dzień -1

wpis z 23 maja 2013

Mimo zaprzestania relacjonowania o postępach w treningu przed Kieratem nadal biegałam. Coprawda z przerwą na leczenie kontuzji, ale dodatkowo zaczęłam chodzić na jogę. Niemniej, to nie były przygotowania godne Kieratu. Ale  jakieś pryznajmniej były. A nie jak rok temu, że ruszyłam prosto od biurka.

W ogóle miałam zamiar być lepiej zorganizowana w tym roku, więc plecak spakowałam już w środę wieczorem, a przed popołudniowym lotem zaplanowałam hamam i wizytę u fryzjera. Wszystko miałam ładnie rozplanowane do czasu, aż nie wyszłam z domu z godzinnym opóźnieniem. Oh well, może w przyszłym roku się uda. Mimo opóźnienia dałam radę ze wszystkim, chociaż prezenty naprawdę mogłam kupić z wyprzedzeniem…

Aaabym nie musiała popijać LOTowskiego poczęstunku (bułkę twardą jak podeszwa) jednym z najpaskudniejszych win jakie kiedykolwiek piłam, wpadłam na obiad do restauracji Dürümcü Baba w Yeşilköy (dzielnica z moim fryzjerem i sąsiadująca z lotniskiem) znanej mi z okazji wcześniejszych wylotów i powrotów. Mają tam wspaniałe potrawy z grilla i bardzo chciało mi się wypić szklankę rakı do obiadu, ale nie mają licencji. I już raczej jej nie będą mieli.

DSC02722_1

Cynaderki jagnięce.

DSC02724_1

Z deseru wydłubałam tylko to zielonkawe w środku, czyli pistacje🙂

DSC02723_1

Ale za to na lotnisku wypiłam dobrego, zimnego Efesa.

DSC02725_1

Gdy już siedziałam w samolocie, pilot poinformował o oczekujących w Warszawie 10 stopniach (nie wzięłam jakiegokolwiek okrycia – oprócz na kieratową trasę). Powiedział jeszcze, że powinniśmy spodziewać się turbulencji, ale “(…) proszę mieć wiarę, że wszystko będziemy mieć pod kontrolą.” Faktycznie. Nawet udało nam się nadrobić tradycyjne już spóźnienie. A na warszawskim lotnisku czekała miła niespodzianka: mój bagaż. Nawet już nie krążył na czarnej taśmie, a leżał tuż obok.

DSC02728_1

Warszawa była ciemna, chłodna, cicha i pusta. I bardzo, bardzo zielona. Uszy przyzwyczajały się do zamiany tureckiego na polski, a język gimnastykował się przy wypowiadaniu polskich słów. Od półtora roku właściwie tylko piszę po polsku, bez mówienia. Dlatego na początku szło mi trochę drętwo – co ja czułam, a spotkane wieczorem przemiłe towarzystwo słyszało. Chociaż później to już chyba była wina wina.

DSC02731_1

Pocztówka z Polski.


3 responses to “dzień -1

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: