Plagiat na niedzielny obiad

Słoneczna niedziela przebiegła z bezpiecznej odległości.

Tak, koniec musi być bliski.

Zatem czas na trochę szaleństwa. Przysposobione plagiaty wzbogacam szczyptą złamanego tabu. Podczas sobotniego szturmu na targ w Halach Marymonckich nie tylko wpadam na jednego z naszych korporacyjnych ekspatów, ale dzięki spostrzegawczości pana Koszyczka nabywam (nieufnie) porcję koniny, w której pokładam całą nadzieję (paradoks) na mięso dobrej jakości – ok, żeby chociaż jakoś dało się przeżuć, żeby przegryzany kawałek mięsa nie zamieniał się w podeszwę. Jak człowiek nabiera pokory mieszkając w pięknym kraju nad Wisłą można dowiedzieć się tylko mieszkając w kraju nad Wisłą.

Zatem konina. Wyczytałam, że delikatna, bardziej słodka niż wołowina. Propagowana przez francuzów w latach 30stych, a dzisiaj również wśród brytyjczyków. Konina spędziła noc w lodówce w towarzystwie tymianku i pieprzu. W dniu smażenia przygotowałam najpierw ziemniaki z sosem, a potem mięso. A odbyło się wszystko tak:

Ziemniaki zostały obrane i pokrojone w plasterki grubości minimum 1cm. Wrzucone do zimnej wody z kilkoma ziarnami kminu rzymskiego i również kilkoma ząbkami czosnku. Ugotowane al dente (czyli środek lekko surowy – nawet widać) zostały wrzucone na patelnię z tłuszczem i podsmażone. A następnie odłożone do miseczki (razem ze wszystkim, co się przylepiło do patelni i dało zeskrobać), przykryte folią i odstawione do nagrzanego piekarnika, by nie traciły ciepła*.

A teraz sos. Że niby południowohamerykański. To i proporcje podam jak oni tam. Czyli 1 i 1/2 filiżanki mleka (tutaj zmieszałam śmietanę z mlekiem), dwie łyżki mąki, dwie łyżki tłuszczu (wykorzystałam pozostałości z innej potrawy), pieprz i sól. Najpierw na patelni rozpuszczam tłuszcz. Dodaję grubo pokruszony czarny pieprz i pozwalam mu się trochę pokąpać w gorącym tłuszczu. Potem dodaję mąke. Mieszam cały czas. Masa u mnie natychmiast gęstnieję, więc nie czekam długo i dolewam powoli mleko. Mieszam intensywnie. Trochę to trwa. W końcu wlewam na gęste sitko i mieszam, żeby sos przeleciał bez jakichkolwiek grudek. Na sitku pozostają ziarna pieprzu, które skrzętnie zbieram i wrzucam do sosu. Sos owijam folją i wkładam do piekarnika jak ziemniaki – by nie ostygł.

Teraz mięso: rozgrzewam ogień na patelni na tak zwanego maksa. Pozwalam się przyrumienić każdej stronie dosłownie przez kilka sekund, a następnie przekładam na talerz. To, co pozostało na patelni, zalewam brandy i wrzucam pocięte w plastry szalotki. Gdy mam wrażenie, że ulotnił się alkohol, wrzucam ponownie mięso by przestała cieknąć z niego krew. Ale pozostaje czerwone w środku.

I teraz chwila skupienia – uwaga. Lepiej nie pić wczesniej, jeżeli nie ma się wprawy w funkcjonowaniu w rzeczywistości umoczonej w alkoholu. Staramy się dokładnie w tym samym momencie podać na talerzu ziemniaki polane w połowie sosem z mięsem (proponuję taką kolejność).

Do obiadu podany przewrotnie sekt.


2 responses to “Plagiat na niedzielny obiad

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: