Monthly Archives: June 2013

jest progres

maly_skurwysynek2

maly_skurwysynek1

Advertisements

przeprawa

Miałam ze sobą plecak, zawsze noszę plecak. Czasami ten plecak w ogóle nie pasuje, bo chcę założyć sukienkę lub spódnicę, sandały może na obcasie, ale to wygląda tak, że jeszcze by tylko brakowało tych cielistych podkolanówek za 2zł. A z torbą na ramię jakoś nigdy mi nie wyszło.

No ale wtedy miałam plecak, spodnie jakieś i trampki, czyli wygodnie. I anonimowo, nikt na mnie nie zwraca uwagi. Bo kogo interesuje jakaś dziewczyna, może młoda, może stara, trudno powiedzieć. Mam odpowiedni kolor włosów, potrafię się też ładnie uśmiechnąć. Ale gdy idę ulicą, widać sznurówki niezawiązane, jakiś t-shirt, jakieś szczątki lub w ogóle brak makijażu ograniczającego się do tuszu na rzęsach, pot na czole.

W każdym razie chciałam przedostać się na drugą stronę rzeki, ale było już późno. Z innymi, którzy też chcieli, poszukałam schronienia w tym budynku, chyba jakimś centrum handlowe. Tak, chyba centrum handlowe, bo po jakimś czasie kręcenia się – nie wiem ile to było czasu – zaczęłam zbliżać się do stoisk typowych dla food court.

Niby się wszyscy już zwijali, ale z daleka namierzył mnie jeden ze sprzedawców i nawoływał – jak na tureckim targu. Nalał mi na płaski talerz jakąś czarną ciecz, wyglądała jak sos sojowy. Tak niezgrabnie ten talerz chwyciłam, że wlała mi się ta ciesz do laptopa. Nie wiem skąd on się wziął – był otwarty, włączony, działający. A wlało się tak dokładnie w złącze między ekranem, a tą częścią z całą elektroniką i klawiaturą – jakimś wąskim przesmykiem. I ani kropli w około.

Laptop przestał działać, zniknął tak szybko jak się pojawił, a ja byłam nadal głodna, mimo że przed chwilą zjadłam coś wielkiego. Nie wiem co, bo nadal miałam w pamięci tylko tę czarną ciecz i próbowałam to wyjaśnić sprzedawcy z tego samego stoiska, który nieskrycie dziwił się, że byłam nadal głodna.

I dziwne, że to u niego zamówiłam kolejne danie i że to z nim rozmawiałam, bo mogłabym przysiąc na cokolwiek jest mi drogie w życiu, że podeszłam do zupełnie innego stoiska szukając zupełnie innej potrawy. Dzwoniłam też do ciebie, że będę jutro rano. Nie wiem, czy mówiłam prawdę. Chyba kłamałam.

Potem już leżałam na piętrze, próbowałam spać. Było jasno jak za dnia, mimo, że był środek nocy. A może było już rano? Byłam otoczona jakimś marginesem społecznym, wiecznie pijanymi kobietami z szarymi włosami i szarymi twarzami, z dziurami w skórze jak po ospie.

Jedna z nich nagle pojawiła się obok mnie, przypełzła jak ta obrzydliwa biała larwa muchy i wymamrotała, że musi zapalić. Wydawało się jej, że może mam ukrytą paczkę w tylnych kieszeniach jeansowych spodni – takie diyshorty do kolan, ostatnio nosiłam takie w 1997 w Kanadzie. No i ona zaczęła się na mnie wgramalać i szperać po kieszeniach i urwała mi te dwie na pośladkach tak do połowy szukając tej paczki papierosów, której nie było, bo przecież nie palę.

Musiałam wyjść, inaczej stałoby się coś złego, tak czułam. Na parterze nie było ciekawiej. Ludzie uciekali przed ochroną lub policją, nie wiem, ale ja też uciekałam, bo nagle pojawił się obok mnie pocisk z gazem. Po podłodze rozchodziła się chmura dymu, a ja biegłam. Nie miałam maski, ale też nie broniłam się przed wdychaniem. Chciałam poczuć ten ból, to pieczenie. Słyszałam od innych, że w tym dymie czujesz się, jakbyś miał umrzeć i ja chciałam to poczuć. Nawet się na chwilę zatrzymałam, żeby mi nic nie umknęło.

Wydostałam się na ulicę i szłam w kierunku mostu. Weszłam na górę po schodach. Chciałam przejść przez ulicę na moście, jakby to wytłumaczyć – żeby iść nie po jego południowym chodniku, ale po północnym. Przejście, które mnie interesowało, znajdowało się w pomieszczeniu, jakby muzeum technicznym z eksponatami sprzed wojny, tej pierwszej. Duże koła zębate wprawiające w ruch kolejne machiny.

Najpierw musiałam przejść przez bramki z takim obrotowymi ramionami, jak do metra, albo jeszcze trafniej – jak do mojego biura. Tylko, że te ramiona były wąsko rozstawione i wykończone fantazyjnymi koronkami wykutymi w metalu. Trochę się bałam, że przebiją się przez ubranie, porwą skórę. Ale jakoś dałam radę.

Potem kolej na przeskoczenie nad mniejwięcej metrową dziurą w podłodze, prowadzącą prosto do rzeki, gdyby w nią spaść. Przede mną dziewczyna dała radę, całkiem zgrabnie. A działało to tak, że był mechanizm, który co chwila wysuwał spod podłogi mały pomost, który zakrywał dziurę i można było po nim przejść. Ale trzeba było wyliczyć odpowiednio kroki, bo mogło być tak, że ten pomost właśnie skończy swój obrót i zamiast pomostu pod stopą pojawi się dziura.

Udało mi się przejść, ale ledwo ledwo. Poza tym, przechodząc złapałam dla wsparcia ręką za jakiś inny ruchomy element, który prawie przyciął mi palce i ten pan co nadzorował przejście popatrzył na mnie z dezaprobatą.

Dalej, dziwnie jakoś tak, ale przejście wiodło schodami w dół przez jakieś studio lub mieszkanie nieznanych mi pięknych i młodych, modnych i przeintelektualizowanych jak na moje możliwości ludzi. Niespostrzeżona minęłam ich siedzących na sofie i fotelach, z drinkami w dłoniach i na ławie, pogrążonych w jakiejś ważnej dyskusji.

Weszłam po schodach na górę i znalazłam się na zewnątrz, na umownie północnym chodniku mostu. Wiał wiatr, na plecach miałam plecak.


dzień -144

Ok, żart. Jak już pisałam, nie będzie przynudzania relacji z treningów. Raz na miesiąc tylko zapodam plan treningowy, gdyby ktoś chciał skorzystać. Sama nie wymyśliłam, wzięłam stąd.

Eurasia_June_Training_2013


w poprzednich życiach musiałam nieźle nabroić, że teraz sobie takie kary zadaję

Eurasia_reg_2013


uzupełnienie

Najpierw chciałam publicznie i oficjalnie podziękować panu Samolotowi von Fluzeug za udzielenie pomocy w wyborze mojego nowego osobistego laptoka i przede wszystkim wykazanie olbrzymiej cierpliwości 🙂 Dzię-ku-je-my! :*

Dotychczas korzystałam z służbowego i borykałam się z wieloma ograniczeniami. Np. nie mogłam ilustrować moich fascynujących relacji z treningu wykresami z Garmina (dlatego zaprzestałam w pewnym momencie relacjonować i nieprawdą jest jakoby powodem ku temu byłoby znudzone westchnięcie pana Ooops 😉 ).

Chciałam tylko zilustrować trasę Kieratu 2013. A w sumie część, bo bateria wytrzymała tylko do niecałej połowy trasy. Laps na trasie to punkty kontrolne. Nie wszystkie mi się odkliknęło w odpowiednim momencie, nie miałam jakoś do tego głowy, ale na oko jest ok. Widać też przewyższenia, dla przypomnienia – w tym roku było ich w sumie 3500m.

kierat_map_2013

kierat_elevation_2013


jeszcze na fali dystansu i patrzenia z boku

To o tej nieszczęsnej czerwonej szmince. Artykuł na stronie holenderskiej dziennikarki mieszkającej w Turcji. Pisze na różne wrażliwe tematy, więc czasem jej strona jest niedostępna. Wtedy odłożyć na kupkę do przeczytania później.

http://www.journalistinturkey.com/blogs/lipstick_3801/


dzisiaj istiklal

Taki specjalny dzień dzisiaj, bo wyszłam z tzw. pudełka i spotkałam się z Poloniom. I to tak od razu na głęboką wodę, bo nie tylko jedną Polonkę, ale aż trzy i dwóch Polonów spotkałam. Tak, na głęboką wodę. Tak. Żyję, dziękuję za troskę.

Ignorując zapowiedzi kolejnego zgromadzenia na Taksim o 7pm, zaryzykowałam i zdecydowałam się na spotkanie na Istiklal Cd., czyli na głównym deptaku prowadzącym do placu Taskim i parku Gezi. Szłam od Galata, czyli od B do A.

galata_istiklal_taksim

Przez 3/4 drogi było spokojnie, lokalesi i turyści. Relaks. Jednak im bliżej Taksim, tym więcej się działo. Minęły mnie grupki skandujące swoje hasła, cztery osoby z tęczową flagą. I słyszałam gwizdy ze strony Taksim. Złowieszcze gwizdy.

Ale nadzieja matką głupich, więc cały czas oczami wyobraźni widziałam całkiem przyjemny wieczór (pzypomnę: protesty i Polonia, to nie może się dobrze skończyć) i bezpieczną podróż powrotną dolmuşem do Azji.

Moją Polonkę rozpoznałam od razu, ale na wszelki wypadek tylko gapiłam się w nią intensywnie, ona z resztą we mnie też, ale w dodatku zmarszczyła brwi i z szelmowskim uśmiechem rzuciła sorry, i am just waiting for someone. No to ja, że me too i ona koszyczek? i ja, że tak i w ogóle super.

Tutaj taka dygresja. Umówiłyśmy się na spotkanie i koleżanka Polonka zaproponowała Mango jako punkt spotkania. Pytam w domu ty wiesz, to mango to jakiś sklep z ciuchami? bo ja nie wiem i usłyszałam pełne niedowierzania i z lekka oburzonym głosem ej no weeeźźź nie przesadzaj, to jest międzynarodowy brand…

…i jeszcze taka zupełnie inna dygresja: a ten komentarz to od mojego wujka, on jest bratem ciotecznym mojego taty – jak kuzyn…  tłumaczę HAHAHAHA co za bzdura. No to pytam kim w takim razie jest kuzyn mojego taty? i słyszę to tylko krewny, ale nie twój wujek. Wujek to rodzony brat ojca, HAHAHAHA…. (odpalam wikipedię) HAHAHAHAHA no co za bzdura!

Ale wracając do: poszłyśmy do pubu nieopodal. Pozwolę sobie przedstawić gdzie i jak.

escape_from_urban

Boczna uliczka od Istiklal w kształcie spłaszczonej podkowy, a tam bardzo fajnie zlokalizowany pub, przechodziłam wielokrotnie, a dopiero w domu mi się przypomniało, że nawet raz się zatrzymałam tam na piwo. Przyjemnie, bo uliczka taka zauliczka, ludzie siedzą na zewnątrz na krzesłach albo na ziemi z poduszkami pod siedzeniem, a nad uliczką rośnie jakaś roślinność i tworzy zielony dach. Słowem – relaks.

Zamówiłyśmy po małej butelce Efesa, gadu gadu, pierdu pierdu, ale jednocześnie nasłuchiwałyśmy odgłosów z Istiklal. Nie brzmiały optymistycznie. Zdecydowałyśmy się przedostać już teraz, jak najszybciej, do Azji. Koleżanka Polonka zakotwiczy się u znajomych, również Polonków, a ja zostanę eskortowana do domu przez zatroskanego przyjaciela Turka. Ale to później.

Najpierw w lekkiej panice piłyśmy piwo i obserwowałyśmy jakby wzmożony ruch na naszej małej uliczce. Zapłaciłyśmy i poszłyśmy w prawo; miałyśmy dojść do Istiklal i do punktu A (patrz: pierwsza mapa) i dalej do portu. Jednak gdy tylko zobaczyłyśmy Istiklal, zobaczyłyśmy też sławetne białe kaski przepracowanej policji i zarządziłyśmy natychmiastowy odwrót. Na szczęście od naszej malej uliczki odbiegała jeszcze jedna, w stronę Bosforu (ta żółta w dół).

No to tak pi razy oko tyle adrenaliny, nic się nie stało (nam). Potem to już tylko podróż promem przez Bosfor wraz ze skandującym tłumem, wdrapywanie się ciemną i stromą klatką schodową na dachowy taras kadiköyjskiego mieszkania, zażegnane zagrożenie wysłuchania łyski moja żono i jednak pełne ulgi ufff, że Polonia Polonii nierówna. Był też jeden pan Turek, który przybył właśnie z Taksim i poinformował, że tym razem z armatek puszczali czystą wodę. Na pewno ze względu na upał – kiedyś widziałam takie kurtyny wodne w Warszawie, gdy spragnieni słońca Polacy uciekali przed upałem: