Monthly Archives: March 2012

turkey okey

Advertisements

co na śniadanie

Herbata z obwarzankiem sezamowym i nieodrobiona praca domowa. Na promie, w drodze do szkoły.


find waldo


na dyplomatycznych salonach

Strona ambasady polskiej w Ankarze informuje:

http://www.ankara.polemb.net/

A w międzyczasie, stanowisko ambasadora tureckiego w Polsce obiął Yusuf Ziya Özcan, były prezes Rady Szkolnictwa Wyższego (YÖK). O Polsce ma wiele dobrego do powiedzenia.

“I looked at the internet. It is the country of Chopin. A country rich with cultural life, literature and music,” […]

Pudelkowy fakt: również były profesor mojej obecnej szefowej.


Co na śniadanie

Ciasteczka pistacjowo żurawinowe. Wg.

Zmieniłam ekstrakt waniliowy na prawdziwą wanilię. Po wyskrobaniu, miąższ wanilii należy rozetrzeć palcami z mąką, wtedy równomiernie rozprowadzi się w cieście.

I pozostałe składniki, których ilość dostosowałam do posiadanej w danym momencie ilości masła. Tu serce mi drży, bo nie jestem przekonana co do poprawności moich wyliczeń, ale wiara czyni cuda.

Ciasteczka wjechały do piekarnika na około 20 minut. Przepis mówi o 12-15 minutach, ale ja podpatrywałam brzegi ciasteczek i gdy tylko nabrały lekko złocistego koloru, wyłączyłam piekarnik i zostawiłam na noc do ostygnięcia. Gdy są ciepłe, natychmiast się rozpadają. To pewnie przez brak jajek i dużą ilość masła. Pamiętajcie, miejcie jaja i nie przesadzajcie z masłem. Bo się rozpadniecie.

PS.

The word pistachio comes from medieval Italian pistacchio […]

dlatego tak naturalnie przychodzi mi popełnianie tego błędu. Ale czy życie nie polega właśnie na popełnianiu błędów? Dziękuję za uwagę.

PPS Sama zjadłam dwa (słownie: dwa) ciasteczka. Resztę rozdałam w fabryce najbliższemu otoczeniu.


Co na śniadanie

Moje wręcz ortodoksyjne nieprzestrzeganie przepisów jak zwykle zebrało żniwa w postaci tego oto arcydzieła, które zeżarłam bez sentymentów, więc smutku nie było (masło maślane?).

Tutaj zdjęcie i opis, jak miało być z tą kanapką. A wyszło tak, że zamiast tuńczyka w puszce kupiłam jakieś świeże małe rybki a la sardynki i dzień wcześniej upiekłam w piekarniku, wcześniej posypawszy suszonymi płatkami ostrej papryki (hot pepper flakes sounds so much better). Czerwonej papryki nie pokroiłam w kostkę, ale przekrojoną na pół włożyłam najpierw do piekarnika  by oblazła ze skóry, a następnie całe plastry ułożyłam jako bazę (to ściema z tą bazą, powiedziało przygniecione przez paprykę masło). Na to upchnęłam rybki. Nie marudzić, że nieładnie, że żebra itp, przynajmniej oszczędziłam Wam widoku białego oka (obcięte po lewej stronie zdjęcia). Posypałam krążkami zielonej cebuli, świeżym oegano i wiórkami startego sera (twardy, słony). Taka piramidka wjechała do piekarnika. Gdy już ser zmiękł i tu i udwdzie roztopił, przykryłam deklem i zjadłam. I co z tego, że kanapka z rybą i cebulą to niezbyt rozsądny pomysł na rozpoczęcie dnia w biurze, to nie mój problem.

Bułka też spartaczona, zamiast zwykłej białej mąki pszennej, użyłam trochę ciemniejszej, cięższej. I nie uformowałam w kuleczki, tylko takie paluchy miały wyjść. A wyszły packi, nie powiem jakie. I przytwardawa ta skórka, ale zjadliwe.

Aby sadystycznie ponapawać się moją nieudolnością, zrobiłam też na kolację. I tu moment prawdy. Rano kanapkę zawinęłam w folię i zjadłam w kuchni (przy biurku nie mogłam, w końcu mam ludzkie odruchy). Tę wieczorem zjadłam na ciepło i popiłam białym winem. Błąd. Powinno być piwo.


Fajny film wczoraj widziałam

A nie, to nie film, kino było fajne. I momenty były, a raczej jeden moment – w połowie filmu. Czyli przerwa. 10 minut na załatwienie różnych ważnych spraw. Przerwa to standard w tureckich kinach od zawsze (przynajmniej od kiedy Orhan Pamuk pamięta).

Nie wszystkie kina mają taki bar,

nie wszystkie też sprzedają alkohol, ale nowootwierane (głównie sieciówki) podążają za tym trendem.

Niestety, za ciemno było, więc musicie uwierzyć mi na słowo, że film oglądałam wylegiwując się na sporej sofie wieloosobowej z poduszkami.