Robaki, kaczka i seledynowy Bosfor

Dzisiaj kolejny udany dzień pod względem niezrealizowanych postanowień.

Serio, czy jest taki zawód, w którym mój talent by się przydał. A, tak – polityk. Nofenkju. Ostatnio stwierdziłam, że się w ogóle minęłam z powołaniem. Mó zawód to crash tester. Np. dla służbowych laptopów i telefonów. Albo kabli USB. Ewentualnie uchwytów na drzwiach do szafek. To tylko przykłady, ale mój zasięg jest bardzo szeroki i mam wiele sukcesów w tym zakresie. Może poszukam jakichś ogłoszeń, kto wie…

A propos planów, zatem miałam się dzisiaj znowu popluskać w łaźni i to z samego rana, czyli o godzinie otwarcia (8:00 am), czyli wczesna pobudka, itp.

Serio, mój budzik nabawi się jakiejś nerwicy, tak co dziesięć minut zaliczać z kciuka. Dziw, że jeszcze wydaje z siebie jakieś dźwięki. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że straciłam głos parę dni temu, a z nosa spływają mi gluty do krtani i zasychają tam przez noc obniżając komfort snu.

Około 7:30am trochę postękałam, nawet przez chwilę pomyślałam o spędzeniu dnia w łóżku odużając się rumiankiem, imbirem i aspiryną, a może nawet o zrobieniu syropu z cebuli (polecam, jest świetny na kaszel i smaczniejszy niż te z apteki, tylko haja nie daje). I tak sobie bym leżała pewnie do siedemnastej rozmyślając o tych wszystkich syropach gdyby nie ta wewnętrzna menda-szwędacz.

Z dzieciństwa pamiętam, że moja babcia miała różne sympatyczne powiedzenia o mnie, np. że mam robaki w dupie.

Nieszczęśliwa zwlokłam się z łóżka, doprowadziłam wizaż do łatwiejszego przyswojenia przez abilerim & ablalarim i ściskając mapę w dłoni udałam się na przystanek autobusowy.

Ale tylko dlatego, że jest vis a vis mojego mieszkania. Oprócz transportu miejskiego jeżdżą tu dolmusze i minibusiki. Są wygodne, jeżdżą wszędzie i cały czas. Jak jeden ucieknie, drugi będzie za 2-3 minuty. I sami szukają pasażerów, co może być trochę wkkurzające, gdy człowiek się spieszy, bo taki kierowca potrafi zatrzymać się na minutę i potrąbić nia niezaintersowanych przechodniów, a nuż któryś zmieni zdanie. Minimusiki mają być podobno zlikwidowane. Mój turecki znajomy mówi, że dobrze, bo to transport rodem trzeciego świata i wstyd. Ja tam sobie pomyślałam od razu, że prawie półmetrowe krawężniki i rozjeżdżanie pieszych to trzeci świat i tak też powiedziałam. Dziwną logiką dolmusze są ok. Bo w nich się siedzi (fakt, brak miejsc stojących). Ale tym samym a) zabiera mniej pasażerów i b) jest mniej ekologiczny. Dodatkowym niecywilizowanym, wg. mojego rozmówcy, elementem w minibusikach jest podawanie pieniądzy za pośrednictwem innych pasażerów do kierowcy (gdy jest ciasno). W dolmuszach też tak jest, ale to najwidoczniej mojego tureckiego kolegę nie razi.

Dojechałam do portu, wsiadałam na prom, zamówiłam herbatę i w końcu się zrelaksowałam. Do tego momentu wszystko było w biegu, bo moim celem było wrócenie do domu w okolicach południa.

Przy tych okołozerowych mrozach kolejka po ciepłą herbatę jest olbrzymia). Wprowadzili też do oferty herbatę w większych kubkach papierowych – podwójna porcja. Ja, zimnokrwista istota, zamówiłam tradycyjną, w szklance.

Ach, zapomniałam powiedzieć, że celem wypadu do Europy był zakup kaczki. W internetach znalazłam, że w Beyouğlu jest sklep taki i siaki i tam biegłam. Po drodze chciałam kupić balık ekmek, czyli kanapkę ze świeżo ugrillowaną rybą (nie pamiętam, ale to chyba makrela), ale było za wcześnie. Za to pod schodami do wieży Galata stał pan z wózkiem świeżych owoców i wyciskał sok. Pamiętacie jak mówiłam, że w kawiarni przy Hagia Sophii sprzedają sok z granatów po 10TL? Ten pan wyciskał po 2TL.

Tutaj jadają jedynie kurczaka i indyka. Na kaczki i gęsi marszczą nosy. Na koninę z resztą też. Tak jak u nas się mawia, że najlepsza chińszczyzna jestz gołębi, tak tutaj mięso z osła w kebabie jest “rarytasem”.

Ok, dotarłam do małej uliczki odbiegającej od Istiklal Cad., a tam mnóstwo malutkich sklepików ulokowanych w parterowej części starych kamienic z ciasno poustawianymi stołami prezentującymi codzienną ofertę. Są owoce morza, mięsa, warzywa i trochę przemysłu. Trochę się pogubiłam, tzn. nie sprawdziłam dokładnie mapy i myślałam, że jestem tam gdzie miałam dotrzeć, ale nie. Weszłam do sklepu, na wystawie mózgi, wątroby i żołądki. Widzę kurczaka, pytam o angielski. Nikt, ale panowie niezrażeni wyszli przed sklep i złapali jakiegoś młodzieńca, któremu się wydawało, że mówi po angielsku. W końcu ja i panowie doszliśmy do porozumienia, że szukam kaczki/gęsi i jeden z nich zaprowadził mnie kilka drzwi dalej. To sklep istniejący od 1966, dzisiaj prowadzi go syn założyciela. W lodówce świeże kaczki i gęsi, nie mrożone wcześniej (chyba…) Trochę to wygląda inaczej niż w supermarkietach, gdzie superblady i wymoczony drób spoczywa owinięty sterylnie (?) w folię. Gdy minął szok, wybrałam największą. Już się cieszyłam na zabawę przy czyszczeniu bestii, ale zapomniałam gdzie jestem – tu się wszystko ładnie robi za klienta. I tak najpierw kaczka została opalona by pozbyć się pozostałości po upierzeniu. Następnie zostały odcięte wszystkie niepotrzebne części na zewnątrz korpusu (główka, nóżki, to dziwne coś przy kuprze). Na koniec zostały wyciągnięte wnętrzności. Wątróbka i oczyszczony żołądek (lekcje biologii mogły być takie fascynujące…) zostały wrzucone do oczyszczonego korpusu. Serce zostało w środku, nienaruszone.

Kaczka kosztuje 25TL za kilogram. Moja ważyła 2,5kg. Z główką, nóżkami i pełnym żołądkiem. Za tydzień będzie podobno wątroba z gęsi. Chyba poproszę moich tureckich znajomych o jakiś kontakt z tym panem i upewnienie się, że się dogadaliśmy. W każdym razie szczęśliwa, z kaczką w siatce, prawie w podskokach, wracałam do portu. Ujarana dopaminą wrzuciłam luz na kontrolę finansów i zakupiłam dwa tisherty, dwa sery, trzy butelki wina i 1/8 ananasa na patyku (1TL). Sielanka.

Musiałam się zatrzymać na moście Galata, bo takie widoki w lutym, przy temperaturze okołozerowej, są dla mnie nadal orzeźwiającą nowością.

Czekając na prom zakupiłam od ulicznego sprzedawcy dwie małże nadziewane ryżem (2TL) i kasztany (4TL) na drogę. Na promie tradycyjnie herbatę. Na ostatnim etapie podróży do domu, w minibusiku, siedziałam szczęśliwa tuląc korpus kaczki owinięty w beżowy papier.

Poza tym, polecam dzienną porcję wiadomości: Atatürk Daily.


22 responses to “Robaki, kaczka i seledynowy Bosfor

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: