dzień jak codzień, czyli niby o stambułskiej faunie, ale w znowu o mnie

Gdy rano, w drodze do fabryki, autobus stanął na chwilę na skrzyżowaniu czekając na swoją kolej włączenia się do ruchu, ja przyglądałam się psu, który w tym momencie pojawił się za oknem. Stał na ulicy, ciężko dysząc rozglądał się, pewnie miał zamiar przejść na drugą stronę jezdni. Typowy reprezentant tutejszego uliczneg0 zwierzyńca. Z pomarańczowym kolczykiem, brudną sierścią, znużonym wzrokiem. Gdy mu się tak przyglądałam, zaczęłam się zastanawiać, że to strasznie dziecinne podniecać się tym kici kici i tamtym hau hau, ale jest mi z tym dobrze i to właśnie na pewno z tego powodu mam jak na swój wiek tak słabo wykształcone zmarszczki (w tym miejscu chciałabym również podziękować mamie i babci ze strony taty za podzielenie się ze mną swoimi genami).

W związku z powyższym, czuję się usprawiedliwiona i zwolniona z obowiązku uskuteczniania Poważnych oraz Mądrych Wpisów i tym razem, bez chmury mierności nad głową, zapodaję kolejną porcję zdjęć zupełnie pozbawionych sensu. Ale najpierw smutny połamaniec.

Wejście na własną odpowiedzialność.

Tu się położyłem i tu będę leżeć.

– Hey little girl, who do you want to be when you grow up?
– I wanna be a cat lady.

 

By przełamać kocią monotonię karmię kury.

A na koniec słowo od panów z ciut przydługimi grzywkami:


2 responses to “dzień jak codzień, czyli niby o stambułskiej faunie, ale w znowu o mnie

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: