bliskowschodnie klasyki dla leniwych

Na kuchnię libańską natknęłam się jeszcze w erze dinozaurów, a sentyment pozostał do dzisiaj. Niedaleko mojej stałej imprezowni działała mała restauracyjka prowadzona przez libańską rodzinę i tam, w środku nocy, wzmacniałam się po godzinach szalonych tańców i konsumpcji niezliczonej ilości szotów tequili. To było tak dawno, że nawet słonie nie pamiętają. Ale ja pamiętam, że od tego czasu nie zjadłam już nigdzie tak dobrych falafeli, baba ganoush i sałatki tabbouleh.

Potem przeprowadziłam się do Polski i to było na tyle w kwestii wysokiego poziomu kulinarnej różnorodności, do której przyzwyczaiła mnie Kanada. Przywitały mnie kebaby z kolesławem, a dzisiaj otaczają hipsterskie falafele, po których odbija się przez pół dnia i jeszcze następnego ranka. Niemniej, mimo sentymentu, nie próbowałam sama sobie gotować libańskich potraw.

W międzyczasie pojawiły się trzy lata w Turcji, podczas których znowu wpadłam w bliskowschodnie eldorado kulinarne. Kolejna przeprowadzka do Polski była bolesna i nadal do siebie dochodzę. Na tzw. mieście trudno o coś dobrego, a i pieniędzy szkoda mi na przeciętność. Nie mam wyjścia, muszę nauczyć się rekonstruować kulinarne wspomnienia we własnej kuchni.

I tak, niedawno oko moje zawisło na Cooking with the New York Times: libańskim kibbe (lub kibbeh). Zebrałam składniki, co nie było skomplikowane: wszystkie przyprawy mam, drobny bulgur stał w szafie i czekał na zbawienie, jagnięcinę zmielił mój ulubiony turecki rzeźnik. Sam przepis jest bardzo prosty, potrawa wyszła smaczna, zjadłam za dużo i za szybko, a mogłam mieć obiad do pracy przez prawie cały tydzień. Postanowiłam w niedalekiej przyszłości powtórzyć ten sukces, ale z drobną modyfikacją – mniejszą ilością bulgur.

image

Prosto z piekarnika, wystarczyło tylko na dwa dni….

Niedaleka przyszłość pojawiła się w zeszłym tygodniu. Zmielone mięso doprawiłam przyprawami i zmieszałam ze startą cebulą i odstawiłam do lodówki na kolejne 24h. W dniu gotowania namoczyłam 150g bulgur w wodzie po gotowanej cieciorce, a nie jak mówi przepis, w zwykłej wodzie – bulgur wtedy nabiera głębszego smaku; może też być inny wywar. Poza tym, przysknerzyłam na orzechach piniowych i użyłam migdałów (mogą też być orzechy włoskie). Wstawiłam do piekarnika, usiadłam przy stole i nalałam sobie piwo.

Taka dygresja:
– Piłaś piwo?
– Tak.
– Ile?
– Jedną butelkę.
(Niedopowiedziane: butelka o pojemności 750ml).

Upał, pusty żołądek, piwo – takie stany tygryski lubią najbardziej i zaczynają nawijać. Zaczęłam tłumaczyć mojemu towarzyszowi przy stole, że to już drugi raz, ten kibbe (lub kibbeh), że takie składniki i takie zmiany, że zazwyczaj to są kulki, ale to co robię ja, to taka wersja dla leniwych, bla bla bla, ble ble ble, kulki, kulki – jakie kulki? Coś mnie tknęło.

– Przypomnij, jak się nazywają te nadziewane tureckie kulki z kaszy bulgur?
– Içli köfte.

Wpisuję içli köfte w google, a w wynikach wyskakuje kibbeh. Voila! Wiki mówi, że Kibbeh lub kibbe (też kubbeh, kebbah, kubbi, içli köfte, كبة‎). Na południu Turcji znane są również jako Oruk. Więszkość z nich lepi się w kształcie kuli i piecze, smaży lub gotuje. Ja pozostanę przy wersji NYT – jest najprostsza w wykonaniu.

icli_kofte_kibbe

Jestem pewna, że można też z tego zrobić wersję wege ☺

Można z winem oraz duszonymi grzybami jako dodatek.

Można z winem oraz duszonymi grzybami jako dodatek.


4 responses to “bliskowschodnie klasyki dla leniwych

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: