Monthly Archives: January 2011

Stocking up for hard times

Every year, as soon as winter comes, I take out the largest pot I have and stuff it full with stuff to prepare the greatest bigos of all times.  I just love the way the taste builds up over the days.  Even though it seems to be a fairly easy dish, it is surprising how many times I was witness to a total mishap. It happened to me once, too. I still believe it was tasty, but less traditional, thus unwelcomed. So, it took me a long time to find a recipe with the right ingredients. Of course, the right amounts and order are still within the cook’s discretion. So, here it goes. And make sure you cook it at least three days long. Use the outdoors as the freezer.

  • cut fermented and fresh cabbage,
  • stock,
  • meat (I used wild boar, duck, beef, pork),
  • spices: allspice, bay leaf, whole pepper corn, cumin, juniper, thyme, marjoram
  • dried mushrooms
  • vine apples (antonówka, szara reneta)
  • onion
  • dried plums
  • wine

Advertisements

Kelewele

So, plantain. You look like a banana, but are more like a potato. Starchier and tougher, you could actually be the best friend of schabowy. Would it not be more fun, though, to pair you with spices and turn into an exotic dish? Correct. Take a frying pan. Heat oil. Sauté an onion sliced in stripes. Add plantain cut into cubes or slices. Add a mixture of ground spices: anise, cloves, cinnamon, chilli powder (I grind them myself, except the last one). Also, add sugar. Stir and fry until carmelized. I also poured in a bit of madera. Wonder if this works with potatoes as well.


Free range

Someone once mentioned the Sockeye and it just stayed with me. I did not believe that it was nowhere to be found in Poland, but it is true. I had to come to London to find an alaskan salmon in the fish department of my favourite supermarket. I took advantage of the low winter temperatures and brought a portion home. I prepared it according to this recipe. In a pot, I boiled water with a bay leaf, green pepper corns and juice from one lemon along with the lemon skin. Then, I dropped the fish parts into the water for just a few minutes.


Back label art

I do love reading the back labels (on bottles, jars, boxes) being the communication channel between me and the producer. I do admit: I am a sucker for it who at the same time is trying to keep the distance from the marketing mumbo jumbo. Some messages are full of bullshit, other lacking in imagination. Sometimes, however, I think the marketing people smoke dope… or make fun of me. Especially, when I am not an expert on the described product. Let me give you an example. I bought meself the Ultimate Islay Single Malt Scotch Whisky, 10 years old, non chill-filtered, 46% strong.

I like the peat, the smoke which is characteristic of the Island of Islay products. I chose it because it was advertised as most smoky. And it is. I think too much, as the peat and smoke tastes and aromas overwhelm all other which the producer claims to have included in the dark green bottle. Or I just do not know any better. Anyways, read for yourself.

Waxy dark chocolate? Smoked fish and crispy bacon? Not sure, but must say that there is some remarkable taste and texture to the whisky and I really would like to a down a full glass of it in such windy and marine surroundings.


Wystaw język

I powiedz aaa.

Wtedy ja Ci go dylu dylu ostrym nożem, a jęzor wpadnie wprost do garnka z marchwią w plasterach, zielem angielskim, liściem laurowym i cebulą. Pogotuje się to wszystko trochę*, a potem obiorę ten Twój twór mięśniowy jamy gębowej z twardej skóry, która szarzeje po gotowaniu i podobno łatwo odchodzi. Może i łatwo, ale na wszelki wypadek poskorobałam nożem z ząbkami. Jesteś jeszcze? Dobrze, bo teraz tak obrany organ koloru przybrudzonego różu kroję w plastry. Rozgrzewam olej na żeliwnej patelni i wrzucam posiekane, suszone oregano, rozmaryn oraz grube plastry cebuli. Po 30 sekundach plastry jęzora, zalewam winem. Pozwalam się dusić językiem językom pod przykrywką i dodaję przeciśnięty przez praskę czosnek. Po krótkiej chwili wrzucam w sam środek patelni masło. Czekam aż się rozpuści i mieszam zawartość patelni. Język przekładam na talerz i szybko dodaję marchew (wcześniej wyjętą z wywaru*) do pozostałego na patelni masła, czosnku, cebuli i przypraw. Mieszam raz, dwa i trzy i kładę na talerzu obok języka. Wszystko skraplam cytryną, posypuję świeżo zmielonym pieprzem. I co teraz powiesz? Ja powiem sobie smacznego.

Już w trakcie jedzenia przyszły mi pomysły w jaki sposób zmodyfikować powyższy przepis. A ozorki są pyszne i tanie, więc z pewnością będę miała okazję poeksperymentować.

*Gotowałam niecałą godzinę. Ozorki wyszły al dente, jeżeli tak można powiedzieć. Zaraz zastanowię się co zrobić z wywarem.


No to chlup!

Przez trzy miesiące poćwiartkowane jabłka pływały w miksturze wódki i spirytusu. W połowie tego czasu jabłka przepuściłam przez sokowirówkę, sok i jabłkowe wiórki wrzuciłam ponownie do słoja z alkoholem. Gdy nadszedł czas, wrzucałam mus na sitko i oleisty płyn spływał do kieliszka, a następnie do gardła. Kilka razy takiej akcji i mus stawał się gęstszy i gęstszy. W końcu trzeba było się ubabrać: wrzucić mus na gazę i wycisnąć do ostatniej kropli. I jak pięknie pachniały moje dłonie cynamonem… Tak właśnie moja 70% nalewka jabłkowa z dodatkiem cynamonu i goździków dostała się do butelki po włoskim winie. Przed schłodzeniem nalewka jest zbyt słodka jak na nasz gust, ale też zbyt mocna. Być może jabłka potrzebują niższego procentu. Mam nadzieję, że zdążę ją rozcieńczyć (nie wodą!) zanim zupełnie zniknie 🙂


Jest takie słowo…

Drogi Forumowiczu z forum, na którym masz już sześć kiełbasek z siedmiu,

Dziękuję za wygenerowanie sporego ruchu na moim blogu. To mały blog i zazwyczaj ma bardzo skromną oglądalność. Ten dzień będzie pewnie długo na pierwszym miejscu w rozdziale Statystyki.

Gratuluję także zacięcia detektywistycznego: zdemaskowałeś Koszyczka… albo Stefandorę – nie jestem pewna. Powinieneś być dumny z siebie, ale zapewne przez wrodzoną skromność wykasowałeś swój wpis z mojego posta o pierwszym pasztecie Stefandory. Na szczęście skorzystałam z technologii cytatu i Twoje odkrycie pozostanie uwiecznione na wieczność (albo tak długo jak będzie istniał internet).

Gdybym jednak pomyliła się w interpretacji Twojego wpisu, to zawsze jest takie słowo… ale odwaga cywilna jest w cenie, a trudno na niej zarobić.