Monthly Archives: January 2013

sielanka sranka

Gdy planowałam grudniowe wyjazdy, Mardin było w czołówce miejsc, które chciałam zobaczyć (nic się nie zmieniło). To miasto leży na południowym wschodzie Turcji i nosi miano perły architektonicznej – wiki określa Mardin jako muzeum na świeżym powietrzu ze względu na ilość historycznych budowli. Poza tym, miasto jeszcze nie pojawiło się na szlaku masowej turystyki.

– Nie jedź tam. Jest niebezpiecznie, to teren działań terrorystycznych.
 E tam, bzdura. Nic mi się nie stanie. Ale na wszelki wypadek nie pojechałam.

Moje tureckie życie, mimo różnych upsów i downsów – zdecydowanie subiektywnych, jest jednak wspaniałą przygodą. Należę do grona yabanci, których Turcy uważają za dziwaków, ale mimo wszystko kochają i pobłażliwie przymykają oko na ich ekscentryzmy. Jednym słowem: laba.

I powtarzam: Stambuł to metropolia, w której bez większego wysiłku można żyć jak w nowoczesnych niemuzułmańskich stolicach krajów tzw. zachodnich (i nie zaliczam do nich Warszawy), jeżeli kogoś nie kręci orient.

Gdy tu przyjechałam, zaskoczyły mnie eklektyzm, nowoczesność i ta druga egzotyka: bramki bezpieczeństwa, lotniskowe skanery bagażu przy wejściach do centrów handlowych i biurowców oraz poddawanie kontroli bagażnika na obecność instalacji gazowej przy wjeździe do ich podziemnych parkingów; ochrona machająca pipczącymi mieczami (gdy coś znajdą) przy większych torbach i plecakach w metrze; czołgi przed komisariatami policji; pancerny transporter i kolumna uzbrojonych policjantów na głównym deptaku Stambułu przyglądających się mijającym ich demonstrantom; że na niektórych autokarach brak nazwy firmy, do której dowożą pracowników; doniesienia o atakach terrorystycznych i “popatrz, tutaj kilka lat temu była siedziba tego brytyjskiego banku”.

hsbc2

hsbc1

Z beztroskiego skakania z kwiatka na kwiatek wyrywają informacje o ograniczaniu wolności słowa, nadużyciach wymiaru sprawiedliwości, nierówności społecznych.

Na chwilę wędruję myślami do Bryn Jones’a, który w swoim krótkim życiu zgłębiał tajemnice konfliktu na Bliskim Wschodzie, ale żadnego z opisywanych krajów nie odwiedził, bo uznawał to za niemoralne.

Konformizm pozostawia niesmak w moich ustach, ale tylko na chwilę, bo mam czym przepłukać. Zamykam moje ekspatskie (nie lubię tego słowa!) oczy, bo koszyczków o bardzo małym rozumku to nie dotyczy. 

A potem docerają do mnie wiadomości z Polski.

Advertisements

dzisiaj jakieś święto było, czy cóś?

na wszelki wypadek

olmeca1


słowo na niedzielę

“We all need to be mocked from time to time, Lord Mormont, lest we start to take ourselves too seriously. More wine, please.”

The Imp


moją matką jest nadzieja

Stres towarzyszący mi w przygotowaniach do i w trakcie pisania ostatniego egzaminu dał mi niezłego kuksańca, bo jak na razie, odpukać, od początku roku spędzam regularnie przynajmniej godzinę dziennie nad nauką. Ok – nadal nadrabiam drobne zaległości z początku 4-go (obecnego) kursu i kilka tematów z 2-go i 3-go, ale przynajmniej mam wrażenie, że ogarniam ten majdan. A na dzisiejszej lekcji w ogóle rozgadałam się nie do poznania.

W tej z pozoru nieistotnej obserwacji pokładam Wielkie Nadzieje, że jestem na dobrej drodze wyłowienia kolejnych czynności utopionych w ogarniającym mnie i kompletnie destabilizującym moje życie oceanie chaosu.

Oczywiście, jak zawsze przy napływie nagłego optymizmu, czekam, aż coś się spierdoli.


smile and smile and smile

Szczerze, osłabłam i lekko spanikowałam gdy dowiedziałam się, że sama mam iść do tłumacza przysięgłego, notariusza i urzędu skarbowego. Ale nie taki diabeł straszny jak go malują. W związku z tym, że nadal nie znam tureckiego na tyle, by swobodnie się dogadywać, pozostaje mi mój uśmiech i zaufanie w osoby, z którymi załatwiam sprawy. Na razie okazuje się to być skuteczną strategią. Mimo panujących zwyczajów biurokratycznych, które Polacy powinni dobrze znać, spotykani przeze mnie ludzie starają się pomóc.

1:00pm (około): Panika – aaaa, na jutro rano mam dostarczyć nostryfikowane tłumaczenie paszportu i numer podatkowy, o który wcześniej nie aplikowałam. Sprawdzam w internetach gdzie jest najbliższe biuro tłumaczeń. O numerze podatkowym na razie jeszcze nie myślę.

1:50pm Wsiadam do taksówki, kierowca dzwoni z mojego telefonu do tłumacza i ustala jak dojechać.

2:00pm Biuro tłumaczeń. Pan Tłumacz czeka na mnie na balkonie i wyjaśnia, że wejście jest za rogiem. W biurze siadam przy biurku, pan Tłumacz zabiera się za pracę, a ja zaczepiam przystojnego rudzielca o miedzianopomarańczowych oczach. Pan Tłumacz w międzyczasie pyta co to jest łojełoda.

translator_umraniye1

translator_umraniye2

2:15pm: Płacę 30TL (~50PLN), wsiadam do taksówki, jadę do notariusza. Tym razem sama mówię jak i gdzie, bo wiem.

2:25pm: Jestem przed biurem notarialnym… lekko zaparowane szyby, a za nimi tłum wąsatych panów w różnym wieku czekających na swoją kolejkę. Na oko jest jakieś 20 osób. Oddycham głębiej i przypominam sobie polskie urzędy. Biorę numerek. Jeden z wąsaczy wskazuje mi wolne krzesło. Uśmiecham się i dziękuję, ale nie korzystam. Na wszelki wypadek podpytuję jedną z kilku pań Urzędniczek, że chcę do notariusza i czy mam czekać. Nie czekać. Wskazuje na koniec sali i siedzącą tam Matronę – panią Notariusz. Podchodzę do biurka i siadam na wskazanym mi fotelu. Jestem w zupełnie innym świecie, tu jest ciszej, dostojniej, lepsze powietrze. Pani Notariusz wyciąga rękę po dokumenty. Porównuje tłumaczenie do oryginału. Coś tam mruczy pod nosem. Orientuję się, że to do mnie. Szukamy w paszporcie numeru, które wpisał na tłumaczeniu pan Tłumacz. Szukam w paszporcie, kurrrrrw… zbyt łatwo szło, będę musiała wrócić… A! Jest, stop! Tu na hologramie. Ja zadowolona, pani Notariusz zadowolona – podpisuje. Mam wrócić do dusznej sali. Myślę, że teraz poczekam, ale czekam tylko na jedną osobę przede mną i nadchodzi moja kolej: dokument zalicza 10 stępli, a ja płacę. 55TL (96PLN).

2:40pm: Wychodzę z biura notarialnego, wracam do biura. Myślę o numerze podatkowym. Kadry w mojej fabryce się wypinają, to muszę sobie sama załatwić. Szukam instrukcji w internetach. Mam mieć ze sobą paszport i jego kopię.

3:20pm Taksówka. Mówię taksówkarzowi nazwę ulicy, ale nie rozumie. Orientuję się jak ważne jest niewymawianie i bez kropki jak i z kropką.

3:35pm Biuro podatkowe – jak urząd skarbowy w Polsce. Matko, co za szkarada – w konkursie o najgierkowski budynek, ten byłby w czołówce. W recepcji mówią, że mam iść na drugie piętro. Na drugim piętrze skręcam na wszelki wypadek w lewo, a potem w prawo. Wszyscy urzędnicy zwracają na mnie uwagę, bo przecież od razu widać, żem obca. Podchodzę do pierwszego z brzegu pana Urzędnika, mówię, co chcę. Podaję dokumenty. Pan Urzędnik przegląda i zaczyna pisać za mnie podanie – że chcę numer podatkowy. Gdy kończy, mówi: idź tam. Czyli dosłownie do urzędnika za moimi plecami. Czekam, aż skończy obsługiwać petenta przede mną. Moja kolej. Bierze moje dokumenty, zaczyna coś wpisywać do komputera. Podchodzi do niego inny, zaciekawiony kolega Urzędnik. „Nie przeszkadzaj, nie widzisz, że Obcego robię?” Ale uśmiecha się takim skrytym uśmiechem urzędnika, trochę mu kiepsko wychodzi, widać, że zazwyczaj pozuje na twardego i bezdusznego – na wszelki wypadek spuszcza głowę, żeby nikt nie widział. Po chwili wyciąga jakiś biały kartonik, na którym wypisuje moje dane i MÓJ NUMER PODATKOWY. Pokazuje oszklone pomieszczenie kilka kroków dalej i mówi – idź tam. Tam plotkują sobie trzy panie i w ogóle na mnie nie zwracają uwagi. Wychodzę, myśląc, że może miałam iść za oszklone pomieszczenie, ale tam mówią, że jednak nie – mam wrócić do oszklonego pomieszczenia. Ok, wchodzę ponownie, ale teraz bliżej. Wyciągam kartonik, żeby było z daleka widać, że nie przyszłam podsłuchiwać. Jedna pani zachęca mnie do śmiałego podejścia machnięciem ręki, ta za biurkiem bierze ode mnie kartonik, podpisuje, stempluje i z uśmiechem mi go oddaje. Zadaję moje ulubione pytanie w takich sytuacjach: Bitti mi? Skończone? Tak, skończone. Jestem szczęśliwa, wszystko załatwione, macham pierwszemu panu Urzędnikowi – temu od podania – i jeszcze raz dziękuję.

4pm: Jestem na ulicy, łapię taksówkę do fabryki. Czuję, że mogłabym iść spać. Albo na drinka.


jak uratowałam dzień

Miejsce: łaźnia turecka, czyli Çinili Hamam w Üsküdar
Kto: moje dwie towarzyszki (amerykanka i kanadyjka), nieznajoma, ja
Czas: zbieramy się dowyjścia po kilkugodzinnym pobycie w łaźni
 

Nieznajoma wyraźnie poruszona, dramatycznie dotyka swoją twarz, ukrywa policzki: Sory, plis ju hew to help me! Du ju hew lołszyn… lołszyn… makijaż?
Ja grzebię w plecaku i rżnę głupa: Sure. Where are you from?
Nieznajoma: Poland.
Ja wręczając pojemnik z podkładem: Proszę.
Nieznajoma zaskoczona, ale z wyraźną ulgą: Och, no proszę, niespodzianka, bo my tak wyszłyśmy z domu i zupełnie zapomniałyśmy…


Umknęło mi

Przespałam trzęsienie ziemi. Tydzień temu. Popołudnie jest dla mnie nietypowym czasem na przesypianie czegokolwiek, ale tak się akurat złożyło, że wtedy spałam i już.

Trzęsienie ziemi (6.2) miało swoje epicentrum poza Stambułem, ale tu też było odczuwalne; bardziej po stronie europejskiej (tam przestraszeni ludzie wybiegali z domów) i w regionie Marmara (i oczywiście Grecji – pozdrawiam Grecję!).

Podobno po stronie azjatyckiej jest bezpieczniej, bo podłoże jest ze skały, ale co z tego – gdy pierdolnie The Big One, wtedy podobno nic nie pomoże. Jakoś nie przemyślałam tego tematu gdy podejmowałam decyzje o wyjeździe do Turcji (o ile można tu mówić o jakimkolwiek procesie decyzyjnym…).

Epicentrum trzesięnia ziemi zlokalizowane w okolicy Bozcaada pod (?) Morzem Egejskim. Kliknij fotkę przy przejść do artykułu.

A gdy już się dowiedziałam o tym przespanym trzęsieniu ziemi, wpadłam oczywiście w chwilową panikę ze wszelkimi jej psychofizycznymi objawami. Chyba muszę przyspieszyć kompletowanie mojego “pakietu (prze)życia”, bo na razie kupiłam tylko latarkę dynamo i zaplanowałam założenie butów górskich.

Mój turecki kolega mówi, że taki pakiet to dobry pomysł, o ile przeżyję – i zanosi się śmiechem. Czy to kolejny sposób na radzenie sobie z niepewnością?