Monthly Archives: October 2011

U rzeźnika

Moja pierwsza wizyta, dogadałam się z nim na migi. Jedyne słowo, które znałam, to kuzu, czyli jagnięcina. Poprosiłam 500g, mielone. Wybrałam kawełek mięsa, które następnie pokroił w części i wyciął wszelkie zbędne części, a na koniec zmielił i gustownie zapakował.

Innym razem kupowałam jagnięcinę w supermarkecie. Zanim spróbowałam cokolwiek powiedzieć, kupująca przede mną elegancka pani zauważyła, że kręcę się w około stoiska mięsnego kompletnie zagubiona. Nie dość, że nie umiem w ogóle kupować mięsa, to jeszcze mam problemy z dogadaniem się. Zapyta po angielsku czy potrzebuję pomocy, co chcę i na ile osób. Elegancka pani poinstruowała ekspendienta i również mnie, informując, że ekspedient nie wytnie całego tłuszczu, bo wtedy będzie smaczniej. Jak smaczniej, to ok. Lubię kupować mięso w Turcji.

Advertisements

Urodziny Republiki

Wszędzie czerwone flagi. Rano mini rowerowa masa krytyczna. Kolumny prywatnych samochodów z flagami, które dostają od przechodniów salwy braw. Wieczorem przemarsz ulicą Bağdat. Wszyscy trzymają przynajmniej po jednej tureckiej fladze, ktoś wciska jedną w moje puste dłonie. Transparenty ze zdjęciami niedawno poległych żołnierzy w “kurdyjskim” konflikcie. Pieśni rodem chińskich defilad, może rosyjskich pieśni propagadnowych. 29 października odbyły się celebracje związane z 88-mymi urodzinami Republiki Tureckiej.


Niedziela z Masłowem

Relatywne symbole normalności. Albo stabilizacji.

1. Klucz. Skończyła się kilkutygodniowa hotelowa tułaczka i dzisiaj pierwszy raz wyszłam na ulice miasta z kluczem w dłoni. Ta refleksja przypomniała mi pewien epizod z dzieciństwa. Wychowałam się w dużym ogrodzie z trzema domami: moich rodziców, babci/dziadka i cioci. Tam zawsze ktoś był obecny. A ja tak bardzo zazdrościłam wiszącego klucza na szyi mieszkających w blokach dzieci, których rodzice nie wracali do domu na czas. Poprosiłam dziadka o klucz. Nieważne jaki, byle zwisał z mojej szyi.

2. Posiłek. Wyszłam z tym moim kluczem w kieszeni i poszłam do sklepu za rogiem. Kupiłam biały pieprz, oliwę, pomidory, czerwoną cebulę, czosnek, świeży rozmaryn, jagnięcinę i piwo. Kupiłam, bo nareszcie mam kuchnię. I sztućce, szklanki, talerze, garnki, patelnię.

Bez kombinacji, sprawnie i przede wszystkim samodzielnie. Poniżej przygotowane składniki. Jagnięcina pokrojona w kostkę, igiełki rozmarynu, pióra cebuli, rozgnieciony czosnek. W tle oliwa i biały pieprz. Na talerzu przygotowana sałatka w postaci plastrów pomidorów posypanych pieprzem, polanych oliwą.

Na patelni pojawiły się w kolejności: oliwa, następnie razem cebula + czosnek + rozmaryn + pieprz (trochę), mięso zanim czosnek zacząłby brązowieć, znowu pieprz, piwo (pieni się).

Odkryte danie dusiło się na bardziej niż średnim ogniu do momentu zredukowania sosu.

3. Dzielnica. Może na dzisiaj i ewentualnie jutro, ale ważne, że teraz jest moja. Jej główna ulica, zazwyczaj tętniąca życiem i wypełniona samochodami, dzisiaj od rana była zamknięta dla ruchu samochodowego i pozwoliła iść jej środkiem. Można było też pojechać pod prąd. Cóż za gratka.


The winter is coming


Istanbul by night