówki na kolejne 24h. W dniu gotowania namoczyłam 150g bulgur w wodzie po gotowanej cieciorce, a nie jak mówi przepis, w zwykłej wodzie – bulgur wtedy nabiera głębszego smaku; może też być inny wywar. Poza tym, przysknerzyłam na orzechach piniowych i użyłam migdałów (mogą też być orzechy włoskie). Wstawiłam do piekarnika, usiadłam przy stole i nalałam sobie piwo.

Taka dygresja:
– Piłaś piwo?
– Tak.
– Ile?
– Jedną butelkę.
(Niedopowiedziane: butelka o pojemności 750ml).

Upał, pusty żołądek, piwo – takie stany tygryski lubią najbardziej i zaczynają nawijać. Zaczęłam tłumaczyć mojemu towarzyszowi przy stole, że to już drugi raz, ten kibbe (lub kibbeh), że takie składniki i takie zmiany, że zazwyczaj to są kulki, ale to co robię ja, to taka wersja dla leniwych, bla bla bla, ble ble ble, kulki, kulki – jakie kulki? Coś mnie tknęło.

– Przypomnij, jak się nazywają te nadziewane tureckie kulki z kaszy bulgur?
– Içli köfte.

Wpisuję içli köfte w google, a w wynikach wyskakuje kibbeh. Voila! Wiki mówi, że Kibbeh lub kibbe (też kubbeh, kebbah, kubbi, içli köfte, كبة‎). Na południu Turcji znane są również jako Oruk. Więszkość z nich lepi się w kształcie kuli i piecze, smaży lub gotuje. Ja pozostanę przy wersji NYT – jest najprostsza w wykonaniu.

icli_kofte_kibbe

Jestem pewna, że można też z tego zrobić wersję wege ☺

Można z winem oraz duszonymi grzybami jako dodatek.

Można z winem oraz duszonymi grzybami jako dodatek.


frajerem być

Śledzę na buniu profil pewnego magazynu internetowego o tematyce kulinarnej w Azji, między innymi w Turcji. Sporo ciekawostek, które wykorzystałam w swoich podróżach.

Pewnego ciemnego dnia wyczytałam, że szykują się do wydania książki kucharskiej i szukają testerów przepisów. I stało się jakby jaśniej. Zgłosiłam sie bez namysłu.

– A co z tego będziesz mieć?
– Nic. Fun. Przygodę. Satysfakcję. Może się czegoś nauczę. I chyba będę wymieniona z nazwiska w książce jako kontrybutor.
– Czyli ty im wytestujesz za darmo, oni napiszą książkę i będą czerpali zysk?
– No tak.
– Pfff… frajerstwo. Jak to łatwo ludzi wykorzystać – dzisiejsze dobrowolne “niewolnictwo”.

Ale gdy zaserowałam śniadanie, to bardzo smakowało. Bosz, żeczywiście, frajerka.

IMG_20150701_164719

Drożdżowy chleb z mąką kukurydzianą wg. przepisu z regionu czarnomorskiego (Turcja). Tu: z masłem i tegorocznym, domowym dżemem truskawkowym.


living dead

Wcześniej czy później musiałam się znaleźć w tym miejscu, bezdennej miękkiej czarnej dziurze bez klamki, nawet bez drzwi. Swego czasu, pewna osoba w mojej rodzinie lansowała teorię, że niektórzy z naszego klanu pochodzą z tej ciemnej strony księżyca. No cóż, zaszczyt mnie chyba kopnął, nie powiem – czuję pewną perwersyjną satysfakcję z tego wyróżnienia, chociaż moje autodestrukcyjne tendencje trochę mnie przytłaczają.

Teraz jestem chyba jak ten tonący, któremu włączył się Instinctive Drowning Response – bezgłośnie macham ramionami i próbuję utrzymać się na powierzchni, szybko nabieram powietrza zanim znowu się zanurzę. I nie wiem, do cholery, dlaczego o tym tutaj piszę, bo nikogo to nie obchodzi, ale tak bardzo chcę wykrzyczeć jak mi jest źle i robię to właśnie tutaj bez otwierania ust. Czyli jakby nie naprawdę.

I muszę chyba zacząć znowu pisać tutaj, chociaż przestałam, bo zdałam sobie sprawę z tego, że absolutnie nie mam nic do powiedzenia, że bez bodźców zewnętrznych nie mam nic do zaoferowania. Ale muszę się czegoś złapać, wskoczyć na jakiś wagon, który mnie stąd wywiezie,

Pseudokatharis. Miało być krótko i zwięźle, a jest jak zwykle – patetycznie i rozlaźle.

A w sumie chciałam napisać, że dzisiaj rano upiekłam bułeczki drożdżowe. Miały być poğaça, ale podpatrzyłam różne przepisy i większość zawierały proszek do pieczenia lub sodę, a ja ich nie lubię i zamieniłam na drożdże. I zmieszałam mąkę pszenną z kukurydzianą, pół na pół. I strasznie się zawiodłam, bo potem wyczytałam, że mąka kukurydziana ma więcej kalorii niż ryżowa, chociaż myślałam, że jest inaczej. Wczoraj wieczorem zrobiłam ciasto (z jogurtem), dzisiaj rano wstałam o 5-tej rano i zagniotłam kilka razy, potem po kolejnej godzinie leżakowania (mojego i ciasta) uformowałam kuleczki, nagrzałam piekarnik i upiekłam. Wyszły inaczej niż poğaça, bo te powinny być miękkie, jak drożdżówka. A moje wyszły z chrupiącą skórką. I to było ich atutem. Następnym razem postaram się zrobić zdjęcie. Sorki.

To tak w ramach wypełnienia czarnej dziury.

PS. Happy Canada Day, Canada.


Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 111 other followers