Great expectations

Niecierpliwie wyczekiwany dzień – sobota: początek zajęć.

Podtrzymując studencką tradycję, budzę się z ciężką głową, ale i tak idzie całkiem sprawnie (że też nigdy mi się tak nie udaje w przypadku wstawania do fabryki w ciągu tygodnia: mam pewną teorię…). Na śniadanie dwa jajka na miękko, bo podobno coś tam coś tam na mózg i suszone daktyle/figi do plecaka na drugie. Na miejsce docieram 40 minut przed czasem (że też zawsze się spóźniam na autobus do fabryki w ciągu tygodnia: mam pewną teorię…), zatem piję kawę po turecku tym razem już bez cukru, łapię latte na drogę i ruszam do szkoły.

Moje imię zdradzone obsłudze kawiarni, a jednak anonimowo.

Odbijam od placu Taksim i po drodze mijam kamienice, w których mieszczą się konsulaty Macedonii, Gruzji, Japonii, Niemiec (ten ostatni raczej nie w kamienicy, a wielkim gmachu). Klimat jak w Paryżu. Moja szkoła mieści się w starej, wąskiej kamienicy. Na parterze malutkie ciasne biuro, w którym tydzień temu zapisałam się na kurs. Za biurem dwa stoliki z krzesłami i schody, a pod schodami kącik kuchenny, gdzie w przerwach wąsaty Turek sprzedaje przekąski i herbatę (przygotowaną w typowym „piętrowym” czajniku) i on też, na pełnym luzie i z lekkim uśmiechem rozbawienia, wnosi swój wkład w nauczanie języka (bir çay lütfen, şekersiz, yetmiş beş kuruş). Na każdym piętrze znajduje się jedna sala, wchodzę na trzecie.

A w mojej klasie: koledzy z Emiratów, Kazahstanu i Indii; koleżanki z Jordanii, Słowacji i Pakistanu – łącznie 7 osób. Tak bardzo byłam ciekawa kogo spotkam i nie ukrywam, że zatęskniłam za mieszanką kulturową. Niemniej, jestem sztywna jak pal azji, nie odzywam się do nikogo, wręcz stawiam sobie za cel zdystansowanie pozornie bliskiej Słowaczki. Co jest? Kolejny cios przy pierwszym ćwiczeniu. Czytamy podstawowy dialog „cześć, cześć, mam na imię, jestem z”. Próbuję zapamiętać, ale gdy nauczyciel każe zamknąć książki, moja panika staje na drodze wszelkich starań i rośnie do rozmiarów żaby w gardle, gdy się okazuje, że wszyscy na około wypowiadają swoje zdania. Pocę się, koleżanka z Jordanii podpowiada i tylko dzięki niej jakoś daję radę przejść przez ten horror. Euforia mija, głupia szkoła, głupi nauczyciel, co ja tutaj robię. W myślach planuję wielką zemstę: do jutra wykuję te zdania i was wszystkich zażyję, tak – to dobry plan. Trochę oczywiście przesadzam, były też sukcesy, ale kto o nich pamięta w obliczu porażki. Koniec lekcji nie przyniósł wyczekiwanej ulgi. Na zewnątrz deszcz ze śniegiem. Przed wyjściem owijam głowę wielkim szalem i od dziewczyn z chustami różni mnie jedynie jasny kosmyk włosów i wielkie przeciwsłoneczne okulary (tak, bo przez mokre chmury przebija słońce). Woda atakuje przydługie nogawki spodni i jest mi zimno.

Szybkim krokiem, promem i minibusem docieram do domu (nawet nie wspomnę o nadrobieniu drogi do sklepu z telefonami tylko po to, by stwierdzić nadmiar marki na literę N i braku mojego wybranego). Udaje mi się zaliczyć tylko 30 minut biegania na siłowni. Nie tak miało dzisiaj być. Ale przez cały czas nie rozstaję się z książką do nauki. I wieczorem potrafię się przedstawić, powiedzieć skąd jestem i gdzie pracuję. Zapytać jak słychać i powiedzieć, że czuję się dobrze (chociaż wcale tak nie jest). Potrafię powiedzieć: cała przyjemność po mojej stronie. Bo będzie. Jeżeli nie dzisiaj, to jutro.


2 responses to “Great expectations

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: