wczasy nad morzem, dzień 1

Bagaż już gotowy, ale jeszcze bez kąpielówek.

Wczasy, szumnie powiedziane. Zaplanowałam spędzenie śro-sob w małej miejscowości Ağva nad Morzem Czarnym, ok. 12okm od Stambułu. Można dojechać miejskim autobusem z Üsküdar. Z mojej dzielnicy ruszyłam w drogę w południe.

Minibusem do Üsküdar.

Przed portem był korek, a w nim samochody czekające na przeprawę przez Bosfor promem do Europy (jeden z dwóch mostów jest remontowany, bywa ciężko). Po dotarciu na miejsce kupiłam bilet. Miałam trochę czasu, więc poszłam na targ kupić owoce, w końcu była pora obiadowa.

Między innyni tu: owoce opuncji, ostre papryczki na pęczki. Te ostatnie popularne marynowane w occie.

O godzinie 2pm wsiadłam do autobusu.

Miejsca na tej trasie są numerowane, na wzór dalekobieżnych. Nie do końca rozumiem system, ale na pewno osoby kupujące bilet w “bileciarni” przed podróżą (jak ja) i te wsiadające w Şile, innej popularnej miejscowości nadmorskiej w tym rejonie, dostają przypisane miejsca. Reszta stoi albo zajmuje puste do czasu, aż pojawi się “właściciel” tego miejsca. Wszystko jest precyzyjnie monitorowane przez kierowcę i jego pomagierów przy pomocy długopisu i kartki. Wyjazd ze Stambułu był koszmarny i zajął chyba tyle samo czasu co reszta drogi. Pierwsza okazja na rozprostowanie nóg pojawiła się w Şile podczas pięciominutowego postoju.

Byliśmy już nad Morzem Czarnym. Dalej jechaliśmy wąską, serpentynowa drogą poprzez ciche wioski. Ruch tutaj jest mały, teren górzysty. Przez otwarte okna wpada typowy dla południowych krajów zapach rozgrzanej żywicy. Jest zielono, ale na zmianę: raz iglaście, raz liściasto (wiem, że to nie po polsku, ale SJP PWN nie pomaga; pomożecie?). Zabudowania czasem przypominają polski krajobraz, tyle, że przeważa czerwona dachówka i trochę mniej pstrokato. W sumie bardzo miło i przyjemnie, ale mam chorobę lokomocyjną i generalnie miałam to wszystko w dupie. Muszę wypróbować ssanie imbiru, podobno pomaga. W końcu dotarliśmy na miejsce o 5:35pm. Zadzwoniłam do właściciela hotelu, dostałam instrukcje jak trafić i ruszyłam. Na pierwszy rzut oka Ağva nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Ot, typowe nadmorskie miasteczko, w trakcie tygodnia trwające w prawie bezruchu. Może to jeszcze efekt choroby lokomocyjnej, ale poczułam się jak bohater westernu wkraczający do obcego miasteczka; każdy jego krok jest rejestrowany przez mieszkańców spragnionych sensacji; zerkających zza firanki w oknie, bujających się w bujanych fotelach na gankach. Powietrze stoi, cykady zagłuszają ciszę. Howdy, stranger – słyszę (w tym przypadku yabanci, czasem do mnie, czasem o mnie).

Hotel, w którym wynajęłam pokój, jest stylizywany na himalajskie zabudowania. Jego właściciel chyba tam trochę czasu spędził na górskich wędrówkach i nawet belki z Syberii sprowadził… Pokój bez frykasów,  z łazienką, byle się przespać. W końcu mam zamiar spędzać cały czas na plaży, w morzu i wędrując po okolicy.

Okno na podwórkowe widoki i dźwięki.

Rozpakowałam się, podukałam trochę z Sami Bey zarządzającym pod nieobecność właściciela i wyszłam “na miasto”. O zwiedzaniu nie ma co mówić, więc poszłam do restauracji na kolację. Jeszcze w Stambule poszperałam trochę w internetach, np. tutaj i zanotowałam trzy przystanki kulinarne. Pierwszy z nich to restauracja Liman (click: uwaga, muzyczka). Przy porcie można obserwować co się dzieje na kutrach (np. iftar), n-ty zachód słońca oraz psy i koty żebrzące o jedzenie.

Postanowiłam, że będę mówiła po turecku ile się da. Gdy zamieniłam kilka zdań z kelnerem odnośnie zamówienia, on następnie zamienił kilka zdań na mój temat z kolegą, który jadł kolację z dziewczyną – czy jestem Niemką? Nie Polką. Aha. Bez zachowania jakiejkolwiek dyskrecji, pozorów, że mówi się o mnie. Nie wiem czy uważają, że każdy yabanci niczego nie rozumie czy po prostu nie ma to dla nich znaczenia i nie kryją swojej ciekawości. Różnie się z tym czuję. Zazwyczaj podoba mi się turecka otwartość i ciekawość, ale w gorsze dni czuję się jak małpa w zoo. Ale wracając do jedzenia: restaurację polecam: smacznie i świeżo. Przed zamówieniem kelner zaprowadził przed chłodziarkę i pokazał co jest (łącznie z rybami). Za dwie przystawki, doradę, piwo i pieczywo zapłaciłam 30TL.  Tanio.

Pojadłam, popiłam, poczytałam, pospałam

PS Jestem zła na siebie. W autobusie siedziała obok mnie laska, też yabanci, ale z jakiegoś innego muzułmańskiego kraju, ubrana tradycyjnie z zakrytą głową. Mogłam ją zagadać, wypytać, czegoś się dowiedzieć. Ale zwyciężyło “przecież nie będę się narzucać”. Druga okazja pojawiła się gdy wysiadłam z autobusu w Ağva i podjechały samochodem koleżanki mojej autobusowej sąsiadki. Zapytały po angielsku czy potrzebuję pomocy, podwózki itp. I co? Zosia samosia, nie dziękuję, poradzę sobie. I tak pozbawiłam się szansy na nawet minimalny kontakt z grupą, która na ogół nie jest dla mnie tak łatwo dostępna.


3 responses to “wczasy nad morzem, dzień 1

  • japonki

    najbardziej brakuje mi zapachu – jak to wszystko pachnie?!!?

    • koszyczek

      Trochę za mało byłam poza miastem. W Stambule tych zapachów jest mniej, ale są: zapach krzewów, taki słodki, pamiętam z Chorwacji. W Maju np. jest festiwal tulipanów (to Turcja je sprowadziła do Holandii). Wszędzie je sadzą, np. na szerokim pasie zieleni rozdzielającym pasy jezdni. I jak jedziesz samochodem z otwartym oknem, to ci się mieszają zapachy tulipanów i spalin. Gdy jechałam autobusem, to wpadał właśnie zapach tej żywicy zmieszany z gorącym powietrzem, jakbyś weszła do nowozbudowanego nagrzanego pomieszczenia z drewna; taki śródziemnomorski zapach – upał go wyciąga.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: