Monthly Archives: February 2011

Cynamon bagietka masło i kiełki

Równa się śniadanie. Cztery średnie bagietki (trochę szersze niż dłuższe) wyszły mi z następujących ilości składników:

  • 500gr mąki pszennej
  • 300 ml wody
  • 1 łyżka oleju roślinnego
  • 15 g świeżych drożdży
  • 1 łyżka cukru (z tej łyżki trochę wrzuciłam do zaczynu drożdżowego, resztę do ciasta)
  • sól do smaku (mielę sól na oko, nie używam jej dużo, z doświadczenia wiem, że sporo mniej niż otoczenie)
  • 1 łyżka zmielonego cynamonu (w moździerzu ubijam na pył korę)

Cynamon jest wyczuwalny, ale nie dominuje – pozostawia w ustach świeżość.

Najpierw drożdże kruszę do miski z łyżeczką mąki i odrobiną cukru i kilkoma łyżkam wody, odstawiam w ciepłe miejsce na 15 minut. Po tym czasie mieszam wszystkie składniki razem. Wolę dodać mąkę w trakcie, gdyby ciasto okazało się zbyt lepkie, niż gdybym miała dać tej mąki zbyt wiele. Trochę zagniatam, ciasto powinno być elastyczne i miękkie. Odstawiam w naoliwionej (żeby się nie kleiło) misce na godzinę.  Odwracam miskę do góry nogami wyrzucając zgrabnie wyrośnięte ciasto na deskę. Kroję na cztery części (albo ile będę chciała) i nadaję kształt bułeczkom. Następnie układam je na lekko przypruszonym mąką papierze do pieczenia (papier oczywiście jest na blasze). Odstawiam to wszystko znowu do wyrośnięcia na 30-40 minut, a piekarnik rozgrzewam maksymalnie – u mnie do 220°C. Gdy już jest odpowiednio nagrzany, wkładam bułki na 10 minut, a po tym czasie zmniejszam temperaturę do 200°C. i czekam kolejne 20-30 minut. Ale ostrożnie – pilnuję, by się nie spaliły, bo nie ufam mojemu piekarnikowi. Acha, na spód piekarnika wstawiam małą miseczkę z wodą, podobno para przyczynia się do utworzenia chrupiącek skórki.

A kiełki? To proste. Moje wieczne odkładanie wszystkie na później pozwala mi czasem zaoszczędzić trochę kasy. Tak jest w przypadku naczynia do kiełkowania, którego zakup planuję już od kilku lat. W międzyczasie znalazłam w necie fajny sposób na kiełkowanie np. fasoli mung albo soczewicy. Na początek moczymy ziarna przez noc, potem wrzucamy do słoika i płuczemy rano i wieczorem (albo częściej, jeżeli jesteś w domu i Ci się chce). Koleżanka sugeruje przykrycie słoika gazikiem, ale za pierwszym razem soczewica trochę podśmiardła i musiałam wyrzucić. Teraz do odszączenia wody przy codziennym płukaniu wykorzystuję plastykowe sitko – elastyczną siatkę można dopasować do słoika. Poza tym,  wypełniam ziarnami tylko 1/3 słoika, to istotne zwłaszcza w przypadku fasoli mung – ona kiełkuje błyskawicznie i szybko zwiększa objętość. W przeciwieństwie do soczewicy, która się nigdzie nie spieszy.

A na koniec kroimy kromkę bułki, smarujemy masłem (grubo!), układamy kiełki i posypujemy świeżo zmielonym pieprzem.

Smacznego!


Come out and play*

Już są. Nie myślałam, że kiedykolwiek z premedytacją kupię przyciasne buty.


* Nie nawiązuję do piosenki o tym samym tytule z repertuaru grupy Offspring. Nie trawię grupy Offspring.


Do czytania, do oglądania

Mój egzemplarz właśnie dotarł i jest soooo sexy 🙂 Elegancka okładka, szerokie kartki z kolumnami cytatów układających się w całość. Z radością oddam się lekturze.

Stąd też, moim zdaniem, głównym celem nauczania historii nie powinno być przyswojenie jak największej liczby dat czy szczegółów z biografii wybitnych postaci, ale wyrobienie krytycyzmu. Tym samym zaś i uodpornienie na oddziaływanie współczesnej nam propagandy.

Cytat cytatu z pierwszej strony książki Obok albo ile procent Babilonu, której autorami są mr makowski oraz Michał Szymański i inni. Czyj? Kup i się dowiedz.


Serowe desery

Kruche bułeczki wypełnione serami cheddar i parmezanem. Pikantość zawdzięczają kilku sporym kroplom Mamma Afrika Peri Peri i glazurze z ostrej, wędzonej papryki. Oryginalny przepis mówi o wykorzystaniu sody i proszku do pieczenia. Natomiast ja konsekwentnie zamieniam te składniki na drożdże. Podobno na kilogram mąki daje się około 5—10 dkg drożdży, ale ja tutaj dałam 2,5dkg (bo tyle mi zostało z pieczenia ciabatty). Po upieczeniu i przekrojeniu pojawiło się lekko wilgotne ciasto i zastanawiam się czy to ogromna ilość sera, czy może znowu były zbyt szybko i gorąco. W każdym razie smaczne i chrupiące, ale w ustach natychmiast się rozpływają… to ta cała kostka masła 🙂

AKTUALIZACJA: Właśnie połknęłam jedną bułeczkę na śniadanie i muszę powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Wcześniej zaobserwowana wilgotność to stopniały ser. Po ostygnięciu, bułeczki przyjmują odpowiednią konsystencję.


chrup Chrup CHRUP

Czego człowiek nie zrobi by nie zająć się tym co trzeba. Tak. Whateva. Ok, więc znalazłam stronę tych ludzi, którzy jedzą bez gotowania. Raw food. Hm… brzmi interesująco, gdybym tylko tak bardzo nie lubiła tych wszystkich pieczonych i przypieczonych, soczystych dobroci. Gorących i rozgrzewających. No dobra, w moim kombinacie mówi się o wartościach i diversity jest jedną z nich, więc niech będzie,  może i dobre jest to ich surowe jedzenie. W każdym razie zaczęłam od takich a la krakersów bez mąki. Z mielonych ziaren słonecznika i siemienia lnianego. Pierwszą partię posypałam tymiankiem, ziołami prowansalskimi, niemielonymi ziarnami siemienia i maku, pietruszką i ziarnami dyni (odpadała w trakcie, trzeba dobrze wklepać). Potem wyłożyłam na papierze do pieczenia i włożyłam na wiele, wiele, wiele… (tu przychodzi inkasent) godzin do piekarnika. Wieczorem i potem jeszcze następnego dnia.

Drugą partię włożyłam tylko na tyle czasu do piekarnika, by wystarczająco wyschła i nadawała się do przeniesienia do suszarki. Teraz właśnie się już suszy z piątą godzinę… Ta partia jest ciut grubsza. Posypana tylko ziołami prowansalskimi, sezamem i siemieniem.

Pewnie będzie dobre do zup, z kiełkami lub solo.


Ciabatta z piwem, czyli chleb dla alkoholika*

Czego człowiek nie zrobi by nie zająć się tym co trzeba. Tak. Whateva. Np. ciabatta na bazie piwa typu stout i sporej porcji świeżego rozmarynu. Dzień wcześniej wstawiłam zaczyn.

Około południa natępnego dnia wyrobiłam ciasto. Tak, kiedyś będę miała super duper dough kneading machine… a na razie wyrabiam bary zagniatająć ciasto własnoręcznie. Uformowałam bochenki i odstawiłam na niecałe dwie godziny, przykryte ściereczką. Po odkryciu M musiał oczywiście pacnąć jedną z pięknie wyrośniętych buł… Nic się nie stało, bo przed pieczeniem i tak lepiej wytrzepać gazy, które nagromadziły się podczas wyrastania.

Poklepałam, wrzuciłam do piekarnika i lekko przypaliłam. Tak, bo piekarnik był ciut za gorący i w dodatku na termoobiegu. Aha, wstawiłam małą miseczkę z wodą, dzięki niej tworzy się pieknie chrupiąca skórka. Jak już poczułam lekki swąd, wyciągnęłam pierwszy bochenek, zmniejszyłam lekko temperaturę i pozwoliłam drugiemu dojść do siebie już trochę wolniej. Pierwszy zaraz przekroiłam. Dyskretnie zakryłam lekko niedopieczony fragment środka odkrojoną kromką.

Ciekawa jestem niezmiernie czy drugi bochenek jest dobrze wypieczony. Ale o tym dowiem się dopiero jutro lub pojutrze. Dowiem się też, jak długo taka ciabatta może leżeć.

*Still in denial.


Projekcja

No tak, miało mnie nie być, ale… szybko to przemyślałam i zmieniłam zdanie. Zrezygnowałam, bo myślałam, że to wszystko wina fb – brak motywacji do realizacji planów, kanapowa hibernacja. Skasowałam fb i okazało się, że diagnoza była chybiona. Dlatego wróciłam, a z marazmem muszę sobie inaczej poradzić niż obwiniać wszystkich i wszystko w około – czyli narzucić sobie dyscyplinę, przejąć kontrolę nad własnym życiem i przywrócić pełną energii i pomysłów JA.