Monthly Archives: October 2010

Eggs ‘n’ booze

Posiekana cebula, por, czosnek, pietruszka, tymianek – na rozgrzane masło w rondelku. Zeszklić.

Dwie szklanki wermutu wytrawnego* – dolać do powyższego. Dodać listek laurowy. Sól. Gotować 15min.

Dwa jajka – jedno wbić do miseczki i delikatnie wlać do powyższego. Z drugim zrobić to samo. Gotować, aż białko się zetnie, ale żółtko zostanie miękkie.

Dwie miseczki – grzeją się w piekarniku.

Jajka delikatnie wyjąć i przełożyć do powyższego. Do wermutu dodać zasmażkę z mąki i zrobić sos. Można dodać kwaśny, tłusty jogurt.

Jajka w miszeczkach – wyjać. Opruszyć gałką muszkatołową i świeżo mielonym pieprzem. Przykryć sosem. Posypać startym parmezanem.

*Może, a nawet powinno być białe wytrawne wino.


Światło w tunelu


Ostre zęby czasu


Life is good

Małe rzeczy cieszą. Znalezione dzisiaj w otchłaniach mojej szafy.

A na deser kotleciki: posiekana zielona cebula, utarty imbir, sos sojowy i jajo -> zmieszane z mielonym mięsem, proszkiem chili, czerwonym winem, pieprzem i szczyptą soli -> smażone na oleju ryżowym z kilkoma kroplami limonki. Na talerzu z platerkami ziemniaków smażonych z ostrą zieloną papryczką, kuminem, tumerikiem, chili i suszonymi liśćmi kasoori methi.

Kotlety bez tartej bułki. Bardzo soczyste, może dlatego, że wieprzowe, a może sprawiła to duża ilość zielonej cebuli i imbiru.

Inspiracji szukam ostatnio tu.


Na niedzielny brunch…

…stara nowa potrawa. Powstała z goszczących otatnimi dniami w mojej kuchni. Podpieczone na kratce w piekarniku plastry bakłażana i następnie ułożone w żaroodpornym naczyniu przykryłam mięsem mielonym wymieszanym z sosem pomidorowym i śmietaną. Posypałam parmezanem i garścią suszonych liści szałwi. Szałwia rośnie u mnie w dwóch doniczkach, sporo spada liści suchych. Są przepełnione aromatem. W dobrze nagrzanym piekarniku wszytko fajnie się piecze, ale trzeba uważać, by nie spaliła się góra, bo jednak mięso potrzebuje więcej czasu niż ser. Na chwilę wyjmuję naczynie z piekarnika i wgniatam szałwię w ser. Aromat szałwi roznosi się po mieszkaniu. Po wyjęciu ujawia się nam taka oto zapiekanka. Popijam czerwonym macedońskim pinot noir.


Sobotnie sprzątanie

Z kąta łypie na mnie zimny odkurzacz, garderoba trzaska wieszakami. Odwracam oczy w stronę sufitu, gdzie wzrok wpada w pustą pajęczynę. Nie ma co, trzeba się zabrać. Za wymyślanie czynności zastępczych: sprzątanie lodówki. Po pierwsze, do czynności zastępczych nie należy podchodzić na pusty żołądek. Kawa już wypita, ale to nie zastąpi śniadania. Z lodówki wyjmuję dobrze schłodzone ciemne miodowe piwo z Browaru Fortuna.

Kilka łyków wzmacnia ciało, podrywa umysł – człowiek jest gotowy do działania.  Od razu chce się przesypywać zawartości słoików, uzupełniając luki, by w końcu uzyskać jeden pusty. Do niego wlewam wodę i zasypuję mąką żytnią. Kiedyś z tego będzie chleb.

Kolejne łyki piwa, bo zmęczenie się skrada. Po drugie, trzeba włączyć muzykę, a najlepiej odświętną, np. Johnny Cash. Z poczuciem misji sprzątam lodówkę. Wyjmuję cztery czerwone papryki, które klaszczą do muzyki w rytmie s.o.s. Tak, sos pomidorowy będzie. Był już wcześniej przygotowany i cierpliwie czekał na swój koniec. No nic, parpyczkom ucinam zielone czupryny, a w osobnym naczyniu mieszam wcześniej zmieloną z czosnkiem, podlaną odrobiną czerwonego wina i posypaną chili różową świnkę z ww. sosem i ugotowanym ryżem. Faszeruję tym wszystkim papryczkę, układam w żaroodpornym naczyniu i wkładam do nagrzanego piekarnika. Po jakimś czasie wyjmuję, polewam resztą sosu, chlapię śmietaną, posypuję suszonymi liścmi kasoori methi i parmezanem. Wkładam ponownie do piekarnika na  minut. Gdy jest gotowe, nalewam czerwone wino do szklanki. Dobrze jest tak zaaranżować wszystko, by talerze ukryć (np. na balkonie), a do kuchni nie wchodzić do poniedziałku. Tzn. najlepiej mieć w pobliżu zapas alkoholu, portfel i telefon z wgranym numerem do ulubionej pizzerii. Smacznego!


Bąbelki rowerowe spacerki

Jak pięknie, jesiennie, słonecznie było dzisiaj… Śniadanie się przedłużyło, wcześniej obmyślona trasa rowerowa skurczyła, powstał czas i miejsce na zwiedzenie najbliższych kątów. Wąska dróżka na szczycie wiślanego wału, Ławice Kiełpińskie, Lasy Legionowskie i Chotomowskie. Te ostatnie dały nam dużo radości. Nie tylko fantazyjnie pofałdowane tereny z miękkim mchem, białymi brzózkami i szpiczastymi jałowcami, ale też wielki i zapomniany prawdziwek. Zdriowiutki, złociutki został dostrzeżony w trakcie jazdy. W domu został wrzucony na patelnię z cebulą i czosnkiem, masłem i oliwą, pietruszką i koperkiem, białym winem i kroplą soku z cytryny, solą i pieprzem. Czekam co przyniesie kolejny szósty i siódmy dzień tygodnia kolejnego.


Macrolepiota procera (Czubajka kania) + Xerocomus badius (Podgrzybek brunatny)

Boletus (borowik)