kierat 2012

Jestem, żyję, wróciłam cała, aczkolwiek lekko uszkodzona, nadszarpnięta, obolała, spuchnięta. Uszkodzona byłam już wcześniej, ale teraz również fizycznie. Żeby jednak nie przeciągać z odpowiedzią, bo pytanie w sumie było proste, informuję, iż poszło mi tak:

 

Słowo wyjaśnienia. W tej kategorii chodzi o to, że w klasyfikacji generalnej, po 9-ciu edycjach, jestem na prowadzeniu (wśród kobiet) pod względem ilości pokonanych kilometrów. Uczestniczyłam w ośmiu Kieratach, więc powinno być 800km, ale na jeden wybrałam się 9 tygodni po i więcej niż 20-ileśtam km przejść nie mogłam.

Doznania były jak zwykle intensywne: wycięczenie, uniesienia, złość, łzy, zrezygnowanie, ból, nadzieja i załamanie. I na końcu jak zwykle radość, satysfakcja, błogość, padnięcie na pysk. Oczywiście mogło być łatwiej gdybym się przygotowała, doprowadziła do jakiejkolwiek formy. Niestety, na ten Kierat wyruszyłam prosto z biurka. Dlatego tuż za startem miałam problemy nie tylko z dotrzymaniem tempa moim towarzyszom (od 8 edycji the usual suspects), ale ogólnie egzystencjonalne (co ja tutaj robię). I zrobiłam to, na co podczas Kieratu nie ma czasu: usiadłam przy trasie i zaczęłam rozmyślać. Że kryzys to normalka (ale tuż za startem?), że specjalnie po to przyjechałam, że tyle kasy i wysiłku w to włożyłam (racjonalnie to sobie wytłumaczyłam…). Gdy już minęło zagrożenie eksplozji mojej głowy, a do nóg wróciło czucie, zacisnęłam zęby – dosłownie – na kijkach i w końcu ustawiłam odpowiednią długość, bo wcześniej nie chciały się rozkręcić i skręcić. Mozolnie ruszyłam z postanowieniem, że będę szła w swoim tempie, byle do przodu, ile przejdę, to przejdę. Wysłałam SMS-a do towarzyszy, by nie czekali. Powoli się rozkręcałam, zbyt często zatrzymywałam się by złapać oddech, a inni uczestnicy (mężczyźni) pouczali mnie wtedy, że na początku zawsze tak jest zanim złapie się rytm marszu (really?). Rytm znalazłam gdy nadeszła noc, więc aby było raźniej, dołączyłam do grupki czterech panów, których spotkałam gdy akurat dumali nad czymś, co znajdowało się w rowie przy drodze. Gdy zapytałam co jest?, chórem odpowiedzieli żaba. Wtedy byłam spokojna, że będzie miło i sympatycznie. I było. Szliśmy razem całą noc, rozmawialiśmy o mnie i Turcji, o podróży do Turcji jednego z nich. Trochę zasypiałam w marszu i zostawałam w tyle, więc zaczęłam biec by się obudzić (na tym odcinku trasa była łatwa, po asfalcie). Nad ranem, na którymś tam punkcie grzecznie podziękowałam i poszłam dalej sama. Czułam się świetnie, stopy miały się fantastycznie, była 4-5 rano, poranne słońce i głośno ćwierkające ptaki, byłam pełna nadziei. To jest najgorszy moment, bo wtedy właśnie dopada Wielkie Znużenie, ale tym razem mnie ominęło. Gdzieś tam dalej na trasie pewna para w średnim wieku zaproponowała wspólne poszukanie punktów 8, 9 i 10, na co zgodziłam się bez przekonania. To nie było dobrym rozwiązaniem dla mnie, bo praktycznie nie musiałam w ogóle zastanawiać się nad trasą, tylko dreptać za panem, który z nosem w mapie szedł nie zwracając większej uwagi na mnie i jego towarzyszkę. I znowu zaczęło się zasypianie w marszu. Zdecydowałam, że po znalezieniu punktu 8 rozłączymy się (Ja znalazłam! Ja! Ja!), ale z różnych powodów stało się to dopiero po punkcie 9-tym. Prawdziwe wyzwanie przyszło gdy wyruszyłam z punktu 11-go na 12-ste. Na mapie nie widziałam oczywistego przejścia, nie wiedziałam jak to ugryźć. Podłączyłam się do grupy, ale gdy w pewnym momencie zerknęłam na mapę, a potem podniosłam głowę, ich już nie było. I zaczęło się. Poszłam w złym kierunku, znalazłam się w dziwnym miejscu, nie potrafiłam określić na mapie gdzie, strasznie się rozhisteryzowałam, zadzwoniłam do kolegi, który coś tam próbował poradzić. Zawróciłam, poszłam szlakiem, myślałam, że już jest dobrze, niosła mnie nadzieja, a tu dupa. Chujnia z grzybnią, znowu znalazłam się niewiadomo gdzie. I im bardziej nie wiedziałam gdzie jestem, a szansa na odnalezienie punktu 12 oddalała, tym bardziej moje uparcie rosło. Miałam iść na wschód, ale wszystkie drogi prowadziły na południe. Nie mogłam iść na azymut, bo nie przedarłabym się przez drzewa i krzaczory. Zaczęłam biec, aż w końcu trafiłam na drogę na wschód. Długo, długo szłam. Nic, żadnych pól, łąk, żadnych domów, żadnego punktu orientacyjnego. Ale uparcie dążyłam na wschód, w końcu to nie Bieszczady, zaraz powinna być jakaś osada. W pewnym momencie dotarłam do zielonego szlaku, którego już wcześniej szukałam. Doszłam nim do punktu, z którego teoretycznie można było już prosto trafić, ale popełniałam najgorsze błędy nawigacyjne, moje złe decyzje wyprowadziły mnie na trasę do punktu 13-go, a ja jeszcze nie miałam 12-stki! Na szczęście z tego miejsca było już łatwo, przebiegłam przez pola, w lesie znalazłam strumień prowadzący do drogi z 12-tym punktem, a wzdłuż niego biegła ścieżka. Trafiłam na drogę, już prawie się posrałam ze szczęścia, ale ale, jeszcze decyzja czy w prawo czy w lewo. Po krótkiej konsultacji z mapą padło na lewo. I tak, po 4 godzinach błądzenia, trafiłam na 12 punkt. Momentalnie opadła cała adrenalina, która trzymała mnie w tzw. pionie. Uzupełniłam wodę, ustaliłam z grupką ludzi, że przez dwa ostatnie punkty będę szła z nimi, bo już psychicznie nie dawałam rady, nakierowłam grupę na znaną mi już ścieżkę do puntku 13-go. I gdzieś tam po drodze, gdy już szłam na spokojnie, tylko z lekkim stresem czy wyrobię się w limicie czasu, stało się: czytając mapę znowu stanęłam na krawędzi jezdni, która od pobocza była wyższa jakieś 10 centymetrów (co za durnie pozwalają na takie wykonanie?!), straciłam równowagę i zerwałam torebkę stawu skokowego. Tę, którą dwa lata wcześniej z finezją rekonstruował mój wspaniały Pan Chirurg. Usłyszałam dźwięk rwących się więzadeł, poczułam dziwny smak w ustach, przewróciłam się. Starałam się opanować ból, rozchodzić go. Trzy osoby z grupy pędziły dalej, został ze mną Mateusz (dziękuję Ci Mateuszu!). Dalej było jeszcze trochę bezsensownego szukania 13-go puntku i straciliśmy trochę czasu, ale w końcu dotarliśmy. Podbiliśmy karty i mieliśmy niecałą godzinę na dotarcie do mety w limicie czasowym (30h). Przebiegliśmy sporą część tego ostatniego odcinka, ale w pewnym momencie już nie mogłam zmusić się do dalszego biegu, a raczej żałosnego truchtu. Na mecie pojawiliśmy sie 24 minuty po limicie, serdecznie i z nieukrywaną radością przywitani przez moich towarzyszy, sędziów, organizatora. Ponieważ Kierat to impreza tworzona bez nadęcia, przez pasjonatów dla pasjonatów i liczy się zmaganie ze swoimi słabościami, niepoddawanie się i inne takie pierdy, mam na moim koncie kolejny zakończony rajd (racjonalnie to sobie wytłumaczyłam…). Ponieważ następnego dnia musiałam się ewakuować z samego rana, nie mogłam uczestniczyć w ceremonii kończącej imprezę, zatem puchar dostałam na mecie.

