Monthly Archives: July 2012

o gołych dupach

O gołej dupie za chwilę, ale najpierw więcej kotów. Maluchy są pogrążone w tak mocnym śnie, że wyglądają na prawdziwe zdechlaki, a łaskotane gałązką budzą się z dużym poślizgiem. A propos, mniejwięcej od dwóch miesięcy w mieście buszuje kocia młodzież, pojawiła się nagle 😉

Ale o gołej dupie. Ostatnio wracałam promem ze szkoły do domu, czyli z Europy do Azji (heh, wciąż brzmi cool) i właśnie jedna z turystek, mimo, że w długiej po kostki sukni, uraczyła nas wszystkich widokiem swoich pośladków. Trochę krostowate, ale trzeba przyznać, że bez celulitu, skryte stringami – zrobiły na wszystkich wrażenie, zwłaszcza, że nikt się ich nie spodziewał. Tu taka podpowiedź dla przyszłych odwiedzających: w Stambule generalnie piździ i chodzi mi o wiatr. Zwłaszcza na wodzie. Dlatego długie włosy lepiej mieć związane, a kiecki warto przytrzymywać lub nosić jakieś eleganckie reformy pod nimi – na wszelki wypadek. Jeżeli ręce mamy zajęte trzymaniem aparatu, to materiał wciskamy między kolana i uda. Niby proste, a jednak. Ja tam przeciwko gołym dupom nic nie mam, ale jak do kogoś w gości idę, to swoją zazwyczaj się nie afiszuje (mimo, że może i jest czym, bo moja przyjaciółka powiedziała, że mam pupę murzynki, tylko teraz już nie pamiętam czy to miał być komplement). Siedzące obok kobiety z chustami na głowach odwróciły wzrok, młodzież głupio się podśmiechiwała (jak to młodzież), a panowie podziwiali widoki udając, że niczego nadzwyczajnego w tych okolicznościach nie widzą. Towarzysz naszej wietrznej panny poczuł się chyba trochę nieswojo. Natomiast sama bohaterka opowieści po obpstrykaniu Bosforu wróciła na swoje miejsce i założyła chustę szczelnie okrywając włosy i ramiona. Pewnie dlatego, że prom zbliżał się do Üsküdar, dzielnicy zamieszkałej przez tradycyjną i religijną grupę społeczeństwa. A może dlatego, że w Stambule generalnie piździ. Zwłaszcza na wodzie.

Advertisements

message in a bottle

moje kuku
nie chce się zagoić
i ja też nie chcę, żeby się zagoiło


w tureckich taksówkach

Od ponad tygodnia Ramazan, czyli czas postu. Zupełnie inaczej sobie wyobrażałam to święto, w sumie mało sobie wyobrażałam, bo niewiele o tym myślałam. Coś przeczytałam, ale w głowie zostały oklepane ogólniki. A teraz jestem w środku tego wszystkiego i otwierają mi się oczy. Pozostało mi jeszcze parę szczegółów do rozpracowania, a w międzyczasie krótka fotorelacja na temat tego co ostatnio widziałam w taksówkach, bo koty się już zapewne opatrzyły.

Taksówkarze komunikują się za pomocą komórkowego łoki toki, a telefony często trzymają w takich woreczkach. Ceny są wyświetlane na “normalnych” taksometrach, ale często na lusterku. Magia!

Dyżurna szklanka na herbatę.

Mr. Green Thumb.

Odkurzacz? Transporter organów? Kosmiczna popielniczka?

Trochę już się porozbijałam taksówkami po Stambule i na ile to możliwe, staram się poznać trasę zanim wsiądę do taksówki. Niestety, często okazuje się, że kierowca jednak nie zna drogi. Ostatnio tak straciłam 10TL, bo krążył w kółko, a moja (nie)znajomość języka nie jest na etapie “wygarniania”. Chociaż przedostatnim razem moją złość wyładowałam sfrustrowanym walnięciem dłonią o udo, wymownym cmoknięciem i stwierdzeniem “znasz drogę!” (zapomniałam dodać partykuły zmieniającej zdanie w pytanie). Bywa, że taksówkarze ogarniają tylko swój mały rewir, do którego przynależą. Nie ma czegoś takiego jak np. w Warszawie, że po taksówkę w dowolne miejsce dzwoni się do centrali (przy okazji wyrażam poparcie dla licencjonowanych taksówkarzy i konieczności zdania testu topograficznego). Taksówkarze albo siedzą w swoich “rewirowych domkach” czekając na zlecenie albo krążą po ulicach. Na potencjalnych klientów trąbią lub świecą światłami. Ignorowanie ich nie jest wystarczającym sygnałem, że człowiek nie jest zainteresowany – zwolnią, będą się odwracać, trąbną na wszelki wypadek jeszcze raz. Nie działa również odmowne machnięcie ręką. Musiałam nauczyć się lekkiego zadarcia nosa do góry i jednoczesnego cmoknięcia. Działa! I to jak!

(A propos: Grecy, najserdeczniejsi przyjaciele Turków, mają identyczny sposób na mówienie nie).


dzień jak codzień, czyli niby o stambułskiej faunie, ale w znowu o mnie

Gdy rano, w drodze do fabryki, autobus stanął na chwilę na skrzyżowaniu czekając na swoją kolej włączenia się do ruchu, ja przyglądałam się psu, który w tym momencie pojawił się za oknem. Stał na ulicy, ciężko dysząc rozglądał się, pewnie miał zamiar przejść na drugą stronę jezdni. Typowy reprezentant tutejszego uliczneg0 zwierzyńca. Z pomarańczowym kolczykiem, brudną sierścią, znużonym wzrokiem. Gdy mu się tak przyglądałam, zaczęłam się zastanawiać, że to strasznie dziecinne podniecać się tym kici kici i tamtym hau hau, ale jest mi z tym dobrze i to właśnie na pewno z tego powodu mam jak na swój wiek tak słabo wykształcone zmarszczki (w tym miejscu chciałabym również podziękować mamie i babci ze strony taty za podzielenie się ze mną swoimi genami).

W związku z powyższym, czuję się usprawiedliwiona i zwolniona z obowiązku uskuteczniania Poważnych oraz Mądrych Wpisów i tym razem, bez chmury mierności nad głową, zapodaję kolejną porcję zdjęć zupełnie pozbawionych sensu. Ale najpierw smutny połamaniec.

Wejście na własną odpowiedzialność.

Tu się położyłem i tu będę leżeć.

– Hey little girl, who do you want to be when you grow up?
– I wanna be a cat lady.

 

By przełamać kocią monotonię karmię kury.

A na koniec słowo od panów z ciut przydługimi grzywkami:


trochę o rowerach i odruchach pawłowa

Jakiś czas temu doradzałam dwóm kolegom z pracy przy kupnie rowerów. Było śmiesznie: generalnie koledzy to poważni (zazwyczaj gdy pod krawatem) Panowie Dyrektorzy, którzy owszem – jeździli na rowerach, ale to było dawno temu i nieprawda. Byliśmy w trzech sklepach, w czwartym zdecydowaliśmy się na zakup. Patrzyli, przymierzali, negocjowali, wyciągali gratisy (bagażnik na samochód, lampki, etc). W sumie w ostatnim sklepie spędziliśmy ponad dwie godziny, a sprzedawca w pewnym momencie wyglądał, jakby go ciężka migrena dopadła. Ale nie o tym.

Gdy po owocnym dniu zakupów żegnałam się z dumnymi posiadaczami nowych rowerów, dałam parę wskazówek co i jak, a przede wszystkim o ułożeniu łańcucha i zasadzie niekrzyżowania. To dosyć istotne w Stambule, gdzie płasko jest tylko przy wodzie. I co? Jeden z kolegów zerwał łańcuch już podczas pierwszej jazdy “w około bloku”. Drugi śmiał się z tego przez chwilę, ale przestał, gdy zbyt mocno przyhamował przed przebiegającym kotem, zaliczył spektakularny OTB i przyszlifował górną wargę i brodę. Ja się do dzisiaj śmieję z obydwu przypadków i czekam na swój. Ale nadal nie o tym.

W końcu wybraliśmy się razem na leniwe rowerowanie wzdłuż wybrzeża morza Marmara, po azjatyckiej stronie. Przed wycieczką miała miejsce strategiczna narada mająca na celu zidentyfikować odpowiednie miejsce na picie piwa, bo nie ma rowerowania bez browarowania. Po drodze uprawialiśmy slalom gigant między pieszymi niespiesznie człapiącymi po drodze dla rowerów. To, co obserwuję w trakcie jazdy, zasługuje na osobny wpis, ale w telegraficznym skrócie opisałam tutaj. Gdy już dojechaliśmy do naszego celu, wydarzyło się następujące:

Koledzy odstawili rowery.
Koledzy rzucili się do stojącej przed sklepem lodówki z piwem, niezablokowanej magnesem (!).
Koledzy wyciągnęli po piwie, otworzyli (twist off) i zaczęli pić.
Koledzy w ogóle nie zwracali uwagi na sprzedawcę i nie spieszyli się z płatnością.
Koledzy bez krępacji pili piwo na chodniku, przed sklepem, przy rowerach.
Sprzedawca w ogóle się nie przejmował.
Generalnie nikt się nie przejmował.

Ja, z zachodniego, wolnego kraju prawa, byłam lekko zdezorientowana i gdy sięgałam po piwo nadal rozglądałam się za “wrogiem” i obawiałam się reperkusji naszego beztroskiego zachowania.

Jednak nic się nie stało. Po ugaszeniu pierwszego pragnienia jeden z kolegów zapłacił za nasze piwa, usiedliśmy na murku przy sklepie i tak sobie siedzieliśmy i piliśmy. Następnie wsiedliśmy na rowerki i spokojnie wróciliśmy do domów.


bez sentymentów, ze smakiem

Relacje z moimi współfabryczniakami utrzymuję między 8:30 rano a szóstą wieczorem. Wyjątkiem są pożegnania. Mamy w drużynie taki zwyczaj, że chodzimy wspólnie jeść. Rytuał w moim zespole zaczyna się od ogłoszenia, że ten i ten odchodzi. Na hasło szefa jedziemy zawsze do tej samej knajpy na döner (w której jadamy również obiady bez żadnej okazji). Tam dowiadujemy się o kogo pomniejszy się nasz zespół. Drugim etapem jest ostatni dzień delikwenta w pracy. Tym razem idziemy tam, gdzie wybierze odchodzący lub jego koledzy. A w przypadku jakiejś bardziej lubianej osoby dochodzi wspólna kolacja. Spotykamy się tam, gdzie oferują tzw. “zestaw kolacyjny”. Na przykład, za ostatnią kolację zapłaciłam 70TL. W tej cenie była nieograniczona ilość rakı, mnóstwo przystawek, główne danie (do wyboru: ryba lub mięso) i deser. Proszę, ze szczegółami:

Zimne przystawki

  • Kavun + Peynir: czyli melon z serem jako zakąska do rakı
  • Haydari: jogurt zaprawiany czosnkiem, czasem z ziołami (mięta, koperek)
  • Zeytinyağlı barbunya: fasola w oliwie
  • Acılı ezme: drobno posiekany pomidor z przyprawami na ostro
  • Patlıcan sosu: bakłażan z pomidorem
  • Havuç tarator: tarta marchewa z jogurtem, czosnkiem i oliwie (nie wygląda ciekawie, ale jest pyszne)
  • Semizotu: portukala z jogurtem i… oliwą
  • Şakşuka… to chyba to samo co Patlıcan sosu, ale nie kojarzę różnicy.
  • Pancar turşusu: buraki w occie
  • Közde patlıcan: pasta z grylowanego bakłażana, mogę jeść wszelkie ilości tej potrawy, ale trudno przygotować w domu, by uchwycić delikatny smak wędzonki

  Zielenina 

  • Bób (…w oliwie)
  • Liście rukoli, bez przypraw, bez oleju (!)
  • Turp otu: sałatka z liści rzepy. Liście warzyw, które w PL się wyrzuca, tutaj wykorzystuje się do sałatek, gołąbków…
  • Kuru börülce: coś z fasolą
  • Kaya koruğu: znowu jakaś bylina…
  • Madımak: bylina bylinę…
  • Ebegümeci: nie wiem.. znowu coś zielonego, lekko podduszone, podwane w oleju na zimno
  • Hodan czyli ogórecznik…
  • Kuzu kulağı: szczaw (nie pamiętam jak był podany, ale w domu kiedyś poddusiłam z dodatkiem jogurtu i koziego sera)
  • Hardal otu: liści musztardy…?

Sałaty

  • Kıvırcık: jakaś zielona
  • Roka, czyli rukola
  • Göbek, lodowa
  • Ispanak, szpinak
  • Kuzukulağı, znowu liście szczawiu

  Ciepłe przekąski

  • Sigara Böreği: ciasto (a la francuskie) nadziewane (np. serem), zwinięte w kształt cygara
  • Krązki kalmara w cieście z sosem tartarowym

  Główne danie 

  • Ryba (okoń morski, dorada, makrela, cefal -nie znam)
  • Mięso (kurczak lub jagnięcina)

  Deser  

  • Ayva tatlısı, czyli pigwa na słodko
  • Kabak tatlısı, dynia na słodko
  • Tahin tatlısı, hałwa zmieszna z masłem i mlekiem, zapiekana w piecu… hmmm
  • İncir tatlısı, suszone figi nadziewane orzechami, nasączone słodkim syropem   
  • Meyve Tabağı, talerz owoców – czereśnie, arbuz, winogrona, etc.


“everyone should drink whisky and be able to afford it.”

Na razie miejsce z takim motto nie w moim zakątku, ale chętnie podzielę się informacją gdzie (<- kliknij).

À propos.

Parę miesięcy wcześniej…

Porzucam konsumpcję* tureckich win, przynajmniej tych z dolnej półki cenowej (20-35TL). Nie znajduję nic, co by mi smakowało, zwłaszcza wśród czerwonych. Z białymi jest trochę łatwiej, ale w sumie zidentyfikowałam może ze dwie pozycje, które już zdążyły znudzić. Dodatkowo, niepotwierdzona notatka gdzieś w internetach o rzekomo wyższej zawartości siarczynów niż w winach z krajów „bardziej doświadczonych” karmi moje paranoje. A pić trzeba regularnie: świątek, piątek czy niedziela – niech będzie zatem przyjemnie i zdrowo… ok, zdrowiej. I może trochę mniej?

Od tego czasu faktycznie nie kupowałam win. W domu pojawiły się irlandzkie whisky. Odwiedzający mnie znajomi zasilili zapasy, a i ja miałam niedawno okazję zrobić zakupy na lotnisku. Zawsze mnie korci, by kupić dwie butelki niż dozwoloną jedną, ale wierzę w taką teorię spiskową, że sklepy przekazują rachunki celnikom, a ci później wyłapują delikwenta do kontroli. W TR alkohole są bardzo drogie, więc zaczęłam sączyć po trochu, czasem więcej, czasem mniej, by jak najdłużej cieszyć się zawartością butelek. W moim przekonaniu przerzuciłam się na lepszej jakości alkohol i spożywam go mniej. I tej wersji będę się trzymać. Chociaż muszę przyznać, że zmiana niefortunnie przypadła na najgorętszy okres w roku. Pełna dymu Bowmore Cask Strength (53%), bardziej subtelna i przepięknie prezentująca się w butelce Caol Ila 12 Years Old i Glenfiddich 15 Year Old Solera Reserve, w którym nie mogłam odszukać tego, co lubię, wyciskały ze mnie ostatnie poty (przestałam liczyć przy tych upałach). Gdy już sięgnęłam dna (butelek, oczywiście), szczęśliwie pojawił się Jameson w promocji.

W międzyczasie zastanawiałam się nad szkłem, jestem przecież na etapie kompletowania wyposażenia domowego od podstaw. Znalazłam taki ciekawy artykuł porównujący Glancairn do Old Fashioned, ale nie znam się na tyle, by wyłapywać takie niuanse. Stanęłam zatem przed regałem w moim ulubionym sklepie i jak zwykle nie mogłam się zdecydować. Grube czy cienke dno? W kształcie prostym czy owalnym? Czy będzie odpowiednie na whisky neat, wódki z lodem i zarazem ginu?

Paşabahçe Whisky Glass

Właśnie. Gin. Przy tej pogodzie powinien zająć miejsce whisky. Hendrick’s jest i pierwsze skojarzenia to ogórek z rozmarynem, ale gdzieś po głowie kołacze się owocowy koktajl.

A na zakończenie taki optymistyczny akcent. W cyganeryjnej dzielnicy Cihangir natknęłam się na sklep alkoholowy, który dotychczas znałam tylko z internetu i na pierwszy rzut oka jest wspaniale wyposażony. Na antresoli są stoliki, więc można degustować na miejscu. Jest sporo win i mocniejszych trunków, a nawet to w cenie 120TL, co wydało mi się podejrzanie tanio, więc być może źle zrozumiałam. Zagajony o cenę pan sprzedawca uśmiechnął się i wyjaśnił, że to wszystko przez Ankarę.