Monthly Archives: May 2011

Geylang

Jadę w sam środek singapurskiej dzielnicy malezyjskiej – Geylang Serai.

Trochę przesadzam ze strojem odpowiednim na tutejszy klimat i wzbudzam podśmiechujki u kilku tradycyjnie ubranych kobiet. W Geylang Serai Market zatrzymuję się na mutton satay. Porcja jest średnia, a mała w zupełności by wystarczyła. Sos orzechowy, słodki. Na przełamanie smaku ogórek i cebula. Większość lokalesów nie zwraca na mnie uwagi, ale gdy zatrzymam się na chwilę dłużej przyglądając się czemuś mi mniej znanemu, zaraz ktoś podchodzi z uśmiechem i podpowiedzią.

Geylang jest dzielnicą pełną kontrastów. Na jednej ulicy tuż za muzułmańskimi rewirami stoją dziwki, ich twarze okraszone jaskrawym makijażem. Im dalej od skupienia malezyjskiego, całość przypomina mi klimaty torontońskich Queen Street lub The Annex – młode, tanie, modne i zrelaksowane. 

Mijam sznur restauracji, wszystkie wypełnione lokalesami, tu i tam pojawia się europejska twarz. O historii mieszkańców dzielnicy przypominają landrynkowo kolorowe fasady budynków.


Niech będzie pikantnie

Chodzą do tych samych pseudoorientalnych pułapek turystycznych. Zamawiają niesmaczne ale znajomo wyglądające pseudoorientalne potrawy. Marudzą, że jedzenie jest niesmaczne i pędzą do Ronalda, by zaspokoić głód. Nie schodzą z wydeptanych ścieżek, kurczowo trzymają się utartych schematów. W przerwie między spotkaniami kawa i kanapka ze Starbucks lub innego podobnego przybytku.

A wystarczy się rozejrzeć, odważyć, zapytać, podpatrzeć. Do pracy w SG przyjeżdżają ludzie z różnych regionów Azji, a za nimi podążają: tradycja, stroje, kuchnia. Są obecne na ulicy i w biurze. Dla mnie bomba, bo dodają smaku temu prawie sterylnemu, nowoczesnemu miastu, które nie chce różnić się niczym od miast zachodnich.


Room with a view


Having Fun! And lots of it.

Przy tym stole brakuje mojej ukochanej pary dłoni.  Stół na Food Street, czyli Smith Street.


Share the road

Wycieczka bez roweru, ale czujne oko widzi wszystko, co związane z tematem. Zaskoczyła mnie naklejka na oknie w taksówce mknącej po singapurskich ulicach. Jeżeli nasi taryfiarze zaczną takie sobie wlepiać, to z pewnością będzie to znak, że koniec świata pani P.

Dla równowagi zakazy. I proszę zwrócić uwagę na wysokość kary za przejazd rowerem w tunelu przejścia podziemnego dla pieszych.


Intensywnie. Inspirująco.

VIII edycja Kieratu  w 2011 za mną. Czym jest Kierat można sobie przeczytać – organizator opisuje najlepiej. Od początku mam szczęście maszerować z Piotrkiem i Tomkiem, którzy nie tylko wskazują kierunek, ale też wspierają i podtrzymują na duchu, gdy tego zabraknie. W tym roku mieli wyjątkowo trudne zadanie. Nawet Wojtek, który dołączył do grupy w tym roku, nie dał rady. Nie ma co owijać w bawełnę – w tym roku wystartowałam w wyjątkowo kiepskiej formie, zupełnie nieprzygotowana na ten wysiłek. W dodatku jeszcze wszelkie plagi egipskie, które mnie nawiedziły w dniach tuż przed startem, dokonały całkowitego spustoszenia w moim organiźmie. To nie są wymówki. To smutne fakty. Start miał miejsce w piątek o 18:00. Kryzys nadszedł szybko po zmroku. Mój mózg domagał się natychmiastowego zaśnięcia. Budziłam się w trakcie marszu gdy zapominałam ruszyć nogą do kolejnego kroku. Koledzy cierpliwie czekali. Nic z tego. O 5 rano podjęłam decyzję, by dalej iść sama. Wiedziałam, że najprawdopodobniej nie ukończę rajdu, ale tak musiało być. Oni chcieli iść, a ja ich zatrzymywałam. I wtedy stał się cud. Mój zmęczony i zmaltretowany mózg ożył, gdy się dowiedział, że wszystko teraz na jego głowie: zebranie sił i nawigowanie. Plany 20 minutowej drzemki w słońcu nagle poszły w kosmos. Szłam sama, nie odpoczywałam, nie podpinałam się pod grupy. Sama szukałam drogi. Przedzierałam się przez krzaki, szłam na azymut, docierałam do kolejnych punktów kontrolnych. Nie zajęłam liczącej się lokaty, nie miałam dobrego czasu. Ale jestem z siebie dumna, bo uruchomiłam w sobie kolejne pokłady siły umożliwiające mi podjęcie decyzji niekoniecznie korzystnej dla mnie i odkrycie umiejętności (samodzielne nawigowanie). Na 15 minut przed metą zmobilizowałam obolałe ciało i biegłam do końca, by nie przekroczyć 28h marszu. Taki kaprys. Przeszłam 100km w 27 godzin i 58 minut. Piotrkowi dziękuję za cenne wskazówki.

Ze względu na okoliczności – zdjęcie zastępcze.


Zielone plasterki

Kolejna prosta i szybka przekąska. Mnie posłużyła jako śniadanie, a przy okazji oczyszczenie lodówki przed majówkowym wyjazdem. Prościej być już nie może. Plastry cukinii przykryłam liśćmi bazylii i posypałam startym serem mozzarella oraz ostrą wędzoną papryką hiszpańską. Na koniec płatkami soli i grubo zmielonym pieprzem. Można delikatnie skropać limonką/cytryną. Do piekarnika na tak długo jak trzeba.