Monthly Archives: May 2012

kierat 2012

Jestem, żyję, wróciłam cała, aczkolwiek lekko uszkodzona, nadszarpnięta, obolała, spuchnięta. Uszkodzona byłam już wcześniej, ale teraz również fizycznie. Żeby jednak nie przeciągać z odpowiedzią, bo pytanie w sumie było proste, informuję, iż poszło mi tak:

 

Słowo wyjaśnienia. W tej kategorii chodzi o to, że w klasyfikacji generalnej, po 9-ciu edycjach, jestem na prowadzeniu (wśród kobiet) pod względem ilości pokonanych kilometrów. Uczestniczyłam w ośmiu Kieratach, więc powinno być 800km, ale na jeden wybrałam się 9 tygodni po i więcej niż 20-ileśtam km przejść nie mogłam.

Doznania były jak zwykle intensywne: wycięczenie, uniesienia, złość, łzy, zrezygnowanie, ból, nadzieja i załamanie. I na końcu jak zwykle radość, satysfakcja, błogość, padnięcie na pysk. Oczywiście mogło być łatwiej gdybym się przygotowała, doprowadziła do jakiejkolwiek formy. Niestety, na ten Kierat wyruszyłam prosto z biurka. Dlatego tuż za startem miałam problemy nie tylko z dotrzymaniem tempa moim towarzyszom (od 8 edycji the usual suspects), ale ogólnie egzystencjonalne (co ja tutaj robię). I zrobiłam to, na co podczas Kieratu nie ma czasu: usiadłam przy trasie i zaczęłam rozmyślać. Że kryzys to normalka (ale tuż za startem?), że specjalnie po to przyjechałam, że tyle kasy i wysiłku w to włożyłam (racjonalnie to sobie wytłumaczyłam…). Gdy już minęło zagrożenie eksplozji mojej głowy, a do nóg wróciło czucie, zacisnęłam zęby – dosłownie – na kijkach i w końcu ustawiłam odpowiednią długość, bo wcześniej nie chciały się rozkręcić i skręcić. Mozolnie ruszyłam z postanowieniem, że będę szła w swoim tempie, byle do przodu, ile przejdę, to przejdę. Wysłałam SMS-a do towarzyszy, by nie czekali. Powoli się rozkręcałam, zbyt często zatrzymywałam się by złapać oddech, a inni uczestnicy (mężczyźni) pouczali mnie wtedy, że na początku zawsze tak jest zanim złapie się rytm marszu (really?). Rytm znalazłam gdy nadeszła noc, więc aby było raźniej, dołączyłam do grupki czterech panów, których spotkałam gdy akurat dumali nad czymś, co znajdowało się w rowie przy drodze. Gdy zapytałam co jest?, chórem odpowiedzieli żaba. Wtedy byłam spokojna, że będzie miło i sympatycznie. I było. Szliśmy razem całą noc, rozmawialiśmy o mnie i Turcji, o podróży do Turcji jednego z nich. Trochę zasypiałam w marszu i zostawałam w tyle, więc zaczęłam biec by się obudzić (na tym odcinku trasa była łatwa, po asfalcie). Nad ranem, na którymś tam punkcie grzecznie podziękowałam i poszłam dalej sama. Czułam się świetnie, stopy miały się fantastycznie, była 4-5 rano, poranne słońce i głośno ćwierkające ptaki, byłam pełna nadziei. To jest najgorszy moment, bo wtedy właśnie dopada Wielkie Znużenie, ale tym razem mnie ominęło. Gdzieś tam dalej na trasie pewna para w średnim wieku zaproponowała wspólne poszukanie punktów 8, 9 i 10, na co zgodziłam się bez przekonania. To nie było dobrym rozwiązaniem dla mnie, bo praktycznie nie musiałam w ogóle zastanawiać się nad trasą, tylko dreptać za panem, który z nosem w mapie szedł nie zwracając większej uwagi na mnie i jego towarzyszkę. I znowu zaczęło się zasypianie w marszu. Zdecydowałam, że po znalezieniu punktu 8 rozłączymy się (Ja znalazłam! Ja! Ja!), ale z różnych powodów stało się to dopiero po punkcie 9-tym. Prawdziwe wyzwanie przyszło gdy wyruszyłam z punktu 11-go na 12-ste. Na mapie nie widziałam oczywistego przejścia, nie wiedziałam jak to ugryźć. Podłączyłam się do grupy, ale gdy w pewnym momencie zerknęłam na mapę, a potem podniosłam głowę, ich już nie było. I zaczęło się. Poszłam w złym kierunku, znalazłam się w dziwnym miejscu, nie potrafiłam określić na mapie gdzie, strasznie się rozhisteryzowałam, zadzwoniłam do kolegi, który coś tam próbował poradzić. Zawróciłam, poszłam szlakiem, myślałam, że już jest dobrze, niosła mnie nadzieja, a tu dupa. Chujnia z grzybnią, znowu znalazłam się niewiadomo gdzie. I im bardziej nie wiedziałam gdzie jestem, a szansa na odnalezienie punktu 12 oddalała, tym bardziej moje uparcie rosło. Miałam iść na wschód, ale wszystkie drogi prowadziły na południe. Nie mogłam iść na azymut, bo nie przedarłabym się przez drzewa i krzaczory. Zaczęłam biec, aż w końcu trafiłam na drogę na wschód. Długo, długo szłam. Nic, żadnych pól, łąk, żadnych domów, żadnego punktu orientacyjnego. Ale uparcie dążyłam na wschód, w końcu to nie Bieszczady, zaraz powinna być jakaś osada. W pewnym momencie dotarłam do zielonego szlaku, którego już wcześniej szukałam. Doszłam nim do punktu, z którego teoretycznie można było już prosto trafić, ale popełniałam najgorsze błędy nawigacyjne, moje złe decyzje wyprowadziły mnie na trasę do punktu 13-go, a ja jeszcze nie miałam 12-stki! Na szczęście z tego miejsca było już łatwo, przebiegłam przez pola, w lesie znalazłam strumień prowadzący do drogi z 12-tym punktem, a wzdłuż niego biegła ścieżka. Trafiłam na drogę, już prawie się posrałam ze szczęścia, ale ale, jeszcze decyzja czy w prawo czy w lewo. Po krótkiej konsultacji z mapą padło na lewo. I tak, po 4 godzinach błądzenia, trafiłam na 12 punkt. Momentalnie opadła cała adrenalina, która trzymała mnie w tzw. pionie. Uzupełniłam wodę, ustaliłam z grupką ludzi, że przez dwa ostatnie punkty będę szła z nimi, bo już psychicznie nie dawałam rady, nakierowłam grupę na znaną mi już ścieżkę do puntku 13-go. I gdzieś tam po drodze, gdy już szłam na spokojnie, tylko z lekkim stresem czy wyrobię się w limicie czasu, stało się: czytając mapę znowu stanęłam na krawędzi jezdni, która od pobocza była wyższa jakieś 10 centymetrów (co za durnie pozwalają na takie wykonanie?!), straciłam równowagę i zerwałam torebkę stawu skokowego. Tę, którą dwa lata wcześniej z finezją rekonstruował mój wspaniały Pan Chirurg. Usłyszałam dźwięk rwących się więzadeł, poczułam dziwny smak w ustach, przewróciłam się. Starałam się opanować ból, rozchodzić go. Trzy osoby z grupy pędziły dalej, został ze mną Mateusz (dziękuję Ci Mateuszu!). Dalej było jeszcze trochę bezsensownego szukania 13-go puntku i straciliśmy trochę czasu, ale w końcu dotarliśmy. Podbiliśmy karty i mieliśmy niecałą godzinę na dotarcie do mety w limicie czasowym (30h). Przebiegliśmy sporą część tego ostatniego odcinka, ale w pewnym momencie już nie mogłam zmusić się do dalszego biegu, a raczej żałosnego truchtu. Na mecie pojawiliśmy sie 24 minuty po limicie, serdecznie i z nieukrywaną radością przywitani przez moich towarzyszy, sędziów, organizatora. Ponieważ Kierat to impreza tworzona bez nadęcia, przez pasjonatów dla pasjonatów i liczy się zmaganie ze swoimi słabościami, niepoddawanie się i inne takie pierdy, mam na moim koncie kolejny zakończony rajd (racjonalnie to sobie wytłumaczyłam…). Ponieważ następnego dnia musiałam się ewakuować z samego rana, nie mogłam uczestniczyć w ceremonii kończącej imprezę, zatem puchar dostałam na mecie.

Drugiego dnia udało mi się zrobić kilka zdjęć komórką, pierwszy raczej nie sprzyjał…

Advertisements

wiara w cuda czyni cuda

Wiadomość z ostatniej chwili. Jadę! Kolejna szansa na totalne upodelnie się. Czy przeżyję? Ta-dam ta-dam ta-dam ta-dam ta-dam*… cdn.

* w rytm rekina


dlaczego myję okna co dwa tygodnie, İnşallah*

Usłyszałam tutaj taką o to przypowieść. Mąż wypatrzył któregoś razu, że na przeciwko wprowadziło się nowe małżeństwo. Obserwował ich okna i balkon. Swoimi uwagami podzielił się z żoną. Co to za kobieta, mówi. Okna brudne, firanki szare, pranie rozwiesza też jakieś niedoprane. Obserwował tak dłuższy czas, a pogarda i obrzydzenie wzrastały. Aż któregoś dnia… u sąsiadki okna czyste, firanki bielusieńkie, pranie bez skazy. Woła żonę, chodź zobacz, co to… a ona: no co, okna umyłam, firanki wyprałam…

* czyli bywa, że częstotliwości nie da się utrzymać z przyczyn niezależnych


lubię widok za moim oknem

Wczorajsze chmury zapowiadały dzisiejszy deszcz.


dzień jak dzień, jeden z wielu

Poranki często bywają szarobure, niewróżące niczego dobrego. Nauczyłam się to ignorować, co od czasu do czasu przypłacam chlupiącą wodą w butach i gęsią skórką. Łapię się też na tym, że takie czynności jak sprawdzenie prognozy na dany dzień i wybranie odpowiednich ubrań zupełnie nie jest moim priorytetem. Ich miejsce zajmują Naprawdę Istotne Sprawy (NIS). Moje NIS sprawiają, że pomidory na kuchennym blacie przyjmują niezdrowe kolory, a ubraniom nie udaje się zawisnąć  na wieszaku przed kolejnym praniem. Rośliny, które przywiozłam z Polski, smętnie sterczą w pustych doniczkach czekając na ziemię, którą kupiłam sześć miesięcy temu. Są nadal zielone, może dlatego, bo czytają w moich myślach, że zaraz je odpowiedno zasadzę. I wszystko jasne, że zieleń jest kolorem nadziei. Ale jeżeli mnie zapytasz o moje NIS, to chyba się tylko uśmiechnę.

Lubię obserwować ruch na Bosforze. Promy płyną we wszytkich kierunkach, ich trasy przecinają się. Mijają się tak blisko, że pasażerowie mogliby pozdrawiać się, pytać o zdrowie rodziny i życzyć powodzenia. Duże tankowce (Wikipedia mówi, że to przestarzała nazwa) są jak super wielkie zabawki, czasem szare, czasem kolorowe.

Cały czas czuję się jak gdybym była w drodze, turystą z wyboru. Jestem w ciągłej pogoni za nieznanym, mam poczucie, że muszę się spieszyć, bo tyle jest tego wszystkiego. Planuję jedno, poszukując informacji na temat drugiego trafiam na trzecie, w sumie robię czwarte. Ale co z pierwszym, drugim i trzecim? Kiedy i jak? Odpowiedzi szukam w łóżku. Nazywam je moim centrum dowodzenia. Będąc w nim buszuję w internetach, czytam, płaczę, śpię, patrzę w sufit, jem, kocham, chowam się przed dniem.


trochę o pawiach i nadrabianiu zaległości

Co niedziela, na parkingu za supermarketem, ustawiają się ludzie z Kastamonu (nazwa dumnie widnieje na banerze, ale pamiętam jedynie, że na K, sprawdzę i uzupełnię w przyszłą niedzielę). Sprzedają sery własnej roboty, mleko i jogurty niepasteryzowane (kozie i krowie), jajka, warzywa, kasze, makarony itp. Mnie głównie zainteresowało mleko. Nie znam się na przetwarzaniu mleka, nie wiem czy skoro niepasteryzowane, to prosto od krowy czy jednak przechodzi jakąś obróbkę. Moje umiejętności lingwististyczne pozwoliły jedynie potwierdzić, że mleko nie jest pasteryzowane. I pozwoliły również na zaliczenie całkiem sobie przyzwoitej wpadki. Od razu zdradzę, że koza to keçi (keczi), a ja facetowi wyraźnie i powoli i z lekka już podirytowana (no bo Turek i tureckiego nie zna) powtarzam, że chcę mleko keçe (filc, pilśń) i specjalnie uważam, by wymawiać ç (cz) a nie c (dż), więc o co mu chodzi, skąd ta durna mina. W końcu jakaś babka zlitowała się nade mną i powiedziała po angielsku, że to co mówię to nie koza. W każdym razie, mleko na wspomnianych straganach jest sprzedawane w butelkach po wodzie mineralnej. Taaa, też mi to podejrzanie wyglądało i tak się czaiłam co niedziela przez parę tygodni. Ale widzę, że ludzie kupują, stoisko podobno od dawna funkcjonuje, więc no risk no fun (lekarzy tu linczują za pomyłki w sztuce, to sprzedawcy mleka za podtrucie by też raczej nie oszczędzili). Gdy pierwszy raz kupiłam, wsadziłam butelkę do lodówki i zapomniałam na parę dni. Tak, tak, drogie dzieci. Pewnie stało się to co z mlekiem stawianym na kredensie przez moją babcię (dawno temu, w ubiegłym wieku). Zsiadło się, biedaczysko. Trochę spanikowałam i muszę wyznać ze wstydem, że wylałam do klopa. Kolejne podejście miało miejsce w ostatnią niedzielę. Tym razem od razu zajęłam się mlekiem (krowim, filcowo-pilśniowego nie było). Najpierw spróbowałam na łyżeczce i mało pawia nie puściłam. Generalnie nie lubię mleka i do dziś mam koszmary związane z tym smutnym etapem mojego życia, gdy mama z tatą zdecydowali, że dla mojego zdrowia zacznę pić ciepłe mleko z rozpuszczonymi drożdżami. Etap ten nie trwał długo, po kilku spektakularnych pawiach miałam spokój (albo może jednym, w każdym razie przyjmijmy tę wersję, jest bardziej dramatyczna). Nie wspominając o kożuchu – odruch wymiotny na samo wspomnienie. Dlatego nie dziwne, że właśnie nastąpiła taka, a nie inna reakcja. Konsystencja mleka była oleista, smak intensywny i w niczym nie przypomina białej wody w kartonach. Trochę mnie to przytłoczyło, ale wypłukałam usta, popiłam winem i byłam gotowa do dalszej akcji. Jakiś czas wcześniej kupiłam tülbent, czyli cienką bawełnianą chustę noszoną przez tureckie kobiety, głównie na wsi. Samo słowo tłumaczone jest jako muślin albo etamina… Ok, o produkcji sera nie będę się rozpisywać, bo można sobie przeczytać tutaj. Bazę wykonałam, jestem zadowolona, w przyszłości będę eksperymentować ze smakami. I koniecznie z koziego mleka.

prosto z garnka

chyba nawet pełnej godziny nie wisiało, pardąsik za tło…

i sam ser, w połowie zeżarty

Ten płyn, który zebrał się w misce, to oczywiście serwatka. Podobno kiedyś piłam gdzieś tam na wsi, nawet całkiem niedawno, w sensie parę lat temu, ale nie pamiętam. Ta tutaj wyszła rewelacyjna. W związku z dodaniem cytryny do mleka, oczekiwałam dosyć kwaśnego smaku, ale ten jest delikatnie wyczuwalny, mniejwięcej jak w maślance. Jest odrobinę bardziej gęsta niż woda i ma naturalną słodkość. I nie pachnie zbyt ładnie. Francuskie pieski zatykają nosy albo z góry dziękują pięknie za poczęstunek, ale nie. Wypiłam trochę ciepłej i trochę zimnej i za każdym razem byłam zachwycona. Zdecydowałam, że wykorzystam ją do pieczenia farinaty. Trochę jest z tym pierdolenia, bo trzeba zmielić ciecierzycę na mąkę (jeżeli sie jej nie kupi). Dotychczas przesypywałam ziarna (w sensie ziarna grochu) prosto z opakowania do młynka, ale następnym razem najpierw przyrumienię lekko w piekarniku. Link do przepisu podałam, więc nie będę przytaczać co i jak. Powiem tylko, że raz sypnęłam tyle pieprzu, że czkawki dostawałam przy każdym przełknięciu, innym razem zrobiłam z serem (znowu kozi gouda, ale się nie polubili – ciecierzyca i ser), innym razem z kuminem i płatkami ostrej papryki (dotychczas najlepsza kombinacja). Tym razem, zamiast wody wlałam właśnie serwatkę (ziarna czarnuszki, sól, odrobinę ostrej paprywki wędzonej w proszku i kilka kropli Tabasco chipotle). To był strzał w dziesiątkę. Farinata robi się bardziej delikatna, a intensywny smak ciecierzycy z lekka zpacyfikowany. Tyle, że chyba wyczuwam zapach siana, trawy, a może to obórka? Czyli wróć do uwagi dla francuskich piesków. Papryki ładnie smakowo dopełniają. Piękę w 200 stopniach, aż zbrązowieją brzegi. Środek wygląda zakalcowo gdy jeszcze ciepła, ale to nie przeszkadza. Po wystygnięciu przyjmuje odpowiednią konsystencję.

Poza tym, dodałam serwatkę do zapiekanki warzywnej a la quiche, tyle, że bez spodu. Zapiekanka była z zalegających w lodówce warzyw (por, groszek, szparagi) i z dodatkiem… tak, koziego gouda. Zaoczczędzę Wam widoków.

I co jeszcze… aha. Kolejne podejście do placków z cukinii (też zalegającej). Za każdym razem kombinuję jak to bez mąki załatwić, ale tylko na jajku, nawet gdy sok jest dobrze odciśnięty (wypijam), ciasto jest zbyt miękkie i nawet przy smażeniu się z lekka rozpada. Tutaj z jajkiem, kuminem i ziarnami kolendry. Te ostatnie z lekka zdominowały smak, bo niemielone. Tak, moździerza nadal się nie dorobiłam. Pojechałam nawet do tego szwedzkiego magazynu, żeby kupić taki jak w PL – porządnie wykonany, z rowkami na ściankach, solidny ( a w moim przypadku to istotne), ale nie mieli… smutek i żal mję wtedy ogarnął bezgraniczny. Plus tego taki, że placki były bardzo puszyste i delikatne. Niemniej, będę próbowała z różnymi rodzajami mąki. Mam już kukurydzianą i ryżową.


co na śniadanie

Podsmażana na oliwie cebula wraz z awokado, obsypane kozim gouda. A conatonatoanatonato jajka posypane ostrą papryką wędzoną (a jakże). Jajka dochodzą do siebie w piekarniku pod tzw. grylem czy jak to się tam u Wasz w kraju mówi, aż zaczną przypominać żółte silikonowe implanty piersi. Normalni ludzie mogą posolić na dowolnym etapie projektu.