okazyjne tysiąc

Pomimo kategorycznych postanowień na jakimś 90-tym kilometrze XI edycji Kieratu w 2014, że moja noga więcej tam nie podrepcze, 22 maja br. ponownie znalazłam się w Limanowej – jak zwykle pełna nadzei, niepoprawna optymistka. Chociaż po zeszłorocznej traumie trema i nerwy trzymały w swoich szponach od rana i zaczęlo się malo obiecująco: wysiadłam w Limanowej blada, słaba, z poważnie rozkręconymi helikopterkami w głowie i żołądku. Może przedawkowałam kawę, a może raczej serpentyny pokonywane przez kierowcę busa z zacięciem rajdowca. Nie mam pewności, ale mam swoje typy. W każdym razie byłam na miejscu i bez odwrotu.

IMG_20150522_131226

Nocleg w tym roku miałam w Domu Pielgrzyma (nomen omen), na szczęście tylko 200m od mety z pokojem na parterze (bo schody po Kieraci to złoooo). Przygotowałam prowiant na trasę, wzięłam prysznic. Wspólnie z moimi bardziej doświadczonymi kieratowymi znajomymi zjadłam obiad, podpytałam ich o wstępne wskazówki i wytyczyłam flamastrem trasę na mapie – do zweryfikowania w zderzeniu z rzeczywistością. Wszystko na wysokich obrotach, ze stałym dopływem adrenaliny. W strachu, że znowu wszystko diabli wezmą.

IMG_20150530_213802

IMG_20150522_164440

“Trenowałaś trochę?”

No trochę trenowałam, bo biegałam w przygotowaniu do biegów ulicznych, ale tradycyjnie I started training only yesterday. Faktycznie przygotowania do Kieratu zaczęłam w pierwszy weekend maja. Wyjechałam na trzy dni do Szczawnicy i tam popylałam bo górach, aż bolało. Bardzo bolało. Kolejny weekend znowu w Szczawnicy, a ostatni przed Kieratem przy Babiej.

IMG_20150526_132832

Tuż po starcie moi towarzysze odfrunęli, a ja nawet nie próbowałam dotrzymać im kroku. No dobra, przez chwilę tak, ale szybko pozbyłam się iluzji. Ważne było, by jak najdłuższy dystans pokonać jeszcze za dnia, więc korzystałam z asfaltu i w miarę niewielkich przewyższeń. Pierwsze 17,5km pokonałam częściowo truchtem. Na drugim punkcie kontrolnym czekała już noc, a czołówka towarzyszyła mi przez kolejne siedem godzin. Na szczęście nocna trasa prowadziła w dużej mierze szlakami turystycznymi lub asfaltami, dzięki temu nie doświadczyłam większych trudów nawigacyjnych.

IMG_20150526_133934

Dzięki wcześniejszemu obczajeniu trasy palcem po mapie, wiedziałam, że za szóstym punktem muszę przejść przynajmniej jakieś 600-800m zanim odbiję ze szlaku w drogę na skróty. Mogłam iść asfaltem nadrabiając kilometry, bezpiecznie i bez potencjalnego błądzenia, ale asfalt to morderca stóp.

20150522_210613_adj2

Tak narzekam na ten asfalt, ale poza nim nie bylo łatwo. Praktycznie wszędzie było błoto, z którym walczyłam o buty. Jeden z moich towarzyszy na trasie nawet przegrał tę walkę i przez chwilę było 1:0 dla błota – a on bez buta. Na płaskim, z górki, na podejściach – ciągły rozjazd stóp.

“Mam nadzieję, że nie pada deszcz”

Tak, padał! Zaczął padać najpierw delikatnie tuż o świcie, potem lało już porządnie. Sobota nie mogła zacząć się dla mnie lepiej i nie żartuję. Deszcz na Kieracie był dla mnie zawsze zbawieniem. Tym razem zastąpił poranną kawę, zmył znużenie po nieprzespanej nocy i 50-cio kilometrowym marszu. Nie miałam ani jednego momentu kryzysu, w którym zasypiałabym idąć i budziłabym się tracąc równowagę jak na poprzednich edycjach.

Tak jak cieszyłam się z porannego deszczu, tak też zadowolona byłam z suchej i w miarę ciepłej nocy. Chociaż z tym ciepłem nie jestem pewna. Nie dawałam sobie szansy na ostygnięcie. Tym razem wpadałam na punkt kontrolny, przybijałam kartę, sprawdzałam mapę i ewentualnie zjadałam kanapkę (nie potrafię łączyć marszu z przełykaniem, zwłaszcza przy szybszym tempie). Najdłuższy odpoczynek był na półmetku, trwał aż całą godzinę. Ale tam było ognisko, żurek (to co, że z proszku) i kawa z ekspresu. Założyłam też suche ciuchy, zmieniłam skarpetki i ponownie wysmarowałam stopy kremem.

IMG_20150523_060550

“Skąd jesteście, dokąd idziecie?”

Kieratowa trasa wiedzie przez góry i lasy, łąki i pola, ale też przez miasta, wsie i często pod oknami domów okolicznej ludności. Czasem jest tak, że droga, którą idziemy, kończy się u kogoś na podwórku. Gdyby mi tak setki par stóp przedreptywało przez posesję, pewnie stałabym tam już z widłami. A ci ludzie albo nie reagowali, albo wręcz nawoływali “tędy, tędy”, “tam poszli” albo “tu jest krócej”. Raz trafiłam na pewne małżeństwo, które częstowało Kieratowiczów kawą – wystawili przy bramie dzbanek pysznej, lekko słodzonej ciepłej kawy z kubkami jednorazowymi. Po takim poczęstunku doznałam czterdziestego któregoś wiatru w żagle. W sklepie, gdzie kupowałam wodę, banany, bułki i serki topione, sprzedawca zagadywał i chociaż niewiele rozumiałam (gwara), było wesoło:

– Skąd jesteście?
– Ja akurat z Warszawy.
– O (rozradowany), byłem u Was na protestach!

I jeszcze, że ma kogoś tam z rodziny w wojsku (dumnie wymienił z imienia i nazwiska) na Bemowie i czy mieszkam blisko Bemowa.

W innym miejscu starszy Pan przymocował do drzewa tekturę z napisem “Kierat tędy zielonym szlakiem”, a wcześniej wykosił wysoką trawę z pokrzywami, które zasłaniały to przejście.

I tak sobie wędrowałam od punktu do punktu, czasem szybciej, czasem wolniej, ale ciągle z poczuciem, że nie mogę odpuszczać. Szło mi całkiem nieźle w porównaniu do poprzedniego roku i stres był tym większy, by nie zepsuć. Byłam tuż przed ostatnim punktem przed metą. Praktycznie wszystkie osoby, które napotkałam na trasie, komentowały, że to będzie najgorszy odcinek do zdobycia, bo od czternastego było 9km i +500m przewyższenia. I że na 90-tym kilometrze to będzie tortura. Faktycznie, na jednym odcinku było tak stromo, że jak powiedział mój kolega, “zrolowało mi skarpetki w butach”. Tyle, że ja ciepiałam na płaskim albo na asfalcie, bo wtedy droga się dłużyła, a stopy przypominały, że są w agonii, ale jeszcze żyją i czują przeogromny ból. Natomiast na podejściach było wyzwanie, walka i to dodawało mi sił.

Gdy w końcu dotarłam na ostatni, piętnasty punkt, wpadłam w stan euforii. Podbiłam kartę, sprawdziłam szybko mapę, chociaż tylko formalnie, bo trasa prowadziła do mety szlakiem turystycznym. Znowu zaczął padać deszcz, co tylko wydobyło ze mnie kolejne pokłady energii. Tuż za punktem oddałam swoje kijki chłopakowi, który szukał w krzakach patyków do podparcia. Wymieniliśmy się numerami startowymi i ustaliliśmy jak będzie mógł mi je oddać na mecie.

Ostatnie 10 km to już desperacja, prawie frunęłam, bo chciałam jak najszybciej zejść już z trasy, jak najszybciej dojść do mety i mieć jak najlepszy wynik. Niestety, tuż przed Limanową szlak wbiegał na Miejską Górę i to niewielkie przewyższenie okazało się być zbyt dużym wyzwaniem dla mojej psychiki na tym etapie. Wybrałam dłuższy odcinek asfaltem, ale w towarszystwie sympatycznego kolegi, który chyba tylko ze względu na zmęczenie mógł powiedzieć, że podziwia nas, kobiety za stawienie czoła takim trudom. Za karę nawijałam mu przez całą drogę co mi ślina na język przyniesie, bo adrenalina i euforia zupełnie przejęły kontrolę nad moim mózgiem. Te ostatnie 5km przetruchtaliśmy przemiennie z szybkim marszem. Na metę wpadłam po 26 godzinach i 20 minutach.

Potrzeba było chyba ponad godziny, żeby opadły emocje, a głowa zaczęła się kiwać. Siedziałam przy stole ze znajomymi, wypiłam piwo i w końcu podreptałam powoli do łóżka.

Aha, w tym roku dołączyłam do grona zawodników, którzy przeszli w sumie 1000 km podczas wszystkich dotychczasowych edycji Kieratu.

IMG_20150524_082442

Następnego dnia oczekiwałam zakwasów, ale okazało się, że dzięki tym trzem weekendom w górach przed Kieratem nie miałam ich w ogóle. Ucierpiały jednak stopy, które odbiłam w zbyt sztywnych i niewystarczająco amortyzowanych butach.

Dziękuję wszystkim kieratowiczom, których spotkałam i poznałam na trasie, za wsparcie i towarzystwo. I oczywiście podziękowania dla całej załogi kieratowej za kolejny Kierat, którego wspaniała atmosfera trwa z edycji na edycję.


13 responses to “okazyjne tysiąc

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: