Monthly Archives: August 2013

midyat, miasto bez puenty

Wcześniej tego dnia Hasankeyf, a w ostatnich dniach Diyarbakır i Mardin.

Z Hasankeyf wsiadłam do minibusu jadącego do Midyat. Jazda jak jazda, jedyną rozrywką (oprócz widoków na wysuszoną ziemię tu i ówdzie upaćkaną równie suchymi krzakami – jak na westernach) była rozwścieczona matrona ubrana w czarną szatę zasłaniającą całe jej ciało oprócz twarzy. Tzn. nie wiedziałam, że jest rozwścieczona, do czasu gdy nie wysiadła. Wtedy otworzyła ciasno zaciśnięte usta, a jej twarz wykrzywił grymas, jakby od bólu rodzenia gromadzącego się w niej jadu. Opluła nim kierowcę wyciągającego jej bagaż, na powitanie spoliczkowała syna (wnuka?) czekającego na nią na przystanku z resztą młodzieży. W minibusie nikt się nie odzywał. – Ne oldu? (co się stało) Rozładowałam atmosferę. A… kierowca się spóźnił coś tam coś tam.

DSCF1016_Midyat

Devlet Konuk Evi, zasłynął dzięki scenom z tureckiej opery mydlanej.

DSCF1018_Midyat

DSCF1026_Midyat

Szalenie podoba mi się prostota połączenia drewna z kamieniem.

W Midyat poszło dosyć sprawnie. Po 2h byłam gotowa wracać do Mardin. Dla pewności, stojąc na tarasie widokowym całkiem fajnej chałupy, zapytałam innych tureckich turystów czy to wszystko. Niby tak. No to nic tu po mnie. Zwiedzanie Hasankeyf w samo południe mnie wykończyło. Żałowałam wtedy, że nie wzięłam niczego z długim rękawem, żebym słońce przestało parzyć mnie w skórę. W Hasankeyf widziałam też plączącą się samotną turystkę, Brytyjka albo Amerykanka. W każdym razie nie wyglądała świeżo i gdy ją ponownie zobaczyłam na dworcu autobusowym w Midyat, miałam wrażenie, że panujące tutaj warunki wykończyły ją jak mnie.

DSCF1019_Midyat

Sypialnia.

DSCF1023_Midyat

Wieczorem spotkałam ją ponownie w autobusie miejskim w Mardin. Amerykanka, mieszka w Stambule, uczy angielskiego. Ja jechałam do hotelu – ona, nie wiedziałam dokąd, ona z resztą też nie. Zwiedzała okolicę, a nocowała najpierw u znajomych jej znajomego, potem u znajomych tamtych znajomych i tak dalej. Nie była pewna, czy w Mardin też się tak uda – czekała na kontakt. – Chodź, poczekaj ze mną. Mam wino, możemy wypić na dziedzińcu mojego hotelu, zaproponowałam podstępnie. Białe, słodkie jak ulęgałka, dodałam w myślach, sama nie dam rady.

DSCF1022_Midyat

DSCF1024_Midyat

Mor Sarbel, syryjski kościół prawosławny.

Zgadałyśmy się, że trafiłyśmy w internetach na te same bzdury o Midyat i szukałyśmy nie wiadomo czego, pozostałyśmy rozczarowane (chociaż z mojego punktu widzenia to nie rozczarowanie samym miastem, a raczej rozbuchanymi obietnicami głupich internetów). Potem zadzwonił znajomy znajomych znajomego i wyszłyśmy poczekać na niego przed hotel. I tak czekałyśmy i czekałyśmy, w międzyczasie poszłam do okupowanego wieczorową porą przez mężczyzn çay bahçesi vis à vis i poprosiłam o tacę z dwoma herbatami. I tak stałyśmy przed hotelem, żeby przypadkiem nie umknął nam człowiek, na którego czekałyśmy, ale którego twarz była nam nieznana.

DSCF1008_Midyat

DSCF1009_Midyat

DSCF1010_Midyat

Wszechobecne piece.

Wracając do Midyat: podobnie jak w Diyarbakır, chociaż na mniejszą skalę, i tam dzieci pragną dorobić na oprowadzaniu. Dorośli im w tym pomagają. I tak, gdy zapytałam mężczyznę o drogę do dworca autobusowego, zawołał dwie dziewczynki kręcące się w okolicy. Tak właśnie, chcą nie chcąc, zatrudniłam przewodników. Jednym z nich była dziewczynka z jasnymi włosami i wesołymi oczami, z których płynął naturalny spokój i nieskrępowanie. Po drodze minęłyśmy grupę chłopaków zdecydowanie w wieku pomaturalnym, z którymi nawiązała jakąś żartobliwą rozmowę (po kurdyjsku).

DSCF1021_Midyat

Rzymska księżniczka.

DSCF1011_Midyat

Na zdjęciu nie widać, ale pani w bordowym ma tatuaże na brodzie i czole. Sporo tak oznakowanych kobiet widywałam na południowym wschodzie Turcji. Pozdrowiłam je, chwilę porozmawiałyśmy i odeszłam. Zaraz potem wróciłam i zapytałam, czy mogę zrobić zdjęcie. Dobra lekcja asertywności.

DSCF1025_Midyat

Na dworcu im podziękowałam (nie chciałam dawać pieniędzy), ale nie odchodziły. Wypytały kierownika dworca o mój autobus, wskazały mnie jako pasażera i nadal się kręciły. Zaczęłam przeglądać zdjęcia, zaglądały mi przez ramię, to im opowiadałam co tam napstrykałam. A w międzyczasie zdecydowałam, że dam po piątaku – nie wiem czy dużo czy mało za niechcianą usługę. Zapytałam czy chcą pieniądze. Pokręciła przecząco głową, co mnie zaskoczyło. Po jakimś czasie wyszły na chwilę. Po powrocie moja jasnowłosa przewodniczka powiedziała: abla, moja koleżanka chce pieniądze. No to dałam. Tej co chciała.

Potem przyjechał minibus, zajęłam dobre miejsce i czekałam na odjazd. Dziewczynki czekały ze mną. I w końcu ta jasnowłosa też poprosiła o swoją dolę. Stojący obok niej starszy chłopak zapytał ile dostały. Powiedziały. A ja nadal nie wiem czy dużo czy mało za taką niechcianą usługę.

DSCF1027_Midyat

Bardziej od towaru w sklepie z pamiątkami zainteresowało mnie zaplecze. Zawsze gotowe na sjestę.

DSCF1031_Midyat

Biuro dworca autobusowego i mini europaleta do modlitwy.

Droga do Mardin znowu prowadziła przez wysuszone pola i wioski z kilkoma kwadratowymi domami przy ulicy, niektóre z piaskowca,  przypominające te w Mardin, inne jak te w Radomiu lub Kielcach. Jazda jak jazda, jedyną rozrywką było starcie między kierowcą, a młodym, nowocześnie wyglądającymi chłopakiem. Rozłożenie sił było wyjątkowo nierówne. Kierowca, z grubym wąsem i koszulą rozpiętą pod szyją na dwa-trzy guziki, wyglądał jak İbrahim Tatlıses i był bezsprzecznie wielkim miłośnikiem głośnej muzyki w wykonaniu właśnie tegoż İbrahima Tatlısesa oraz innych utworów przypominających, że na tym terenie kultura arabska jest bardzo obecna.

DSCF1034_Midyat

Głośnik z muzyką był tuż nade mną, a młody siedział o dwa miejsca dalej. Niemniej, cierpiał. Bardzo. W międzyczasie kierowca wywijał dłonią w rytm muzyki przez otwarte okno, nucąc pod nosem. Ci wszyscy pasażerowie, którzy przekrzykiwali hałas chcąc zasygnalizować chęć opuszczenia minibusu, zmuszali do chwilowego ściszania ukochanej muzyki. To chyba tylko jego dobre serce, że nie zatrzymał pojazdu przy drodze i nie zażądał tańca z męską załogą przy zachodzącym słońcu.

Młody mógł wygrać pojedynek, ewentualnie zremisować. Mógł medytować, próbować wejść w fazę zen, pozostać w minibusie ciałem, a duchem i umysłem bujać w obłokach. Mógł myśleć o mardińskich fioletowych migdałach. Ale nie, on przegrał, bo poprosił o ściszenie muzyki. Od tego czasu, palce prawej dłoni kierowcy pieściły pokrętło głośności, ale głównie w prawą stronę. Młody nie wyrabiał, trzymał głowę w dłoniach, desperacko rzucał kolejne prośby, a kierowca tylko patrzył w lusterko, w jego oczach złośliwa radość.

DSCF1028_Midyat

Zgodnie ze standardami moralności tylko oczy.

DSCF1033_Midyat

Ręcznikowe wyznanie miłości.

– Kierowca cię bardzo lubi – rozładowałam atmosferę. Zaśmiała się dziewczyna siedząca obok mnie, ale co najważniejsze – zaśmiał się młody, co nie umknęło uwadze kierowcy. Zaciekawiony odwrócił się z pytaniem co jest. Młody z uśmiechem na twarzy powtórzył co powiedziałam. Jakoś potem już było raźniej – kierowcy, któremu raźno było od samego początku i młodemu, którego z dziewczyną wciągnęłyśmy do rozmowy (o wojsku, durnym zwyczaju użyźniania ziemi pożarami, nowym dworcu autobusowym i rosnącym Mardinie).

Advertisements

hasankeyf – miejsce, którego nie będzie

Wcześniej Diyarbakır i Mardin. Więcej zdjęć na flickr.

Hasankeyf, miejsce nieprzerwanie zamieszkane od 9-12 tysięcy lat (w zależności od źródeł). Począwszy od ery neolitycznej było to miejsce dla wielu kultur: Sumerów, Akadyjczyków, Babilończyków i Asyryjczyków, Cesarstwa Rzymskiego i Bizancjum, przedislamskich Arabów, Artukidów, Ajjubidów, Mongołów, Imperium Osmańskiego. Obecna Turcja przerywa ten cykl. Już wkrótce Hasankeyf wraz z obecnymi śladami wymienionych kultur przestanie istnieć.

Zapora Ilısu i sztuczny zalew o pojemności 10,4 mld metrów sześciennych zaleje na przestrzeni 400km jeden z najbardziej zróżnicowanych ekosystemów rzecznych na świecie. Ten projekt nie tylko wpłynie na środowisko na terenie Turcji, ale również tak daleko jak bagna mezopotamskie Barsa w Iraku, które zostały zrekonstruowane (i powoli wracają do życia) po wcześniejszym osuszeniu przez rząd iracki. Zapora ograniczy przepływ wody do Iraku i Syrii, których rolnictwo jest uzależnione od corocznych powodzi zalewających te tereny (Turcja twierdzi, że projekt “ochroni” rolników przed tymi powodziami). To może doprowadzić do kolejnego konfliktu w regionie.

Ale rząd turecki może o tym nie wiedzieć. Nie zlecił żadnej analizy oddziaływania projektu na środowisko. W styczniu 2013 Izba Architektów
i Inżynierów wydała decyzję o wstrzymaniu prac nad zaporą, gdyż brak ww. analizy czyni budowę niezgodną z prawem. Rząd jednak sobie z tym poradził: zmienił prawo. Nie zostały też rozpatrzone opcje wykorzystania źródeł energii odnawialnej jak słoneczna lub wiatru, które być może przyniosłyby większy zysk ekonomiczny bez szkód dla środowiska, społeczeństwa i dziedzictwa kulturowego.

Nota bene, to jest ta sama Izba Architektów i Inżynierów, która sprzeciwiała się planom urbanistycznym w tzw. parku Gezi. Dotychczas, wszelkie projekty budowalne musiały być z Izbą konsultowane, a jej decyzje respektowane. Po protestach w parku Gezi rząd zemścił się na Izbie i ponownie zmieniając prawo, zlikwidował jej udział w opiniowaniu projektów.

3000 mieszkańców Hasankeyf zostanie przesiedlonych. Szacuje się, że liczba osób dotknięta tym projektem wyniesie 78 000 (wg. rządu 25 000). Jednak program przesiedlenia nadal jest niejasny i był jednym z wielu (obok braku analizy oddziaływania na środowisko), dla których zostały wycofane fundusze zagraniczne. Najprawdopodobniej zostaną wybudowane osiedla na peryferiach okolicznych miast, tworząc swoiste getta.

Jednym z zarzutów pod adresem rządu jest też chęć zniszczenia kurdyjskiej spuścizny kulturowej.

Rząd turecki twierdzi, że miejsce zyska na atrakcjach turystycznych.
20% z obecnych zabytków zostanie przeniesiona w inne miejsce. Powstaną szkoły turystyczne (cokolwiek się za tym kryje), hotele, szpitale i park kultury. Dzięki sztucznemu zalewowi będzie można uprawiać turystykę wodną, w tym nurkowanie w celu zwiedzania zalanych zabytków. Powstanie też oczywiście centrum handlowe, kolejny z serii pomników obecnej władzy.

Polecam film dokumentalny o dwóch powstających zaporach, jedną z nich jest zapora Ilısu i ten ciekawy artykuł.

DSCF0931_Hkeyf

Gdzieś w połowie drogi do Hasankeyf poddałam się żarowi lejącemu się z nieba i odleciałam
w nieprzytomny sen. Chłopak siedzący obok mnie obudził mnie gdy był już czas na wysiadanie. Powoli dochodziłam do siebie stojąc w centrum Hasankeyf, przy głównej drodze, pod słońcem
w samo południe. Usiadłam przy stoliku jednej z herbaciarni zdominowanych przez męskie towarzystwo. Herbata pomogła mi się obudzić. Gdy rozglądałam się po okolicy, podszedł do mnie starszy pan sprzedający owoce po drugiej stornie ulicy. Położył na stole figi i winogrona, machnął ręką i mruknął coś pod nosem na moje pełne zaskoczenia teşekkürler i wrócił do swoich skrzyni
z owocami.

DSCF0933_Hkeyf

Zabytki czekały, ale jedzenie najważniejsze. Chciałam uniknąć turystycznych pułapek i zatrzymałam się w jednej z kilku jadłodajni przy głównej drodze. Gotowe dania kusiły, musiały być akurat przygotowane – pora obiadowa właśnie się zaczynała. Nie mogąc jak zwykle zdecydować się na jedno, poprosiłam o trochę tego i tamtego. Jagnięcina, patlıcan kebabı (kebap z bakłażanem), pilaw. Właściciel zachwalał domowe jedzenie przygotowane przez jego żonę, zachęcał też do sałatki, którą sam przygotował. A, jak tak, to nie mogłam odmówić.

DSCF0935_Hkeyf

Tu restauracja Nehir Lokantası. Gdy składałam zamówienie, zapytałam o cenę. Czytałam relację
w internetach jak to ktoś nie zapytał i potem płakał, ale to było w tych turystycznych miejscach. Ale lepiej dmuchać na zimne. Właściciel przekrzywił głowę, zmrużył oko, hmmmmnął i w końcu zapytał: jesteś studentką? Nie? Wyczułam jakby zakłopotanie w jego śmiechu i w końcu usłyszałam: 12TL. Gdy już zjadłam i zapłaciłam nie było mowy o wyjściu tak po prostu. Usiadłam przy stoliku z jego żoną, która wyjęła kilkunastostronicową broszurę ze zdjęciami Hasankeyf i zaczęła opowiadać
o miejscach, które później miałam zobaczyć, ale i tych, które są już niedostępne dla zwiedzających. Mówiła, że rok, dwa lata temu nikt nie słyszał o Hasankeyf, turystów było niewielu. Czy wiedzą dokąd pójdą? W końcu zapora ma być otwarta w 2014. Kismet (los) – padła odpowiedź. Nie wiedzą. A co lokalni mówią – chcą? nie chcą? Ale temat jest zamknięty, nie ma o czym mówić – usłyszałam
i zobaczyłam typowy gest dla “pozamiatanej sprawy”, którym jest otrzepanie rąk jedna o drugą. Ona sama jest z Urfy – ucieszyła się, gdy powiedziałam, że to mój kolejny cel.

DSCF0936_Hkeyf

Do jaskiń i zamku prowadzi droga przez tandetny bazar, a na końcu dosłownie przez jedną
z restauracji. Potem już tylko odgrodzony zamek i jaskinie, wszędzie ostrzeżenia przed spadającymi skałami. Pokręciłam się tam, gdzie można było się wcisnąć, potem jeszcze wzdłuż wąwozu. To tam wypiłam ayran z glinianego dzbana, który chyba miał mnie męczyć jeszcze tydzień po powrocie do domu.

DSCF0948_Hkeyf

W środku jaskini nowoczesna wanna z nowymi płytkami.

DSCF0973_Hkeyf

DSCF0986_Hkeyf

DSCF0965_Hkeyf

DSCF0978_Hkeyf

DSCF0982_Hkeyf

DSCF0962_Hkeyf

W domach nie ma pieców. Są one na zewnątrz, często wykorzystywane przez kilka rodzin mieszających w sąsiedztwie.

DSCF0996_Hkeyf

DSCF0961_Hkeyf

Tu jednak widać, że za tymi murami, w podwórzu jednego z domów jest własny piec.

DSCF1003_Hkeyf

Czekając na autobus do Midyat gadałam z tymi dwoma panami. To ten po prawej przywitał mnie owocami. Przeniósł swój stragan na drugą stronę ulicy podążając za cieniem. Jedno ze standardowych pytań, to czy mam męża. Odpowiedź na tak jest bardzo praktyczna, ale niestety – bez obrączki nikt mi nie wierzy, od razu patrzą a dłonie, a ja się czuję zmieszana. Zaczęłam zatem mówić, że mam erkek arkadaş, czyli chłopaka. To już łatwiej łyknąć, ale jednak jest to kiepska historia do opowiadania konserwatywnej części muzułmańskiego społeczeństwa. I tak, pan po lewej powiedział – oho, ślubu nie ma, ale erkek arkadaş jest, więc zaczęłam natychmiast zmyślać, że za trzy miesiące ślub. Chyba mi nie uwierzył, za to pan od fig, po prawej, w swojej naturalnej pochmurności zmarszczył czoło i chyba się nawet lekko zdenerwował, że co to za chłopak, który pozwala jeździć dziewczynie samej. Tu wystrzeliłam kolejną historyjkę, że miał przyjechać, ale
w ostatniej chwili praca itd. itp. Natomiast wcześniej, gdy fociłam wejście do jednego z meczetów, zostałam zagajona przez wychodzącego z niego pana. A co tu robię, skąd jestem, czy mam męża. Nie, ale ślub będzie za trzy miesiące. Turek? Tak. A to cudownie, zostaniesz muzułmanką! Jak masz na imię? Koszyczek. A to będziesz… chwila zastanowienia… Zeynep!


mardin, miasto na wzgórzu

Dzień wcześniej Diyarbakır. Więcej zdjęć z Mardin tutaj.

Z Diyarbakır wyjechałam o 9.10am, podróż minibusem trwała niecałe półtorej godziny. Po drodze pierwszy raz widziałam wojskowe punkty kontrolne. Nas nie zatrzymali, ale inne samochody tak.

DSCF0841_Mardin

Siedziałam obok kierowcy. Zbyt blisko i chyba wykorzystywał to przy zmianie biegów, wtedy mógł mnie niechcący musnąć kciukiem po udzie. Z prawej strony siedział chłopak, który spał całą drogę. Ściupciałam się w sobie jak mogłam, bolało mnie kolano i drętwiała stopa.

DSCF0836_Mardin

Kierowca robił się coraz śmielszy w rozmowie. Że trochę chyba mi się przytyło w Turcji, ale wyszło mi to na korzyść (!), czy wszystkie kobiety w Polsce mają blond włosy, czy mam niebieskie oczy (kiedyś na targu sprzedawca zapytał mnie czy mogę zdjąć okulary słoneczne, bo chce zobaczyć kolor moich oczu).

DSCF0883_Mardin

To jest tak, że jak już zaczną gadać, to po jakimś czasie się rozkręcają i przestają ukrywać prawdziwe motywy. Są bezpośredni. W ich głowach, zachodnia kobieta to łatwa kobieta. Można sobie pozwolić na dużo więcej, można powiedzieć to, czego nie mówi się tureckim kobietom. Dlatego rozmawiam tak, by cały czas zachować dystans – w razie potrzeby będę mogła łatwo wycofać się z rozmowy. Mogłabym w ogóle nie rozmawiać, ale nie mogę sobie odmówić.

DSCF0810_Mardin

Tam gdzie byłam widziałam niewiele kobiet, a z tych, które są, nie wszystkie chętnie się otwierają, zwłaszcza do takiej z ich punktu widzenia dziwaczki jak ja. Dlatego muszę nauczyć się stawiać barierę pomiędzy mną a mężczyznami, która pozwoli na rozmowę bez naruszania mojego komfortu. Chociaż jak trafiają do tureckich mediów informacje o Polce, która chce podróżować po świecie i przespać się z 100.000 mężczyznami, to chyba trochę trudno będzie.

DSCF0840_Mardiin

Deyrülzafaran

Gdy byliśmy już w Mardin, kierowca zdenerwował pasażerów zmieniając trasę w mieście. Okazało się, że zrobił to, by wyjechać na trasę do Midyat, mojego jutrzejszego celu.

– Nie jedziesz tam teraz? Bardzo rozczarowany. A ja specjalnie dla Ciebie w to miejsce przyjechałem. Razem byśmy pojechali.

DSCF0866_Mardin

Wysiadłam gdzieś na obrzeżach miasta. Zapewne by uczcić mój przyjazd, tubylcy zarżnęli kozę na przystanku autobusowym. Niestety, jakiś dzieciak uciekł z jej głową. Zupy nie będzie. Zatem czekałam na autobus miejski, który mnie zabierze do centrum.

DSCF0861_Mardin

Też takie gały zrobiłam na fioletowe migdały. Nie udało mi się dowiedzieć dlaczego taki kolor. Bo to z Mardin, taka odpowiedź powinna wystarczyć.

W autobusie ciemnorudy, a raczej miedziany chłopak zbierał pieniądze i przestawiał pasażerów z jednego kąta do drugiego, wskazywał wolne miejsca. Ma 23 lata i już był w wojsku. To ważny etap w życiu tureckiego mężczyzny, bo tu ze służby można już nie wrócić jeżeli trafi się do zagrożonego regionu – przynajmniej tak było gdy bojówki PKK były w pełni aktywne. Zadał standardowy zestaw pytań (już bez telefonu) i poinformował, że jest arabem. Że też yabancı (obcy) i zaśmiał się do mężczyzny obok, wszyscy jesteśmy tu yabancı. A ten mężczyzna był ciekawy kim jestem, ale nie rozmawiał ze mną bezpośrednio. Dopiero pod koniec podróży zdecydował się na mnie spojrzeć i lekko uśmiechnąć.

DSCF0846_Mardin

Flaki, wątroba, nie wiem co tam jeszcze. Przed sklepem, w misce z wodą, w około czterdziestostopniowym upale, w towarzystwie chmary much. Zapach powalał. Ale zaraz przypomina mi się opowieść o moim dalekim wujku, który mawiał, że mięso jada gdy już lekko śmierdzi. To musiał być bardzo daleki krewny.

W autobusie siedziały też dwie starsze kobiety, jedna przyjazna i ciekawa mnie – przyglądała się, pytała. Druga mniej. Nie wiem o czym rozmawiały i czy po arabsku czy kurdyjsku, ale ta nieprzyjazna wydawała się mówić coś nieprzychylnego. Czasem sobie myślę o takich kobietach co za czarownica, ale zaraz mi przechodzi – jak sobie spróbuję wyobrazić jakie te kobiety mają tu życie, to się wcale nie dziwię, że można być zgorzkniałym i psioczyć na wszystko w około.

DSCF0865_Mardin

Tak jak w Diyarbakır i tutaj popularny jest sok z korzenia lukrecji. Tu: sprzedaż obnośna.

Sam Mardin jest niesamowity. Położony na szczycie, wtapia się w kolorystycznie monotonne beżowe tło. Widok z daleka nie zapowiada wrażeń, jakie daje bliskie spotkanie. A w Mardin jest tak, że można zgubić się labiryncie małych uliczek. Mają swoje nazwy, ale też dla ułatwienia numery. I tak, mimo mapy, w pewnym momencie przestałam szukać drogi do kolejnego zabytku i starałam się chodzić o prawej do lewej, od lewej do prawej.

DSCF0882_Mardin

W ostatnich latach do Mardin zaczęło przyjeżdżać coraz więcej turystów (głównie tureckich) ze względu na stabilizującą się sytuację z bojownikami PKK. Miasto przeszło szereg zabiegów restauracyjnych (nie mylić z restauracjami) i wygląda jak z żurnalu. Powstało mnóstwo hoteli ulokowanych w przepięknie odnowionych domach wykupionych przez firmy od zwykłych ludzi. Ci z kolei przeprowadzają się do nowego Mardin. Z resztą nowe miasto rośnie. Młoda dziewczyna w autobusie pokazała mi gdzie właśnie budują nowy dworzec autobusowy. Daleko od miasta, mówię. Ale za 2-3 lata miasto dojdzie do dworca, mówi. Są też podejmowane starania, by uczynić z Mardin centrum kultury regionu. Swoją siedzibę ma tutaj Galeria Sabancı, jest uniwersytet (chociaż trudno mi powiedzieć jaka jest jakość nauczania). Mardin walczy o wpisanie na listę UNESCO.

DSCF0885_Mardin

To tutaj podczas mojego kilkudniowego wypadu do południowowschodniej Turcji zaczęłam tracić kontakt z rzeczywistością. Chodzi o to, że to co widziałam było mi obce w kontekście prawdziwego życia. Architektura, język (dużo arabskiego), osiołki jako forma transportu, stroje ludzi i ich rysy twarzy znałam z filmów, zdjęć. Teraz to widziałam i słyszałam, czułam się jak w bajce. To wszystko oraz lejący się żar z nieba powodowało, że chodziłam po Mardin jak pijana.

DSCF0893_Mardin

Ser? Nie, mydło.

Nie docierało do mnie, że tutaj toczy się normalne życie, czasem, a raczej często, ciężkie życie pełne trudu bez perspektyw na łatwiejsze. Niemniej, ludzie są dumni ze swojego miasta. W rozmowach pytanie o to, czy podoba mi się Mardin padało tak często jak to czy jestem mężatką. A poza tym, wiadomo – im więcej turystów, tym więcej pieniędzy. Warto tylko pamiętać, że to nie muzeum, a miejsce, gdzie mieszkają ludzie z krwi i kości z różnymi problemami, o których taka właśnie oderwana od rzeczywistości turystka nie ma pojęcia.

DSCF0850_Mardin

DSCF0849_Mardin

W Mardin czułam się bezpieczniej niż w Diyarbakır, niemniej starałam się być czujna na wszelkie możliwe niebezpieczeństwo. Tak sobie mówię, a drugiego dnia mojego pobytu wybrałam się rano (7am, zanim słońce zacznie swoje tortury) na wzgórze. Tam, pod zagrodzonym przez wojsko zamku, spotkałam starszego pana, z którym wieczór wcześniej piłam herbatę w centrum. Teraz siedział na kamieniu przy wydeptanej ścieżce, z widokiem na miasto, wzgórza i mezopotamskie równiny hen po horyzont. Obok niego siedział młody chłopak z wielkim tłustym jointem. Gdy opowiedziałam to mojemu przyjacielowi, nie zdziwił się. Powiedział, że to normalne w tym regionie, że dużo palą.

DSCF0909_Mardin

Zinciriye Medresesi

Chwilę z nimi posiedziałam i pogadałam, starszy pan miał atak śmiechu, że ze wszystkich miejsc tutaj musiałam go spotkać. Młodszemu spodobał się mój plan na kolejne kilka dni i chciał dołączyć. Co kilka zdań pytał mnie o imię. Zapytał też czy może napić się trochę mojej wody.

DSCF0923_Mardin

Haiku a la Madin
Miasto wzgórza horyzont
stary i młody
jara jointy..

Gdy już wracałam do miasta, chciałam z ukrycia zrobić zdjęcie rodzinie budzącej się ze snu na dachu ich domu (ludzie śpią na dachach, bo chłodniej). Zostałam przyłapana. I zaproszona na śniadanie. Zaproszenie przyjęłam – to tak w ramach bycia czujną i ostrożną. Wszyscy byli bardzo serdeczni, przywitali mnie uściskiem dłoni i podwójnym policzkobuziakiem. Nastoletnie dziewczynki były pogodne i uśmiechnięte, były ciekawe jaką wiarę wyznaję. Zjedliśmy śniadanie w postaci białego sera, pomidorów, ogórków, białego chleba i dżemu z fig zrobionego przez jedną z kobiet w rodzinie. Herbatę piliśmy z podwójnego czajnika. Do większego dolnego wlewa się dużo wody, do mniejszego na górze wsypuje herbatę. stawia na palnik. Jak już woda na dole się zagotuje, dolewa się jej trochę do mniejszego czajnika na esencję. na minimalnym ogniu grzeje się jeszcze przez piętnaście minut. Potem wlewa się do szklanki najpierw esencję – ilość w zależności od tego czy herbata ma być mocna czy nie i dolewa wody. To jest standard robienia herbaty i tak jest w każdym domu, każdym przybytku gastronomicznym.

Inny przykład życzliwości i ciepłości ludzi, których spotkałam: akurat skończyła się piątkowa msza – mężczyźni wychodzili z meczetu, do którego chciałam wejść i zwiedzić. Po krótkiej rundce wyszłam i jeszcze się krótko rozglądałam na zewnątrz. Podszedł do mnie starszy pan i wręczył kawałek jakiegoś chleba, którym dzielił się też z innymi mężczyznami.

DSCF0887_Mardin

Po mszy. Mężczyźni mają w siatkach specjalny chleb, niestety nie załapałam nazwy. To coś w stylu chałwy, ale o smaku lekko spokrewnionym z piernikiem. Zaskakująco smaczne. W tle jeden z hoteli.

Z ciekawostek, wieczorami jeździ samochód typu pick up z jakąś maszyną rozpylającą… środek przeciwko komarom. Wtedy też dowiedziałam się, że jestem komarem, bo jako jedyna na ulicy natychmiast zaczęłam się krztusić i dusić, załzawiłam się i w ogóle porażka.

DSCF0897_Mardin

Z frontu kulinarnego mogę donieść, że kuchnia mardińska jest bogata w potrawy z różnych kręgów kulturowych. Niestety, nie udało mi się spróbować różnych dań. Znalazłam informację o jednej restauracji w mieście, gdzie byłoby to możliwe, ale z wieloma nieprzychylnymi recenzjami (odnośnie relacji jakość vs. cena oraz poziomu obsługi). Potwierdziła się kwestia obsługi już na początku, poza tym dostałam stolik na tarasie w ciemnym kącie, tuż przy punkcie serwisowym kelnerów. Tak skutecznie zepsuło mi to humor, że zrezygnowałam z kolacji. Mam nadzieję, że uda mi się te niedociągnięcia nadrobić – do Mardin jest bezpośrednie połączenie lotnicze ze Stambułu.

DSCF0804_Mardin

Kebapçı Rıdo. Cebula posypana przyprawą sumak i skropiona cytryną to zupełnie nowa jakość, jak to się mawia w pewnych kręgach. Tu smaki dopisały.

DSCF0806_Mardin


diyarbakır, miasto spotkań

Więcej zdjęć i opisów tutaj. Trochę tego jest, więc rozbiłam na dwa miejsca. Nie wiem czy dobrze, post jest tutaj krótszy, ale sumując czytania i oglądania jest tyle samo. Zdjęcia na flickr chyba się powoli ładują? Ciekawa jestem wszelkich uwag i sugestii.

DSCF0800_Dbakir

Około 9am wylądowałam w Diyarbakır, wg. Wikipedii – oficjalnej stolicy północnego Kurdystanu. Teren terrorystycznej partii PKK. Groźny
i niebezpieczny południowy wschód Turcji. Gdy podekscytowana jak dziecko opowiadałam koleżance z fabryki dokąd jadę, widziałam jak uśmiech znikał jej
z twarzy.

DSCF0649_Dbakir

Fantastyczne widoki z samolotu podpowiadają, że życie tutaj nie jest zbyt łatwe.

Miałam cały jeden dzień na zwiedzanie. Jako pilny turysta zrobiłam listę obowiązkowych punktów programu, ale mój plan został zdezorganizowany przez krótsze i dłuższe spotkania i interakcje z mieszkańcami miasta.

Wrażenia?

Gorąco. Bardzo gorąco – podobno przyjechałam w najgorętszy dzień lata. Powietrze było gorące i suche, więc czułam się jakbym wsadziła głowę do piekarnika albo skierowała na siebie strumień gorącego powietrza z suszarki.

Diyarbakır to miasto pełne przesympatycznych, życzliwych i chętnych niesienia pomocy ludzi. Czasem bywa to męczące, zwłaszcza gdy się jest jasnogłową kobietą z obcego kraju. Chcesz tylko zapytać o drogę, a odprowadzi cię 10 osób
i wtedy już cała ulica się przygląda. W ogóle się przyglądają i przestałam liczyć mężczyzn, którzy po drodze mówili mi hello where are you from. Trudno się też wtopić w tłum, bo nietureckich turystów nie widziałam.

Tutaj też spotkałam sporo otwartych i przyjaznych kobiet, które w Turcji
z założenia okazują dystans do obcych.

Jest też bardziej orientalnie. Starsi mężczyźni w szarawarach, specyficznie zawiązanych chustach na głowach i z drewnianymi laskami; kobiety w białych chustach i strojach, których wcześniej nie widziałam, siedzące na rozłożonej na chodniku tekturze sprzedają rano jogurt, pewnie przywieziony z okolicznych wsi. Jest więcej tureckiego, niż sobie wyobrażałam – praktycznie nie było problemu się porozumieć. Ale też sporo kurdyjskiego, który rozpoznaję tylko dlatego, że go nie rozumiem. Rysy twarzy też inne, mocniej zarysowane, ciemniejsza karnacja.

Jest to też szorstkie miasto ze swoją ciemną stroną i trzeba być po prostu czujnym i rozsądnym. Sama świadomie wystawiłam się na niebezpieczeństwo zapuszczając się tam gdzie nie trzeba, ale cały czas miałam ludzi, kótrzy chcieli mi pomóc. Terrorystami, którzy uprzykrzali mi dzień, okazały się być hordy dzieciaków w różnym wieku, które biegały za mną krzycząc money money. Czułam się nieswojo mając w pamieci dzieciaki z Gaziantep, którze obrzuciły mnie małymi kamykami.

~

Na lotnisku zignorowałam taksówkarzy, o drogę do autobusu zapytałam policjanta na lotniskowym posterunku.
– Autobus? Weź taksówkę. Tu jest niebezpiecznie. Rozumiesz słowo złodziej? Wyrwą ci torbę, aparat.
– Naprawdę? Pytam naiwnie, mimo że czytałam o tym w internetach.
– Oczywiście, że naprawdę. Przecież jestem policjantem, to wiem. Urażony moim powątpiewaniem.

DSCF0657_Dbakir

Widok z okna hotelu na Gazi Caddesi, główną drogę przez stare miasto.

~

Kierowca autobusu zwrócił na mnie uwagę nagle, gdy na końcowym przystanku wysiedli już wszyscy pasażerowie. Jego twarz wyraźnie się rozjaśniła, w oko wskoczył figlarny figielek.
– Skąd jesteś? Po co tu przyjechałaś? Sama? Dasz numer telefonu? Oprowadzę cię.

DSCF0710_Dbakir

~

Wysiadłam przy Dağkapı i kręciłam się po okolicy szukając hotelu. Podszedł do mnie chłopak, który wcześniej w autobusie wskazał mi wolne miejsce.
– Czego szukasz? Hotelu? Którego? A, wiem. Chodź, zaprowadzę cię. Skąd jesteś? Co robisz? Przyjechałaś zwiedzać? Sama? Dasz numer? Oprowadzę cię. Patrz, tu jest fajne miejsce na śniadanie, chcesz to pójdziemy, potem cię oprowadzę. Wymienimy się telefonami.
– Mam przyjaciela, mężczyznę (w jęz. tureckim nie ma rozróżnienia na płeć – do słowa arkadaş dodaje się erkek – mężczyzna lub kız – dziewczyna by doprecyzować, że chodzi o kogoś bliższego niż tylko znajomy/a).
– Chciałem ci tylko pomóc, jeżeli mi nie ufasz to zadzwonię po moje koleżanki, żebyśmy nie byli sami.
Chyba naprawdę miał dobre intencje, a ja go obraziłam, bo nic już nie mówił aż do hotelu.

DSCF0707_Dbakir2

~

Po drodze zatrzymał nas starszy pan z kopertą w dłoni.
– Czy ona jest z Holandii? Bo mam list do wysłania, zabrałaby ze sobą.

DSCF0755_Dbakir

~

Po zameldowaniu w hotelu wstąpiłam do wcześniej polecanej śniadaniowni na kawę. Mieści się ona na piętrach historycznego karawanseraju. Podszedł do mnie jeden ze sklepikarzy, mówił po angielsku.
– Wiesz, musisz uważać, bo tu może być niebezpiecznie, dzieciaki okradają turystów. My się władzy wielokrotnie skarżyliśmy, ale ci motherfuckers (policja) nic z tym nie robią, bo to nieletni, są bezkarni. Myślę, że są z nimi w zmowie.
A potem idzie fama w świat, że tu jest niebezpiecznie. Musisz powiedzieć, że jesteśmy serdeczni. Sama jesteś? Może Cię oprowadzę?

DSCF0674_Dbakir

Hasanpaşa Hanı. Niesamowite miejsce. Można siedzieć, popijać herbatę cały dzień. Na piętrze śniadania – chyba całodniowe 🙂

~

Wzdłuż głównej ulicy starego miasta natknęłam się na parę policjantów. Byli ubrani w kuloodporne kamizelki, z karabinami przyciśniętymi do piersi, trzymanymi w pełnej gotowości do strzelania. Widziałam ich potem jeszcze kilka razy w ciągu dnia.

DSCF0745_Dbakir

~

W recepcji dostałam mapę, ale z fatalnego świecącego się papieru, który pękał na zgięciach. Szukałam informacji turystycznej, może mieliby coś lepszego. Gdy zastanawiałam się w którą stronę iść, podszedł do mnie mężczyzna, chyba w moim wieku. Mówił bardzo dobrze po angielsku. Pracuje jako tłumacz dla włoskiej firmy współpracujące z Shell. Tu na południowym wschodzie,
w kurdyjskiej krainie, wydobywają ropę. Że mnóstwo tego jest, a u Arabów coraz mniej. A jeszcze gaz łupkowy. – Wiesz, bo na zachodzie Turcji i Europy mówią, że tu jest źle i niebezpiecznie, ale tak nie jest. Bo my tutaj jesteśmy bardzo serdeczni i gościnni i tylko chcemy, żeby turyści czuli się jak u siebie w domu
i potem powiedzieli, że tu nie jest źle. To nieduże miasto i każdy sobie pomaga. Patrz, stoimy tu już tyle czasu i rozmawiamy i w międzyczasie przeszło już chyba ze dwadzieścia osób, które mnie zna… Dasz numer? Oprowadzić cię?

DSCF0742_Dbakir

Na dziedzińcu Ulu Cami.

~

Zatrzymałam starszego mężczyznę, pokazuję na mapie, tu ma być informacja turystyczna, to w tym kierunku? Zaraz zebrała się przy nas grupka młodych chłopaków. Wszyscy zdecydowali, że mnie tam razem zaprowadzą. Chłopcy przodem, trochę sobie żartowali z całej sytuacji, że swoich znajomości kilku słów angielskiego, trochę z tego starszego pana, który szedł obok mnie
i opowiadał coś o piłce nożnej i mową ciała ilustrował grę – nie miał im za złe. Wszyscy się śmiali dobrodusznie. Mój starszy przewodnik kilkukrotnie kazał mi schować mapę. Przecież nie idę sama. W końcu doprowadzili mnie do miejskiego centrum kultury. Trochę im się łyso zrobiło, ale zaśpiewałam ej, Turcy, nic się nie stało…

DSCF0735_Dbakir

~

Çiğ köfte z mięsem. Surowym. Dla niewtajemniczonych, ugniata się surowe mięso mielone z gotowaną kaszą bulgur i przyprawami, aż powstanie gładka pasta. Trwa to długo i wymaga sporo siły. Tej okazji nie mogłam zaprzepaścić. W Stambule wersja z mięsem raczej niespotykana, podobno nie można sprzedawać. Weszłam do małego parku, w którym znowu przede wszystkim przesiadują mężczyźni. – Abla, gel gel (siostro, chodź chodź) – właściciel stoiska zaprosił mnie do swojego stołu, on też akurat jadł. Gdy się później żegnaliśmy, nie chciał wziąć ode mnie pieniędzy. Ma czterech synów, sam pochodzi z dużo liczniejszej rodziny – jest ich czternaścioro. Jego matka musi być cyborgiem. Może i dobrze, że nie wiem jak to powiedzieć po turecku.

DSCF0703_Dbakir

Gdy dosiadł się jego jego znajomy zrobiło się ciekawie, bo to światowy człowiek. W Stambule był, dziwne rzeczy widział. Piliśmy herbatę, a on opowiadał.
– Życie w Stambule jest złe. Cały dzień pracujesz i wracasz do domu spać. Potem rano wstajesz i znowu do roboty. I tak cały czas. A w Beyoğlu (dzielnica z placem Taksim i deptakiem Istiklal) same knajpy i ludzie piją alkohol
i imprezują. I kobiety nawet piją! Jak mężczyźni, na ulicy!
– Kobiety?! Ts ts ts….
Spojrzeli obydwoje na mnie, a ja z ubolewaniem pokiwałam głową nad stanem tego świata…
– A Polska, taki średni kraj, słabą ma gospodarkę, niespecjalnie się tam dzieje.

DSCF0723_Dbakir

Z Gazi Caddesi skręca się w labirynt małych uliczek. Najpierw targ spożywczy, potem warsztaty. Stałam tu przez chwilę i chłonęłam atmosferę pracy: stukanie maszyn i młotków, zapach smarów
i dymu. Wszystko przy otwartych drzwiach lub na ulicy.

~

Weszłam do środka rozejrzeć się po zabytkowym wnętrzu budynku, w którym obecnie mieści się poczta. Z końca sali pomachał do mnie kierownik, akurat rozmawiał z klientem, niechybnie znajomym. Po pogawędce kupiłam znaczki, których nie miałam zamiaru kupić. Szkoda, że nie spotkałam nigdzie sprzedawcy pocztówek…

DSCF0762_Dbakir

~

Zapędziłam się w dzielnicę pod murami, tu się kończy miasto. Trochę straszniej. Wiem, że powinnam się wycofać, ale wyłączyłam system ostrzegawczy. Za pierwszymi rzędami domów przy ulicy panuje Jedna Wielka Rozpierducha. Zburzone domy. Trafiłam na piekarnię, w niej piekarz i dwie kobiety. Myślałam, że może tu pieką dla innych piekarni, na sprzedaż, ale to była jedna
z sąsiedzkich piekarni. Ludzie nie mają w domach pieców, więc np. robią ciasto
w domu i przynoszą tu. – Dlaczego jesteś sama? Nie spaceruj tutaj, to zła dzielnica. Gdy już odeszłam parę kroków, zawołali mnie, bym wróciła. Jedna
z kobiet, Dursun, powiedziała, że mnie zaprowadzi do głównej ulicy, nie chciała mnie puścić dalej samej. Ale najpierw zatrzymałyśmy się na herbatę z innymi kobietami siedzącymi przed jednym z jeszcze ocalałych domów. – Ta dzielnica zostanie wyburzona, zostaną zbudowane nowe historyczne budynki – muzeum dla turystów. – A co z wami? – Wysiedlą nas. Gdzieś poza miasto.

DSCF0764_Dbakir

~

Dursun postanowiła jeszcze pokazać mi po drodze starożytny kompleks kościelny Matki Boskiej (Meryem Ana Kilisesi). Nadal mieszka tu kilka rodzin chrześcijan – asyryjskich jakobitów i odprawiane są msze. Kompleks był zamknięty dla turystów, ale ona skutecznie się dobijała – znała pracującego tam ochroniarza. Gdy skończyłyśmy zwiedzać (a z nami para turystów, którzy wcześniej pocałowali klamkę), czekała na mnie policja. Trzech młodych panów w cywilu, z pistoletami i kajdankami przy pasie. Okazało się, że ochroniarz zauważył dwóch wyrostków śledzących mnie i Dursun. Przegonił ich i wezwał policję. Powiedzieli, że teraz pójdę z nimi. Pożegnałam się z Dursun, której ewidentnie spadł kamień z serca i powtarzała w kółko, że ona coś takiego przeczuwała. Pomyślałam sobie, no to mam przesrane (czytałam relację chłopaka, który też się tu zaplątał, ale jego policja wylegitymowała i raczej nie była zbyt uprzejma), ale panowie policjanci okazali się być przesympatyczni. Jeden z nich, ten po mojej lewej, był najbardziej rozmowny i ćwiczył na mnie niemiecki z podstawówki. Bardzo mnie to bawiło, bo ten rosły facet z gnatem za pasem zdawał się być przy tym bardzo speszony, natomiast jego kolega, po mojej prawej, starał się zamaskować swoje rozbawienie tą sytuacją. Trzeci, idący za nami, robił wrażenie niedostępnego romantyka. Przy hotelu podziękowałam za eskortę i przeprosiłam za stworzenie problemu moją lekkomyślnością. – Ależ nic się nie stało, buzi buzi, pa pa. No prawie, tylko bez tego buzi buzi.

DSCF0767_Dbakir

~

Miałam dosyć wrażeń, było już ciemno i chciałam tylko coś zjeść. I wyskoczyć taksówką do nowego miasta do sklepu z syryjskimi winami. Zapytałam
w recepcji o lokalizację bankomatu mojego banku. Dostałam eskortę w postaci bellboya o imieniu Hüseyin. W pełnym, hotelowym mundurze. Po drodze opowiedział mi, że pracował w Stambule, zarabiał niezłe pieniądze. A potem musiał iść do wojska, armia rozbiła mu to co miał. Wrócił do Diyarbakır. Teraz pójdzie na kurs podszlifować angielski, bo trochę mówi i dlatego znalazł pracę
w hotelu. A potem powiedział, że pojedzie ze mną autobusem do sklepu z winami, ale wcześniej wstąpimy do Sülüklü Han, której właściciel też sprzedaje wino własnej roboty. Nie miałam już siły odmawiać i nawet byłam wdzięczna, że mogłam się oddać pod czyjąś opiekę. Wino kupiłam, nawet kilka butelek. Ponieważ moim jedynym bagażem był mały plecak, najpierw chciałam kupić tylko jedną butelkę, ale tureccy handlarze nie puszczają klienta tak łatwo. Sprzedawczyni zaproponowała, że wyśle mi pozostałe butelki do Stambułu. Wow, zaryzykowałam. Mój towarzysz bellboy Hüseyin wziął ich wizytówkę i dał mi swój numer telefonu – w razie problemów osobiście je wyjasni. Byłam miło zaskoczona, że nie prosił o mój numer telefonu (który i tak jest w kartotece hotelowej ;)) Update: wino dotarło tego dnia, na który się umówiłyśmy. Koszt przesyłki to 15TL, jeżeli dobrze pamiętam.

DSCF0781_Dbakir

Pół porcji jagnięciny, pół porcji wątróbki. Ta ostatnia jako szaszłyk, przekładana kawałkami tłuszczu, dzięki czemu jest soczysta. Papryka na ostro. Muszę przyznać, że wątróbka z Edirne może się przy tej, z tego regionu, schować.

DSCF0787_Dbakir

Gdy wcześniej stałam wśród zgiełku pracujących na tyłach targu, jeden z mężczyzn gestykulował – wydawało mi się, że miałam sobie pójść. Zniecierpliwiony wstał i kilka kroków dalej pokazał mi wejście do Sülüklü Han, w którym w kontraście do hałasu na zewnątrz panuje sielanka,
z alternatynwą world music z głośników i rozwieszonych cienkich przewodów, z których rozpylana jest co chwila woda, by schłodzić atmosferę. Właściciel sprzedaje czerwone wino własnej roboty,
a w piwnicy jest księgarnia. Menu jest w dwóch językach – tureckim i kurdyjskim. Taka oaza nowoczesności w otoczona konserwatywnym starym mieście. Dzień zakończyłam przepyszną lekko słodzoną wersją kawy menengic (z dzikich pistacji), którą pierwszy raz piłam w Gaziantep. Ta tutaj była gęsta i kremowa, nieziemsko pyszna.


leniwe niedzielne popołudnie w mieście – bebek

Po porannym zrywie na bazar Kasımpaşa ucięłam krótką drzemkę, a resztę dnia spędziłam w dzielnicy Bebek. Bogata, droga, snobistyczna dzielnica  położona wzdłuż brzegu Bosforu po europejskiej stronie. Z browarem i widokiem na morze.

Kliknij w wybrane zdjęcie, żeby powiększyć.

DSCF0532_Bebek

DSCF0535_Bebek

DSCF0533_Bebek

nieśmiertelne taboreciki

nieśmiertelne taboreciki

DSCF0530._Bebekjpg

DSCF0525_Bebek

DSCF0605_Bebek

DSCF0542_Bebek

DSCF0511_Bebek

To wiszące to rkabak – co tutaj może być dynia, ale też zucchini. Ta odmiana nadaje się do słodkich przetworów, np. dżemów.

DSCF0546_Bebek

Pan zobaczył blond włosy na siedzeniu pasażera i zaczął biec za samochodem.

DSCF0556_Bebek

DSCF0569ebek

Sprzedaż świeżych orzechów i migdałów. Są już obrane i leżą na tacy przykryte kostkami lodu.

DSCF0579_Bebek

DSCF0541_Bebek

DSCF0596_Bebek

DSCF0543_Bebek

DSCF0563_Bebek

DSCF0599_Bebek

DSCF0597_Bebek

DSCF0582_Bebek

DSCF0612_Bebek

DSCF0609_Bebek

DSCF0506_Bebek_Besiktas

DSCF0615_Bebek

DSCF0616_Bebek

DSCF0620_Bebek


zanim koguty zapieją

To jest naprawdę niesamowite, że gdy w ciągu tygodnia ledwo spełzam z łóżka i do fabryki wpadam zawsze gdy inni już są zalogowani i właśnie idą na śniadanie, w niedzielę potrafię zerwać się prawie w środku nocy (4:30am) po wieczorze z butelką wina i trzech godzinach snu i zapłacić jak za zboże za trasport taksówką. Po co? Żeby pojechać na uliczny bazar w dzielnicy Kasımpaşa. Podobny do każdego innego bazaru ulicznego w Stambule. Też w jeden dzień w tygodniu, pod charakterystycznymi płachtami, z podobnie ułożonym towarem.

Jednak jest trochę inaczej. Ale najpierw dlaczego tak wcześnie: w internetach wyczytałam o stambułskim bazarze, na którym sprzedaje się produkty z Kastamonu. To miejscowość w regionie Karadeniz (czarnomorski), która słynie z naturalnej i zdrowej żywności oraz pysznych domowych wyrobów.

Wyczytałam też, że podobno sprzedaż zaczyna się o 5:00am i wpadają wtedy chefs z tych lepsiejszych restauracji, wykupują to co najlepsze i dla tych co przychodzą o normalnej godzinie pozostawiają spusztoszenie z marnymi odpadkami. Samych restauratorów nie widziałam, ale między 5-6:00am podjeżdżały pod niektóre stoiska taksówki, do których sprzedawcy ładowali swoje produkty.

Nie czekałam do 10tej, bo bazar opuściłam tuż po 7:00am. Gdy przybyłam o 5:30am, prawie wszystko było już ustawione. Było spokojnie i cicho, hałasowały tylko koguty gdy wschodziło słońce, a ich sprzedawcy próbowali je uciszyć jakby to były szczekające psy.

Jest kameralnie. Bazar jest ustawiony wzdłuż uliczki, która chyba nawet nie ma 500m długości. Sprzedawcy się znają. Wszyscy są z Kastamonu (chociaż pan od herbaty powiedział, że też z Inebolu).

Następnym razem już się nie zerwę o tej porze, dojadę normalnie transportem publicznym, ale dzięki temu jednemu poświęceniu doświadczyłam czegoś bardzo przyjemnego. Przyglądałam się jak bazar budzi się ze snu, jak sprzedawcy rozmawiają ze sobą jak starzy znajomi. Gdy chodziłam od stoiska do stoiska, to co kupiłam, zostawiałam u sprzedawców by nie dźwigać i odebrać już na sam koniec. Czułam się jak na jakimś wspólnym spotkaniu znajomych, a nie na wielkim, bezosobowym targu (chociaż na tych większych też już mam “swoich sprzedawców”, którzy mnie znają i pozdrawiają).

DSCF0437_Kasimpasa_Kastamonu

Po szybkim rekonesansie, to był mój pierwszy przystanek na bazarze.

DSCF0472_Kasimpasa_Kastamonu

A tak stoisko wygląda za dnia. Siedziałam na białym taborecie po lewej…

DSCF0435_Kasimpasa_Kastamonu

…i pijąc herbatę obserwowałam bazarowe krzątanie się. Pan od herbaty opowiadał mi, że to ciężka praca, ale pamięta jak 50 lat temu produkty na sprzedaż najpierw transportowało się z głębi kraju do portu nad Morzem Czarnym, tam ładowało na statki, przypływało Bosforem do Złotego Rogu, tu rozładowywano i transportowano w miejsce targu. To była dopiero ciężka robota. Teraz ładuje się na ciężarówki i hop siup.

DSCF0434_Kasimpasa_Kastamonu

Inni odsypiają to hop siup.

DSCF0433_Kasimpasa_Kastamonu

Bazarowe dobra pod światłem żarówek.

DSCF0432_Kasimpasa_Kastamonu

DSCF0438_Kasimpas_Kastamonu

DSCF0431_Kasimpasa_Pazari

Kury w środku miasta. Obok targu, nie częścią targu.

DSCF0440_Kasimpasa_Kastamonu

Ponieważ na targu jeszcze “nic się nie działo”, wyszłam na główną ulicę poszukać lokalu na pierwsze śniadanie. Ten tutaj prowadzony jest przez młodego mężczyznę i jego żonę. Mówił, że o tej porze turyści i kobiety do niego nie przychodzą, raczej mężczyźni idący do pracy, kierowcy ciężarówek i śmieciarek. Wiele z nich bierze paczkę z jedzeniem na wynos. Wyjaśniłam, że przyszłam na targ produktów z Kastamonu. Mężczyzna uśmiechnął się (jeszcze bardziej, bo i tak cały czas być roześmiany) i wyjaśnił, że razem z żoną są z Kastamonu. Żona z zakrytą głową, uśmiechała się nieśmiale i wydaje mi się, że powinna była coś robić, ale jej mąż podekscytowany rozmową zaczął robić wszystko (przyjmować i realizować zamówienia, wydawać resztę, serwować jedzenie) nie przestająć mówić. Ona stała z boku, nieśmiale. Zaproponowali mi jeszcze jedną herbatę, od nich w prezencie, ale podziękowałam, zapłaciłam i wyszłam.

DSCF0439_Kasimpasa_Kastamonu

Gdy usiadłam przy stoliku na chodniku, na małym taborcie, właściciel lokalu podszedł, by ustawić stół szeroką stroną do mnie, pozostałe taborety poustawiał z drugiej strony, żeby mi nie przeszkadzały. Tym ludziom naprawdę zależy na klientach, na zaprezentowaniu siebie, swoich usług i produktów z jak najlepszej strony.

DSCF0474_Kasimpasa_Kastamonu

Grzyby wyglądające jak huba. Jak przyrządzać? Jak rydze.

DSCF0469_Kasimpasa_Kastamonu

Ostre papryczki, te mniejsze zą zazwyczaj marynowane i podawane jako dodatek do głównego dania, np. döner. Po prawej owoc z dzikiej róży, kuşburnu. Do czego? Np. do herbaty albo do robienia przepysznej marmolady.

DSCF0468_Kasimpasa_Kastamonu

Po lewej ser lor – robi się z serwatki, coś w stylu włoskiej ricotta. Po prawej masło, a wyżej twardy biały ser. Masło kupiłam, jest delikatne i lekko kwaskowe – z mleka krowiego. Niestety, na targu raczej nie ma koziego. Ser był dla mnie za słony. Na innym stoisku był większy wybór i tam kupiłam.

DSCF0467_Kasimpasa_Kastamonu

Jogurty są trzymane albo w plastikowych pojemnikach, albo takich wielkich koszach jak ten tutaj.

DSCF0466_Kasimpasa_Kastamonu

Na pierwszym planie pazı ekmeği, czyli miękki wilgotny chleb nadziewany różnym zielskiem.

DSCF0471_Kasimpasa_Kastamonu

Pigwa taka, jaką znam z mojego polskiego ogrodu. Zazwyczaj w sezonie (późna jesień), są większe niż jabłka.

DSCF0459_Kasimpasa_Kastamonu

Te małe, beczułkowate zielone papryczki są głównie wykorzystywane do nadziewania. Można wykorzystać świeże albo odciąć “główkę”, wyjąć pestki i ususzyć. Takie suszone często wiszą przed sklepami ze zdrową żywnością.

DSCF0458_Kasimpasa_Kastamonu

Pan od herbaty, çaycı, roznosi herbaty. Napierw przechodzi się po targu zbierając zamówienia. Ten pan odbierający właśnie szklankę zamówił dla siebie i jego współpracowników i dla kręcących się w około klientów. Między innymi dla mnie. Wziął potem ode mnie pustą szklankę. Bazarowy çaycı odbierze podczas kolejnej rundy.

DSCF0454_Kasimpasa_Kastamonu

Mleko, jogurty, marmolady.

DSCF0464_Kasimpasa_Kastamonu

Ogórki.

DSCF0450_Kasimpasa_Kastamonu

Podejrzewam, że to różańce z pigwy.

DSCF0449_Kasimpasa_Kastamonu

DSCF0448_Kasimpasa_Kastamonu

Ten chłopak kręcił się między stoiskami wybierając to tu, to tam. Widać było, że nie jest tutaj obcym.

DSCF0453_Kasimpasa_Kastamonu

Pszenica, groch, makaron i yufka.

DSCF0470_Kasimpasa_Kastamonu DSCF0465_Kasimpasa_Kastamonu DSCF0463_Kasimpasa_Kastamonu DSCF0457_Kasimpasa_Kastamonu DSCF0451_Kasimpasa_Kastamonu
DSCF0447_Kasimpasa_Kastamonu DSCF0446_Kasimpasa_Kastamonu DSCF0445_Kasimpasa_Kastamonu DSCF0444_Kasimpasa_Kastamonu

DSCF0484_Kasimpasa_Kastamonu

A to już śniadanie. Tuż poniżej marmolady jest słynny kaymak, czyli gęsta śmietana.

DSCF0485_Kasimpasa_Kastamonu


zmiany

Gdy przyjechałam tutaj dwa lata temu, byłam bardzo zajęta doprowadzaniem mojego znajomego do szewskiej pasji, gdy w trakcie naszych rozmów próbowałam wyjaśnić, że Turcja jest państwem policyjnym. Zazwyczaj to ja, oburzona i zaskoczona nowymi dla mnie zjawiskami, rozpoczynałam dyskusję rzucając jakiś moim zdaniem smakowity kąsek i wiercąc dziurę w całym. Często te gorące rozmowy kończyły się obietnicami, że już nigdy nie będziemy rozmawiać na te tematy.

Dzisiaj nie muszę niczego mówić. Podczas spotkań te tematy wychodzą same. Słucham, jak tureccy znajomi wymieniają się kolejnymi wydarzeniami, które nie mieszczą im się w głowie. Krytykują rząd za wycieranie sobie gęby islamem.

premier płacze słuchając wiersz napisany przez jednego z członków Braterstwa Muzułmańskiego upamiętniający jego córkę, która straciła życie podczas niedawnych zamieszek, gdy oni oczekują przeprosin za śmierć tureckich obywateli (płakał tak bardzo, że została przerwana transmisja, bo łzy stanęły mu w gardle)
* Podobnie płakał w 2010 nad śmiercią dzieci w Gazie – wtedy padały pytania dlaczego nie płacze nad śmiercią kurdyjskich dzieci.

wprowadzenie przepisów umożliwiających aresztowanie za skandowanie/wywieszanie na stadionach niepochlebnych haseł pod adresem rządu

wyciszanie głosu przez Digiturk (dostawca telewizji satelitarnej) podczas transmisji meczów ligi tureckiej, gdy z trybun słychać okrzyki krytykujących rząd kibiców

To tylko parę przykładów z ostatnich dni. Mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach jest ich więcej, wszystko dzieje się szybciej. Mój znajomy chce wyjechać, mówi, że nie chce żyć w tym kraju, chociaż dwa lata temu jeszcze o tym nie myślał.

Widzę, jak ci, którzy wcześniej nawoływali do rozsądku (w sprawie Gezi), nagle zaczynają wyrażać swoje zatroskanie, gdy działania rządu zaczynają dotykać tematów, które są dla nich ważne (vide nawoływanie do modlitwy z minaretów Hagii Sofii, która oficjalnie jest muzeum i modlitwy w tym obiekcie są surowo zakazane). Myślę jednak, że tereny turystyczne zostaną pod ochroną, tam nadal będzie można wieść normalne życie i zarabiać, bo przecież nic się złego nie dzieje.