Monthly Archives: March 2013

Geyik Koşu w Belgrad Ormanı

zaległy post opublikowany 23 czerwca 2013

31 marca pierwszy raz wzięłam udział w zorganizowanej imprezie biegowej w Turcji. Jak już wcześniej pisałam, ze względu na moje gapiostwo, umknęło mi 15km w ramach Eurasia przez Bosfor rok temu.

Tym razem pakiet odebrałam, ale i tak organizacyjnie z mojej strony klapa. Oczywiście wyszłam z domu z dużym opóźnieniem i dosłownie w ostatniej chwili zdążyłam na ostatni autobus podstawiony przez organizatorów, który dowoził uczestników i osoby towarzyszące na teren imprezy.

Las Belgradzki jest bardzo popularny wśród mieszkańców Stambułu i korki były okropne. Zanim zacznie się korek, warto gdzieś po drodze zostawić samochód i dalej jechać rowerem. Nasz bieg rozpoczął się z jednogodzinnym opóźnieniem – przez korki właśnie.

Jak mi się biegło? No fataaaaalnie. Miesiąc treningu – śmiech na sali. Ale okoliczności przyrody były fantastyczne. Kolejna edycja biegu we wrześniu.

Gdzie jest Belgrad Ormanı?

Geyik_kosu_310313_1

Geyik_kosu_310313_2

Trasa biegu, w pewnym momencie wiodła wzdłuż małego zbiornika wodnego.

Geyik_kosu_310313_3

Tak kształtowała się trasa w kontekście przewyższeń.

Geyik_kosu_310313_4

A tu model Miś prezentuje medal i koszulkę startową.

IMG_8400_1


piąteczek

W czwartek wieczorem koleżanka kończąca zmianę zatrzymała się przy mnie przed wyjściem z fabryki i złożyła życzenia, to mi się przypomniało. W sumie nie celebruję, ale dzień wolny od pracy zawsze jest miły, więc… w piątek miałam wolne. Słyszałam już usprawiedliwienia nieobecności w pracy czy też szkole w związku ze śmiercią babci lub cioci, a tu proszę: szefie, Jezus mi umarł…

W sumie to był całkiem przyjemny dzień, ale bez nerw: dzisiaj wszystko dobrze się zakończyło. Byłam znowu na koncercie, w tym samym miejscu, więc zatrzymałam się też w tej samej restauracji. Zamówiłam wino, pizzę, wino, wino, deser i kawę. Panowie kelnerzy dzisiaj jakby bardziej się o mnie troszczyli – podejrzewam, że ze względu na nieobecność mojego męskiego towarzystwa. Podczas mojej wizyty w toalecie sprawdzili bilet leżący na stoliku i gdy już później dogryzałam deser, przypomnieli mi, że mam jeszcze 5 minut. Miło.

Gdy już szłam do koncertowni, po drodze minęłam młodzież palącą blanty i pijącą wódkę z gwinta oraz butelki po piwie równo poustawiane pod ścianą budynku.

Na rozpoczęcie koncertu czekaliśmy tylko 10 minut. Przede mną stał ojciec z nastoletnim synem, obydwoje sięgali mi do brody. Robili na mnie wrażenie bardzo irytującego Woody Allena, starego i młodego. Podsłuchałam ich rozmowę. Ojciec: – Spóźniają się. Syn: – Anglicy, oni tak mają (chodzi o muzyków). I tak konwersowali sobie o punktualności Turcy, którzy jako nacja zaginanie czasu mają we krwi.

W końcu wyszli na scenę oni. The Tiger Lillies. Bardzo ciekawy występ, nie powiem. Frontmen zespołu miał wymalowaną twarz niczym klaun, robił różne dziwne miny i wydawał jeszcze bardziej dziwne dźwięki gdy nie śpiewał. A gdy śwpiewał, no cóż… z opery by go nie przegonili. Na mnie robił wrażenie Wielkiego Jaszczura, czasem łypnął okiem na słuchających. Grał na akordeonie i fortepianie.

Konbrabasista to taki wesoły Felek, jakby z błędnie działającym błędnikiem, poza tym obsługiwał elektryczną i analogową piłę. A perkusista… może był w depresji.

Koncert trwał ponad 2h nie wliczając 20-minutowej przerwy. Fantastyczny show. Były piosenki wesołe, ale też bardzo smutne i piękny i mocny głos Wielkiego Jaszczura wprowadzał w nostalgię.  Z całego repertuaru (między innymi Depression, Boredom, Jealousy; o dziwkach, gangrenie i narkotykach) udało mi się wyłuskać dwie piosenki, które mogę zadedykować, proszę zatem niewymienionych by nie czuli się pominięci. Natomiast bardzo polecam lekturę słów – ciekawe.

Ze specjalną dedykacją dla naszego dyżurnego Dostawcy Dobrych Wiadomości, pana Makowskiego – The Crack of Doom.

I dla pana Romka Samolota, bo jak sam Wielki Jaszczur wyjaśnił, “jest piątek”:


dzień -56

9.80km rano. Po czwartkowej przerwie zniknął ból w tylnym udzie, ale i tak mi się kiepsko biegło. Powinnam wstać odpowiednio wcześniej, rozbudzić się, itp.

Ostatnio na treningach staram się zwracać uwagę na technikę. Zauważyłam, że pod górkę lub przy zmęczeniu zaczynam wypinać swoje cztery litery, a wiadomo – kto wypina, tego wina. Starając się trzymać wszystko w jednej linii widzę, że np. pod górkę łatwiej się wtedy biegni. Bardziej pracują uda, kolana są trochę wyżej, mniej szuram. Staram się też machać rękoma przód tył, a nie krzyżować. Podobno to kradnie cenną energię.

Widzę też więcej ludzi trenujących, ale jednak większość uprawia marsz, nie biega.

Polar chyba już się nie przyda, no chyba, że będzie jakieś załamanie pogody.


dzień -57

Dzisiejszy plan nie został zrealizowany.


nieskomplikowany zwierz

Moje potrzeby są bardzo podstawowe: zjeść i wypić w roześmianej i beztroskiej atmosferze, móc pokiwać nogą i głową do dobrego rytmu i dostać dużo, bardzo bardzo dużo troski i miłości, więcej niż na jedną osobę norma przewiduje. Tak wielka jest moja potrzeba, że nawet gdy ten nadmiar sie ugromadzi i tak będzie niewystarczający, bym mogła dać od siebie.

Jestem konsumującym potworem, pożerającym wszystko co dobre i pozostawiajcym za sobą uschnięte kikuty wspólnej egzystencji. Z tej zachłanności oślepłam, nie widzę co jest we mnie dobre, a co złe. Tak samo nie potrafię rozróżnić czy od ludzi w moim życiu oczekuje zbyt wiele, czy może tylko dbam o siebie. Idę na kompromis czy oddaję swoją niezależność?

Teraz już rozpoznaję, że jestem aspołeczną istotą, sobkiem samym sobie, powinnam żyć sama by robić co chcę, iść gdzie chcę, nie oglądać się na nikogo. Ale nie mogę, nie potrafię wyrwać się z tej okropnej zniewalającej potrzeby otrzymywania dużo, bardzo bardzo dużo…

A w sumie chciałam tylko napisać, że wczoraj stworzyłam bardzo przyjemny wieczór.

Najpierw miłą niespodzianką było przypadkowe znalezienie restauracji Big Chefs w Şişhane. Siedziałam tam w wygodnym fotelu, czerpałam energię z atmosfery, którą tworzyli krzątający się kelnerzy, śmiejący się goście, ciepły wystrój i przyciemnione oświetlenie. Piłam dobre wino, zjadłam krwisty New York Steak, ugryzłam Big Big Burger.

Potem poszłam na koncert do IKSV Salon i kiwałam głową i nogą i piłam wodę mineralną, żeby nie popsuć pozostałego w ustach smaku winem z plastikowego kubeczka i kupiłam płyty i wyszłam pod parasolem prosto do metra, które jest kilka kroków dalej. I wracałam do domu, samochód mknął przez deszczowy Stambuł, przez most, przez Bosfor i słuchałam jakiejś opowieści.

I nadal nie potrafię powiedzieć jak mogłam to wszytko spierdolić kilkoma słowami.


dzień -58

W związku z tym, że dzisiaj wieczorem będę się koncertowała, bieganie było poranne. Oczywiście, nie pamiętałam o tym, gdy co 15 minut, z uporem maniaka, snoozowałam budzik. Gdy już wstałam, szybko się ogarnęłam, wypiłam kubek ciepłej wody ze świeżo wyciśniętą połówką cytryny i poooszłam. Zaspana, nierozciągnięta, nierozgrzana.

Biegło mi się fatalnie, poza tym powiększył się ból z tyłu uda, jak to ktoś ładnie opisał w internetach – taki cienki pasek od pośdladka do kolana. Najpierw wygooglałam po angielsku i diagnoza nie była trudna: nadwyrężony hamstring. Zaraz potem zaczęłam szukać w polskich internetach jak to coś się nazywa. Słownik mówi o ścięgnie udowym, ale wyniki wyszukiwania tego wyrażenia są mizerne. W większości mówi się grupie lub jakichś mięśniach.

Dlatego pozostaję z angielskimi internetami i tym, co tam znalazłam.

Opis i sposób leczenia

Ćwiczenia na rozciąganie (hamstring i nie tylko)

hamstring_stretch

Dzisiejszy dystans to 4.86km.


dzień -59

Najpierw zaległe. Zapomniałam podsumować trening.
Tydzień I – 51.34km
Tydzień II – 51.5km

Plan z poprzedniego tygodnia przenoszę na ten tydzień…
– zwrócić większą uwagę na rozgrzewkę
– skoncentrować się na odpowiednim jedzeniu
– zaplanować ciekawe miejsce na kolejny niedzielny długi bieg

Ten ostatni punkt w sumie został zrealizowany, biorąc pod uwagę, że w niedzielę startuję w zawodach w lesie pod Stambułem.

A dzisiejszy plan treningowy zaimprowizowałam. W oryginale miałam pokonać 5-6 pagórków, ale ja pokonuję, w zależności od dystansu, przynajmniej 3 pagórki codziennie. Poza tym, było takie hasło 5K – 10K pacing. Być może chodzi o to, bym 10km przebiegła w tempie 5min/1km… no cóż, na to nie jestem jeszcze gotowa, a i też przy tym terenie jest to dla mnie teraz nieosiągalne.

W związku z tym przebiegłam 7.88, pace 6.48min/km. Kalkulator tu.