Monthly Archives: April 2011

Coś…

…albo już nic.


Rozbijam bank

Nieudany atak na sejf. Pan od BHP na pewno chciałby tę sprawę dokładnie zinwestygować.


Gdy chorobździle łakną

Czekolada i słodkości w każdej postaci to numer jeden na liście posiłków gdy w nosie siedzą gluty, ciało przyjmuje formę worka ziemniaków i tęskno za ciężkimi firanami stanowiącymi szczelną barierę od głupio świecąceg słońca. Każda tabliczka, batonik czy też nadziewane kulki są wystarczająco dobre, by sponiewierać organizm w cukrowym błocie. A potem zostaje tylko boląca wątroba i gryzące sumienie. Dlatego zamiast doczłapać się do najbliższej stacji benzynowej żerującej na słabościach świętującego społeczeństwa, ja kontynuuję szperanie w szafkach i lodówce. Tym razem padło na grejpfruty, kakao i przyprawy.

Grejpfruty dwa obieram ze skóry, a następnie z uporem maniaka oddzielam miąższowe segmenty i obieram z cienkiem skórki. Skórkę można zjeść, jak ktoś lubi. Wcześniej roztarłam w moździerzu cynamon, torchę goździków i ociupinkę anyżu – tyle wystarczy, ma bardzo intensywny smak. Mieszam przyprawy z kakao i posypuję tym kawałki grejpfruta.

Teflonową patelnię rozgrzewam i posypuję cukrem. Wrzucam owoc i mieszam, aż ze wszystkich składników powstanie syrop.


Z (prawie) pustego

Podczas gdy pierwsze w roku święto obżarstwa trwa, a sklepy są pozamykane, ja zaglądam do lodówki by uzbierać coś sensownego na posiłek dla mnie i pana Koszyczka. Znalazłam

  1. jednego ziemniaka,
  2. pół cebuli,
  3. jogurt Nadburzański (przeterminowany od 18/04, nadal dobry),
  4. wciśnięty w kąt i zapomniany kawałek parmezanu,
  5. jajko.

Najpierw wysmarowałam naczynie żaroodporne tłuszczem z gęsi. Ziemniaka starłam na talarki bez obierania (cieniuchna skórka), cebulę też starłam jakoś tak bez ładu. Wrzuciłam kilkanaście malusieńskich ząbków czosnku. Posypałam tymiankiem, estragonem, czerwoną papryką wędzoną, pieprzem, solą, mieloną kolendrą, mielonym kminem rzymskim i rozgniecionym kawałkiem gałki m. Wymieszałam, żeby talarki równomiernie obeszły przyprawami i tłuszczem. Posypałam startym parmezanem. Zalałam zmieszanym jajkiem z jogurtem. Naczynie włożyłam do rozgrzanego piekarnika i piekłam bez przykrycia aż zarumienił się wierzch. Ziemniaki były jeszcze ciut al dente, więc przykryłam folią i grzałam przez kolejne 15 minut.


Wietrzymy się

Do tego namawiać nas dwa razy nie trzeba. W sobotni poranek budzimy się w jednym z moich ulubionych górskich miejsc.

Przebywają tutaj też na regeneracyjnych wczasach Rękawiczki Makowskiego.

Stare, drewniane schronisko. Drewniane ściany dają ciepło, którego próżno szukać w kamiennych budynkach. I ten charakterystyczny zapach zdrowego, suchego powietrza.

Mimo obolałej bańki, nóg z waty i płuc z ołowiu nie rezygnujemy z ambitnego planu. Tzn. ambitny plan w pewnym momencie zamienia się z przejścia z punktu A do B na powrót do punktu A. Jest ciepło i słonecznie, aż szkoda rezygnować za szybko.

Dlatego w drodze powrotnej prowadzi nas kompas, a nie szlak. Z tego ostatniego i tak musimy na chwilę zejść, bo wszechobecne w Beskidzie pierdziawki w postaci motorów pozostawiają spalinowy smród i hałas. Niemniej, wychodzi całkiem przyjemna, całodniowa spacerówka.

Ktoś umie pozbyć się tego źdźbła przecinającego poniższe zdjęcie? Dziękujemy panu Alferowi.

Znak, że wiosna już dotarła. Smardz – wiosenny grzyb, w Polsce prawnie chroniony. W atlasach piszą, że bardzo smaczny.

Dzień kończymy czystym rosołem i najlepszą zupą czosnkową, jaką kiedykolwiek miałam okazję jeść (i grzanym piwem).

W towarzystwie Czarnej. Sąsiadki schroniska.

W samym schronisku mieszka inna czarna, ale jest bardzo nieśmiała, nic nie mówi i tylko się gapi.

W łóżkach jesteśmy jeszcze przed wieczorynką. Gorączka przynosi niespokojny sen. Szalejący wiatr i stukot deszczowych kropel powodują, że jest to jedna z gorzej przespanych nocy. Górski weekend kończy się przedwcześnie. Zmęczeni, trochę zawiedzeni, ale w pewnym stopniu spełnieni wracamy do własnych kołder i poduszek – w ich towarzystwie cierpi się trochę przyjemniej.

Niektóre zdjęcia pochodzą z wcześniejszych pobytów na Równicy.


Ostatni weekend kwietnia

Piątek mija nam pod znakiem postu, a przynajmniej jego pierwsza połowa. A wszystko po to, by pomieściły się w brzusiach naszych maluśkich skromne potrawy i napoje. Pod Częstochową czas na surowe mięsko i pięćdziesiątki dwie.

W drodze na Katowice robimy przerwę na gęsie pipy i żurek o niepowtarzalnym smaku dzięki temu, że ugotowany na rosole z tychże gęsi, którym wcześniej te pipy wycięto. Podane tylko w maśle, rozpływają się w ustach.

A wieczorem, gdy Jagny i Boryny z zakasanymi rękawami szykowały 12 potraw… e, pomyliłam miesiące. W każdym razie, my na wyżynach też musimy się napracować, by się najeść.

Ku pokrzepieniu miodula. Tu: jedna.

A potem, to już tylko lulu, paciorekzachód słońca i spać.


Który poziom piramidy?

Daję się ponieść codziennemu szaleństwu, który nastał w kombinacie. Jestem zmęczona, ale odczuwam satysfakcję, bo oprócz zdobywania doświadczenia zawodowego, odkrywam kolejne swoje warstwy. Wszystko już było, a jednak wydaje mi się nowe – relacje z zespołem, pokonywanie stresu, słabości.

Ale zapominam zadbać o siebie. Śpię byle jak, jem byle jak, żyję byle jak. Zgadzam się na to, bo wiem, że to stan przejściowy. Przez trzy miesiące nie dojeżdżałam rowerem do pracy – na szczęście od dwóch tygodni to już nieprawda. Zapychałam się kanapkami sprzedawanymi w kombinackiej stołówce; są obrzydliwe, może dlatego połykałam je w kilka sekund. Nic dziwnego, że jestem i czuję się cała byle jaka.

A można i nawet trzeba inaczej. Zatem plan na pierwszy tydzień: wypełnienie biurowej lodówki wartościowym jedzeniem na kolejne pięć dni. Pożegnanie z tekturowymi bułkami, powitanie tych upieczonych w mojej kuchni. Posmarowane masłem będą wspaniale wymiatać z miski mieszankę twarożku, jogurtu i szczypiorku. Proszę trzymać kciuki!

Bułki wg. przepisu z Pracowni Wypieków. Zastosowałam tylko inną mąkę, trochę ciemniejszą i z farfoclami. Nie pamiętam jaka, mogła być pszeniczna żytnia.