Monthly Archives: September 2012

jest plan

Zapisałam się na 15km-wy bieg. W sumie spontan – jak zwykle, jak wszystko. Już od jakiegoś czasu wieści o dzisiejszym Maratonie Warszawskim przeciekały do mnie od znajomych, którzy albo wystartowali (gratulacje, Kinia) albo wystartować chcieli (trzymam kciuki za przyszły rok, Tomku) i zainspirowały mnie do wystosowania zapytania do internetów czy wiedzą cokolwiek na temat biegów w moim mieście. Okazało się, że owszem, jest takowy w listopadzie. Na razie maraton jest poza moim zasięgiem. Dobrze też, że nie ma półmaratonu w tym terminie, bo bym znowu z tą motyką… W każdym razie pintnaście mogę zrobić. Dla samej trasy warto:

Mapa z 2009, ale trasa będzie taka sama. A przynajmniej fotka większa i lepiej widać co i którędy.
Źródło: http://www.geziyorum.net/ lub kliknij fotkie.

Proszę tylko popatrzeć na te okoliczności przyrody.

Nie ma też co owijać w bawełnę. Zaczynam od podstaw. Moja wcześniejsza forma rozpłynęła się w sosach tureckich potraw, rozsiadła się na sofach w fabrycznych salonach. Aaaaby się nie zniechęcić, ułożyłam średnio ambitny plan na kolejne sześć tygodni i namówiłam kolegę z fabryki do współudziału.

Olej, rzucam Ci rękawicę – w przyszłym roku robię tutaj maraton 😉


zaczarowane dźwięki anatolii

Powoli, bardzo powoli dogrzebuję się do tureckiej sceny alternatywnej – troszku z lenistwa, troszku przez jeszcze obecną barierę językową. No i mieszkanie na azjatyckim Ursynowie też nie pomaga…

Ale proszę, trafił mi się tutaj taki okaz, nazywa się Baba Zula – grupa, która grała na Nowych Horyzontach.

Facet śpiewający i grający na gitarze był ubrany jak hipisowski Gandalf, cały na kolorowo. Miał duże okulary słoneczne i równie duży nos. Raz czy dwa, podczas grania, stanął na stoliku z kółkami, który to stolik pchał chłopak przez rozbawiony tłum.

Była też tancerka brzucha (podobno nienajlepsza, ale ja się nie znam), połykaczka miecza wieszająca sobie wieszak na dziurze w języku. Był też syn perkusisty, chyba nawet nie miał 10 lat, ale jak z ojcem uskutecznił duet na djembach, to na taki dziubek, że nie było ch… we wsi. Widownia szalała. Trochę mi to przypominało podróżującą trupę cyrkowo-artystyczną z dawnych czasów.

No i dźwięki. Tureckie (niektóre jak z wiejskich wesel), psychodeliczne, rockowe – nie dało się ustać w miejscu. Czasem zamykałam oczy i bujałam się do muzyki, ale zaraz otwierałam, by patrzeć na ten kolorowy pokaz.

Podsumowanie: wyszlam z opuchniętymi bębenkami, wytańczonym ciałem i roześmianą gębą.


temat zastępczny

Nie chce mi się pisać. Jest niedziela, powinnam być w szkole i rozkminiać

“bardzo ważną i trudną gramatykę, dlatego bądźcie wszyscy obecni”;

zamiast tego od 6am siedzę w fabryce i czuwam. Dla mnie to nowość (chociaż podejrzewam, że to się zmieni na moją niekorzyść…). A skoro pierwszy raz, to jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę… W nocy upiekłam ciastka dla moich fabrycznych braci i sióstr (którzy częściej spędzają tutaj „dni wolne od pracy”), przed snem postawiłam na palniku moka express z wsypaną kawą i nalaną wodą, żeby po przebudzeniu tylko włączyć gaz (ściema: nie mam gazu, ale jeden elektryczny palnik, bo mam opory przed załatwieniem gazowych formalności). Do plecaka spakowałam aparat fotograficzny i książki do tureckiego i podekscytowana czekałam na transport (na szczęście prywatny samochód, a nie służbowy autokar).

Ciastka rozeszły się szybko. Czas poszerzyć słodkie horyzonty, bo za miesiąc powtórka z weekendowego czuwania.

Mam lekkiego kaca, gdyż mimo podpowiedzi rozsądku (mama mówiła, żeby nie rozmawiać z obcymi), dzień wcześniej piłam wino do późnych godzin. Trochę się uczę, trochę snuję po fabryce i robię zdjęcia ciężko pracującym. Jak dobrze, że postanowiłam spędzić sobotnie popołudnie sprzątając; dzięki temu droga ze szkoły do domu wydłużyła się o kilka godzin (zazwyczaj trwa niecałą godzinę).


muzycznie

Ten mężczyzna zwrócił uwagę czystyn i donośnym głosem, chyba nie śpiewał po turecku.


z góry

Kliknięcie na fotę przekierowuje do jej źródła. Znalazłam czytając to.


a Powiśle płonie płynie

Wczoraj wieczorem wybrałam się z fabrycznymi kolegami do pubu oglądać mecz piłki nożnej. Siedzielismy w części dla niepalących, w środku; było tłoczno, było ciepło. W przerwie wyszliśmy na zewnątrz potowarzyszyć jednemu palącemu koledze. Na zewnątrz, czyli na chodnik przed pubem.

Ja: Eee, mogę wyjść z tym winem?
K1: Jasne, że możesz. (Odwrócił się do pozostałych kolegów) Wiecie, że w Polsce nie można wychodzić z alkoholem poza obręb knajpy?
K2 i K3 zrobili duże oczy
Ja opowiedziałam historię Powiśla i dodałam coś o przygodach rowerzystów
K2: Dziwne, brzmi jakby ktoś prowadził wojnę z alkoholem.

Dla tych co nie wiedzą, rozmowa odbyła się w Stambule, Turcji, kraju muzułmańskim. Koledzy byli bardzo zdziwieni, wspomnieli coś o zachodzie i swobodzie. Razem z nami na chodnik wyległa chyba połowa osób siedzących w pubie. Większość z kuflami. A tak ja dziwiłam się wcześniej.


z drrrrogi bo jadę!

Chyba dojrzewam, aby napisać trochę o tym, co się tutaj dzieje na ulicach w kontekście ruchu drogowego. Ale jeszcze nie dzisiaj; najpierw chcę pozbierać materiał dowodowy w postaci jakichś fotek, a może nawet i filmiku. Jestem zafascynowana tym fantastycznym chaosem, a panująca tu wolna amerykanka nie jest taka zła (vide: np. w PL niesterowany przez policję ruch na skrzyżowaniach z uszkodzoną sygnalizacją świetlną). Chociaż nie jestem w stanie zaakceptować traktowania pieszych – nawet pies ma lepiej. Ale szczegóły zostawię sobie na jakiś konkretniejszy wpis w bliżej nieokreślonej przyszłości. Dzisiaj tylko zajawka.

Poniższe zdjęcie zrobiłam z autokaru, który rozwozi nas po zakończonej zmianie do domów. Krótka dygresja: moja fabryka stoi w sąsiedztwie kompleksu warsztatów samochodowych – jest ich tam chyba setka (proszę mnie nie cytować). W tle widzimy kilka ze wspomnianych warsztatów, bliżej jest sprzedawca kanapek (pomidor, ser, szczypiorek + lemoniada). Ulica, którą jedziemy, to zwykła dwukierunkowa z jednym pasem ruchu w danym kierunku – ale bez jakichkolwiek znaków poziomych podpowiadających gdzie kończy się jezdnia, a gdzie zaczyna to coś, co jezdnią nie jest. Na jednym pasie stoi właśnie autokar, w którym siędzę ja i obserwuję tych dwóch panów po prawej stronie próbujących włączyć się do ruchu. Moim zdaniem, oni na pewno mają drogowe ADHD – po prostu muszą pojechać do przodu. Jeden z nich ominął sprzedawcę kanapek z prawej, ale daleko nie dojechał, bo ta pusta przestrzeń kończy się dalej ścianą i pan kierowca musiał czekać, żeby włączyć się do ruchu na „moim” pasie.