Monthly Archives: June 2012

naprawdę czas coś z tym zrobić….

Otrzymane potwierdzenie uczestnictwa w organizowanym przeze mnie fabrycznym spotkaniu w pierwszych nanomiliminitycityci sekundach mój mózg zinterpretował jako tzw. lajka. A jeszcze dzisiaj rano zastanawiałam się jak żyć bez. Podobno są tacy, co mogą, ale oni żyją gdzieś na końcu świata wśród powstających jak grzyby po deszczu rond i innych dziwacznych struktur architektonicznych…

Advertisements

byłam ostatnio w pl

Mija miesiąc od mojego pierwszego (krótkiego) pobytu w PL od czasu przeprowadzki do Turcji, ale dopiero teraz przełamałam lenia poczułam natchnienie do spisania wrażeń. Jedynym celem wyjazdu był oczywiście Kierat. Było z tym trochę nerwów, bo już na pewniaka miałam nie jechać, ale w ostatniej chwili gwiazdy i księżyc zmieniły swoje położenie i plany uległy zmianie (co jest kolejnym dowodem na słuszność mojego uparcie żywionego przekonania, że dopóki dany moment w czasie nie minie, dopóty nie należy tracić nadziei i próbować próbować próbować). A to oznaczało same last minutes: zakupienie biletów (lotniczych i PKP), kontakt ze znajomymi i ułożenie planu na najefektywniejsze wykorzystanie 72 godzin z czego 30 było przeznaczonych na Kierat.

I tak:

Środa, 23.05.2012
wieczór: pakowanie

Czwartek, 24.05.2012
06:00 pakowanie
08:00 śniadanie

Gorące słońce, chłodzący wiatr, banał. Zadowolona z siebie i kochająca cały świat, popijam kawę i czekam na transport do fabryki.

08:30 dojazd do fabryki
12:00 wyjazd z fabryki na lotnisko
12:00 wyjazd z fabryki do domu po zapomniane prezenty dla znajomych

Część drogi na lotnisko, a dokładnie do portu Bostacı, pokonuję z fabrycznym kierowcą (prywatnie, więc płacę z własnej kieszeni, taniej niż taksówką). W porcie Bostancı jestem 40 minut przed odpłynięciem promu. Zastanawiam się nad szybkim skokiem na Bağdad Caddesi, ale wolę nie kusić losu. Jest pora obiadowa, zatem decyduję się na przekąskę i herbatę. Relaks.

Herbata wypita. Prom podpływa. To szybka łódź, na niej w trakcie podróży obowiązuje zakaz wychodzenia na zewnątrz. W sumie przypomina samolot: rzędy foteli, komunikaty, olewany zakaz korzystania z telefonów komórkowych. Startujemy w Bostacı, mamy przystanek w Kadiköy, a port końcowy to Bakirköy w Europie. Stamtąd wezmę taksówkę na lotnisko.

Po drodze świetne widoki na azjatyckie wybrzeże. Wiadomo gdzie siadać następnym razem.

Na lotnisku czekam, aż LOT w końcu otworzy stanowisko check in. W drodze do Wawy lecę klasą Biznes, bo zabrakło miejsc w ekonomicznej. Cieszę się, bo do odprawy przy stanowisku eko czeka wielgachna wycieczka szkolna, a w kolejce Biznes jest nas tylko parę osób. Obserwuję jak kolejka eko topnieje, a Biz jak stał, tak stoi. Jakieś wredne baby przede mną wpuszczają swoje wredne koleżanki, a zgorzkniałe rude polskie babsztyle za mną sączą jad w moje ucho, bo nic innego zrobić nie  mogą. Jad wsiąka, wypluwam go na wredne baby i udaję się do odprawy eko. Na osłodę dostaję zaproszenie do Business Lounge. Wredne baby nadal stoją. W BL samoobsługa, jedzenie żałosne, ale za to alco za darmo i bez ograniczeń. Wybór bez rewelacji, decyduję się na rakı.

Lot opóźniony, jakiś facet próbuje mnie wyrwać na “jak szemasz” i zapewne sugeruje seks w kiblu (“can we be friends or am I wasting my time?”), a w Wawie -17 stopni. Poranny prysznic staje się mglistym wspomnieniem w oparach mojej hiperaktywnej perspiracji.

 17:30 wylot do Warszawy
18:30 wylot do Warszawy

Pierwsza klasa w LOT różni się tym od eko, że mamy czerwone szmaty na zagłówkach i jesteśmy obsługiwani w pierwszej kolejności. Wybieram kaczkę i, o naiwna, oczekuję piersi. A tu taki pasztet. Jednak obsługa bardzo miła, nie skąpi kolejnych porcji Laphroaig.

19:00 lądowanie w Warszawie
20:25 lądowanie w Warszawie

Trochę się gubię w logice zatrzymywania się taksówek na poziomie przylotów, ale w końcu gdzieś tam dostrzegam kolejkę. Ustawiam się grzecznie i myślę, że przydałby się jakiś znak informujący, że tu jest taxi stand.

20:00 spotkanie z M. w Złotych Tarasach, zakupy
21:30 dojazd do Złotych Tarasów, zakup polskiej karty SIM
22:05 wizyta pod Rurką z M., odebranie mojego osobistego kufla
23:00 dojazd do K., spanko

Piątek, 25.05.2012
05:40 pobudka
06:00 pobudka

Fela i Fidel. Nadworne budziki.

Świętoszki.

Ha! Kto zna Felę, ten wie o co chodzi. A chodzi o to, że Fela jest zajebiście słodka i urocza, ale totalnie aspołeczna. A ja jestem taka fajna, że Fela nie pierwszy raz przychodzi do mnie i daje się głaskać, a nawet kiedyś wskoczyła mi na kolana. Fuck yeah!

06:30 wyjście od K., autobus, dojazd na Wschodnią
07:00 cudem złapana taksówka i…
07:10 dojazd na dworzec

Na Wschodnią dojeżdżam od zaplecza. Nie wiem gdzie jest peron, z którego rusza mój pociąg. Idę do okienka Informacja. Instytucja. Zblazowana pani w okienku studiuje rozkład jazdy. Pytam o drogę, ona beznamiętnym głosem odpowiada nie podnosząc głowy z nad książki (książki!). Klasyk, nie mogę, jak z filmu. Idę na czuja, bo ani informacja jasna, ani drogowskazy widoczne. A chodzi o dotarcie do peronów, z których odjeżdżają pociągi dalekobieżne (krajowe i międzynarodowe). Docieram, prowiantu nie kupię, bo główny hol jeszcze w remoncie, a w około nie ma nawet cienia kiosku.

07:23 odjazd ze Wschodniej
10:35 dojazd do Krakowa
10:45 dojazd do Krakowa
11:00 kosmetyczka na Piwnej
11:10 dojazd do kosmetyczki na Piwnej po uwczesnym pokierowaniu taksówkarza na ul. Podwale (po kiego ch…. wydrukowałam ten szczegółowy, podręczny plan?)
12:30 P. podjeżdża pod salon kosmetyczny na Piwnej i wyjazd do Limanowej
12:45 P. podjeżdża pod salon kosmetyczny na Piwnej po wyjaśnieniach dlaczego nie na ul. Podwale i wyjazd do Limanowej
14:00 przyjazd do Limanowej
14:30 przyjazd do Limanowej
16:20 pozaprogramowe spotkanie z polską policją, wymiana uprzejmości

Z W. poszłam do centrum Limanowej kupić prowant na Kierat. Centrum. Rynek. Metropolia. Powolny, z lekka zakorkowany ruch, bo wiadomo, główna trasa prowadzi przez centrum miasta. Przechodzimy z W. przez ulicę, wyciągamy kasę z bankomatu. Idziemy dalej i “dzień dobry”. Że dokumenty, czy W. i ja się znamy (?), czy blisko? Że przejście nie na pasach, że stworzenie śmiertelnego zagrożenia dla siebie i dla innych uczestników ruchu, że… kurwa kurwa kurwa gdzie ja jestem?! Ze względu na obecność W. pozwalam sobie na lajtowe komentarze pod tytułem kurczę kurczę kurczę gdzie ja jestem, smileeee. Wzbudzam zainteresowanie gdy mówię gdzie mieszkam. Sprawdzają W. czy go żona nie ściga za alimenty. Nie ściga. Dostajemy mandat ulgowy, zamiast 150zł jest 50zł. Pamiątka z Polski.

18:00 start Kieratu

Sobota, 26.05.2012       
20:00 – 24:00 meta
00:30 meta (je….ny 12-sty punkt)
02:30 prysznic, nastawienie budzika, spanko

Niedziela 27.05.2012 
04:30 pobudka
04:47 zerwanie na równe (i sztywne z bólu) nogi, pakowanie w popłochu
05:00 wypad z hotelu
05:20 dotarcie na dworzec, uffff, oczekiwanie na busa do Krakowa

W busie jest ciasno, nie mam szans na normalną pozycję na wprost, kolana mam na ukos. Jestem tak zmęczona, że natychmiast zasypiam mimo niewygody. Gdzieś po drodze dosiada się jakaś kobieta, siada obok mnie. Jest mi niewygodnie, bolą mnie nogi, nie mogę powstrzymać snu i kiwania głową. Tego ostatniego jestem świadoma. Budzę się w Krakowie, ale nie rozpoznaję, że to już Kraków. Pytam kobietę obok, ona potwierdza. Przepraszam ją za kiwanie, mówię, że to zawody sportowe, że zmęczona, ale ona tylko coś mamrocze niemiłego pod nosem.

07:05 przyjazd do Krakowa

Kupuję bajgla. W porównaniu z simitem jest gęstszy, cięższy.

07:45 odjazd z Krakowa
10:46 przyjazd do Warszawy
11:00 spotkanie z M. i A. w Złotych Tarasach
12:00 wyjazd na lotnisko
12:45 wyjazd na lotnisko
13:00 przyjazd na lotnisko
13:10 przyjazd na lotnisko, relaks, odświeżenie przed podróżą
13:40 check in, zjebka od obsługi LOT

Jak w podstawówce, ale nie zapytała o dzienniczek. “Dlaczego tak późno?” (stanowisko nadal czynne, nawet jeżeli tylko 5 minut, to nadal czynne). Nie wytrzymałam. Dałam dosadnie do zrozumienia, że jestem klientem, że mam 5 minut, że nie tędy droga, suko. W sumie możnaby to samo powiedzieć w inny sposób, “dobrze, że pani zdążyła, ostatnie 5 minut, potem stanowisko byłoby zamknięte, a nadanie bagażu niemożliwe i tym samym odlot stanąłby pod znakiem zapytania”. Możnaby, ale nie. Nie w tym kraju.

14:45 odlot

Rozrywka. Do wyboru, do koloru. Lekkie komedie, ambitne filmy, seriale, gry, muzyka.

Tureckie linie lotnicze, klasa eko. Po starcie otrzymujemy papierowe menu z opisem dań do wyboru. Pomiędzy makaronen a köfte wybieram to drugie. Nie wiem, może jestem uprzedzona, ale posiłek tureckich linii lotniczych jest smaczniejsze, robi wrażenie pełnego posiłku od A do Z, gustowniej podane (ceramiczne pojemniki, metalowe sztućce). Niestety, whiskey to JB, więc piję wino. O rakı nie pytam, bo podobno nie lubią serwować, a podczas wcześniejszych lotów zawsze długo czekałam.

18:15 lądowanie w Stambule, wizyta w lotniskowej aptece, zakup maści i cold packa….

Poniedziałek, 27.05.2012
07:00 pobudka
08:30 fabryka

Podsumowanie: W Stambule nie tęskniłam za PL, przyjeżdżając do PL nie poczułam radości. Ucieszyły jedynie spotkania ze znajomymi, których w Stambule mi brakuje. No i Kierat. Natomiast brakowało mi tureckiego języka, gwaru, tłumu i różnorodności. Warszawa wydała się mała, blada i nijaka. Chciałam wracać do Stambułu.


yoga cat aka leniwa niedziela

Co ja paczę?!

Weź no…

Ruszyłbyś się chociaż trochę.

Nie mogę na to patrzeć…


laundry day

Z ulgą informuję, iż pralka wróciła na swoje miejsce. Tzn. przez ponad dwa tygodnie nadal stała na swoim miejscu, ale jakby nieobecna. Wczoraj, natomiast się ruszyło, bo do serwisu przyszła dostawa, do mnie przyszli panowie po pralkę i dzisiaj już wrócili. Z pralką. Działającą. Ciekawostka, przy zabieraniu pralki do serwisu niczego nie kwituję.

Napisałam, że z ulgą, bo już powoli nie było co zakładać. Przedwczoraj paradowałam w koluszce ze zdjęcia poniżej – ot, takie bonusy pracowania w obcojęzycznym środowisku. Można np. pójść na spotkanie z ulubionym kolegą lub koleżanką i z uśmiechem siedzieć vis à vis.


nadszedł czas

Nie cierpię kukurydzy z puszki, ale świeżą ugotowaną kolbę, z masłem oczywiście, chętnie obgryzę. I jest ku temu okazja, bo na stambulskich ulicach jest mnóstwo sprzedawców gotowanej kukurydzy, taki fast food obok prażonych kasztanów, orzechów, świeżo wyciskanych soków owocowych i ananasów na patyku. Całkiem zdrowo jak na uliczne przekąski 🙂 Ostatnio pojawiła się też na targu, zgodnie z zasadą, że co w sezonie, to na targu. O ile np. granaty kupię w markecie poza sezonem (kwaśne i niedojrzałe, takie jak sprzedają w PL), to na targu ich teraz nie uświadczę.

Ale wracając do kukurydzy: oto ona. Tu na zdjęciu trochę się zapadła, bo nie schowałam jej do lodówki, ale zapewniam, że jej to nie zaszkodziło.

Bardzo się ucieszyłam z tej kukurydzy, bo już dawno chciałam wypróbować przepis z kolekcji PornoKaszanka. Obieranie kukurydzy zgodnie z przepisem poszło łatwo, niepotrzebne były wcześniejsze obawy. Zaskoczyła mnie natomiast jak lepka jest kukurydza gdy puści soki. Niestety, nie miałam pieprzu cayenne, po który będę musiała wybrać się na europejską stronę miasta. Zastąpiłam go zatem ostrą Pimentón de la Vera. Nie wszystkim moim gościom przypadło to do gustu, głównym zarzutem był smak “wędzonki” 🙂

W tym małym naczyniu kukurydza szybko doszla do siebie. Na próbę zapiekłam tylko jedno. Okazało się, że masło wraz z papryką nie przesiąka w głąb potrawy, a tak sobie wyobraziłam, że powinno być. Może za ciasno poupychałam? Kolejną partię podziobałam widelcem i chyba coś tam spłynęło. W każdym razie na celowniku mam pieprz cayenne i kolejną porcję świeżej kukurydzy.


już mi lepiej

Pomyślałam sobie, że poprzedni wpis może być opacznie zrozumiany i sprostuję co nie co, by jakieś bzdury w świat nie poszły, jak przez głuchy telefon. I przy okazji dziękuję panu Samolotowi za putting things into perspective swoimi celnymi komentarzami.

Mieszkam w Turcji. W Stambule. Wzruszam się gdy płynę przez Bosfor. Lubię jeść simit i pić herbatę na promie. Głaszczę bezdomne koty i bawię się z bezdomnymi psami. Uwielbiam słuchać gwaru na targu, nawoływania sprzedawców, jak synowie imitują swoich ojców. Doceniam prawdziwy smak owoców i warzyw (tych znanych i tych nowych), prawdziwego rzeźnika i dobre mięso. Wiem co to kebab i jak sprawić, by wybuchł bakłażan w piekarniku. Lubie, gdy mówią do mnie abla (siostro). Schowana za ciemnymi szybkami okularów słonecznych obserwuję Turków i Turczynki: ich rysy i specyficzną mowę ciała. Nie mogę oderwać oczu od kolorowych cyganek i tradycjnie ubranych muzułmanek. Widzę mężczyzn i ich nieskrępowaną fizyczną bliskość. Próbuję odgadnąć co myślą kobiety. Przechodzą mnie ciarki gdy muezin nawołuje do modlitwy. Słucham melodii tureckiego języka. Uczę się tureckiego języka. Uczę się! Cierpliwości, pokory, niespieszności. Jestem w Turcji i tak, chłonę ją. Nabieram garściami i czasem zachłystuję się. Dostaję zasłużone prztyczki w nos. Wiem, że czasem słońce czasem deszcz, ale pokonywanie trudności jest dla mnie dobre. Jestem w wielkim mieście, które mnie czasem przerasta. W światowej metropolii, w której mam wszystko. Jeżeli chcę, zakładam zachodni kapelusz, jeżeli chcę, wschodni. Albo chodzę bez kapelusza. Ale nie chodzę na polonijne pikniki sztampowo zaczynające się od wizyty w kościele. Nie jestem natchniona patriotycznie, Polska jest dla mnie kolejnym krajem, w którym mieszkałam, tyle że najmniej ciekawym. Omijam polskie towarzystwo, bo nie chcę wpaść w pułapkę “oni, my”.

Nie robię pierogów, robię sarma.


chwilowa słabość mnie dopadła

Turcja jest czwartym krajem, w którym mieszkam, a turecki dodaję jako czwarty język do mojej lingwistycznej kolekcji. Dwie przeprowadzki miały miejsce gdy miałam 11 i 15 lat, byłam dosłownie wrzucana do nowych, zupełnie obcych środowisk bez jakiegokolwiek przygotowania, znajomości języka. Środowisko głupich i okrutnych nastolatków, braku zrozumienia, zamkniętych klik. Nie narzekam, nie żałuję. Miałam (mam!) możliwość przybywania z ludźmi z przeróżnych warstw społecznych i kultur. A dodać do tego jeszcze sporą ilość charakterków i dziwaków w mojej nabliższej rodzinie oraz ponad dekadę pracy we wzorcowej korporacji i mogę o sobie powiedzieć, że jestem osobą otwartą na zmiany (≠tolerancyjną – pracuję nad tym), silną, asertywną, potrafiącą o siebie zadbać, wygadaną (czasem zbyt). Brzmi jak list motywacyjny…

I właśnie taka to harda laska potrafi nagle stracić kontrolę nad własnymi emocjami i łazami, w miejscu publicznych, przy ludziach, z błahego powodu. W centrum obsługi klienta. Mówiono do mnie po angielsku, profesjonalnie i sprawnie rozwiązano problem. Ale wystarczył jeden gest do współpracownika, cień (tak, widziałam!) zniecierpliwienia w tonie i spojrzeniu oraz słowo (które powoli zaczynam nienawidzieć) podsumowujące Największy Problem Dnia: yabancı. Czyli obcy.

Jestem nauczona nie przejmować się takimi sytuacjami, śmiać się z nich (vide: mleko filcowe, most jako zabieg w łaźni) i zastosować zdrowy dystans do siebie, iść do przodu, polacy – nic się nie stało… Może jestem przewrażliwiona, ale nie wytrzymałam, zebrało się, wylało się. Czy naprawdę telefon komórkowy zepsuł się przez to, że jestem obcokrajowcem? Dlaczego, gdy wchodzę do salonu fryzjerskiego zapytać o jakiś zabieg nagle zbiera się cały (!) personel i przygląda mi się jak przybyszowi z obcej planety? Co powoduje, że kelnerka naprawdę nie potrafi powstrzymać nerwowego śmiechu gdy (bez błędu) składam zamówienie w jej ojczystym języku? Czy w kawiarni kobiety przy stoliku obok muszą dać mi do zrozumienia, że jestem obcym blond wrogiem numer jeden? Czy taksówkarz ma czelność poważnie i bez zażenowania, patrząc mi prosto w oczy, zapytać czy chcę uprawiać z nim seks tylko dlatego, że nie mam męża i pochodzę ze świata dekadencji i zgniłej moralności?

Jestem zła i zmęczona, mam dość egzotyki i inności, stronię od miejsc, w których byłabym zmuszona do interakcji z ludźmi. Zamykam się w mieszkaniu, użalam się nad moim straaaasznym losem…

Sen bezdomnego kota, niezmącony hałasem warczących silników, stukających obcasów i zwalnianej migawki.