Drugiego dnia udało mi się zrobić kilka zdjęć komórką, pierwszy raczej nie sprzyjał…


6 responses to “kierat 2012

  • zet00

    a to gratuluję pani
    tyle przygód
    gonię górskie biegi, nawet maraton górski się trafił
    ale ultradystanse to jest poza moim wyobrażeniem, przynajmniej teraz
    no i żeby jeszcze szukać kolejnych punktów…

    • koszyczek

      Dziękuję, dziękuję. Tydzień później był bieg po Tatrach, mój kieratowy kolega pobiegł. Podobno był hard core, zęby się posypały, palce połamały… Kolega na szczęście cały.

      • zet00

        biegłem tam
        miało być ostro i było
        zęby, brody, nogi, ręce
        nawet parę zasłabnięć
        trzeba było bardzo uważać
        mam nadzieję, że za rok będzie tak samo
        znaczy się oprócz tych wypadków

      • koszyczek

        No to super (że pan był świadom imprezy, nie że wypadki), bo właśnie chciałam tu poinformować, ale jakoś mi się nie udało w odpowiednim czasie.

      • zet00

        trasę znałem dobrze
        chociaż nigdy bym nie pomyślał, że będę tam gonił😀
        wolę biegi górskie bo są ciekawsze od płaskich
        i wciąż jeszcze niszowe

      • koszyczek

        Trasa Kieratu jest tak ułożona, że w sumie zalicza się 3500m przewyższeń, więc płasko nie jest i zadyszki można dostać😉

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: