Monthly Archives: January 2017

wielkie plany, większa kupa

Tak, to był zdecydowanie nieudany dzień pod względem realizacji planów, ale hej – spędzam niajciemniejszy (w Polsce) czas 142km od równika i ładuję witaminę D na zapas, wystraszył mnie monitor (jaszczur) i złapałam zająca. Nie mogę narzekać.

Zanim przejdę do części opisującej serię porażek, to streszczę co się wydarzyło na początku wycieczki, co mogło być pewną wskazówką co do reszty dnia. Najpierw przebiegłam tuż obok wielkiego jaszczura i zauważyłam go dopiero, gdy moje stopa była na wysokości jego głowy, oddalona niecałe 50cm. Jaszczur się tylko spojrzał i powoli poszedł dalej, natomiast ja się całkiem wystraszyłam i zezłościłam na siebie, że nie widzę, co się w około mnie dzieje. Zwłaszcza po lekturze o krokodylach dzień wcześniej.

lizard_head.jpg

lizard_whole

Oczywiście wszędzie małpy, chociaż ten tutaj siedział sobie sam, bez towarzystwa, zapatrzony w siną dal.

monkey.jpg

Gdy już zeszłam z kładki na ziemię, to oczywiście musiałam zaliczyć spektakularne wyrżnięcie o glebę. Nie wiem jak ja to robię, ale ciągle się potykam, więc upadki mam już pod kontrolą. Tutaj padłam z trochę większym impetem, stąd też siniak, który będzie mnie bolał przy biegu jeszcze przez kilka następnych dniach. Jest tak duży, że nie zakrywa go cała moja dłoń.

Ale wracając do planów. Były takie, żeby ponownie odwiedzić MacRitchie Reservoir, w którym byłam już podczas wcześniejszej wizyty w Singapurze. Tym razem chciałam zejść ze szlaku i odszukać w dżungli dawną świątynię Shinto, Syonan Jinja. Została zbudowana przez japońską armię podczas drugiej wojny światowej ku czci  żołnierzy japońskich poległych w walkach o Singapur. Świątynia została zburzona po przejęciu Singapuru przez wojska brytyjskie. W 2002, Rada Dziedzictwa Narodowego zakwalifikowała pozostałe ruiny jako miejsce historyczne, ale oprócz tego żadne inne działania nie zostały podjęte (źródło: Wiki).

Na openmaps jest zaznaczona ścieżka i wejście do dżungli znalazłam bez problemu. Od razu włączyła mi się lekka adrenalina, gdy zauważyłam jak często rozgałęzia się wąska ścieżka. Przez pierwsze 50 metrów widziałam oznaczenia na drzewach (farba lub “kokardka” z taśmy), ale niestety, potem zostały już same rozgałęzienia. Krótko mówiąc, stchurzyłam i zawróciłam po 75 metrach. Była 3pm, o 7pm zapada zmrok i nie chciałam ryzykować, mimo, że trasa to niecałe 1.5km. Jak później sprawdziłam na stronie National Parks, ten spacer mógł mnie kosztować S$2000. Tutaj można sobie zobaczyć relację śmiałków i jak to wszytko wygląda na miejscu i trochę więcej historii.

Dalszy program dnia przewidywał przemieszczenie się z rezerwatu MacRitchie do dawnego chińskiego cmentarza Bukit Brown, ale odcinek w MacRitchie, który mi był do tego potrzebny, jest akurat remontowany. Dlatego porzuciłam plany i zdecydowałam się wrócić do domu, wcześniej zaliczając spacer Tree Top Walk, czyli na kładce zawieszonej na wysokości koron drzew. To też nie było mi pisane, bo akurat w poniedziałki kładka jest nieczynna. Zdemotywowana, postanowiłam wyjść z parku do cywilizacji najkrótszą drogą i udać się do domu. Bez tradycyjnego posiłku pobiegowego. Na pocieszenie spotkałam jeszcze jednego małego jaszczura, tym razem bez zaskoczenia.

Advertisements

meta z gwiazdką

Sensacją w wiadomościach kulinarnych było przyznanie gwiazdki Michelin dwóm singapurskim stoiskom (hawker stall).

Do pierwszego, Hill Street Tai Hwa Pork Noodles, pobiegłam jednym z licznych Park Connectors (PCN). Trasa wiedzie praktycznie przez centrum, ale z dala od ulic, wzdłuż rzeki Geylang.

Stoisko mieści się w bardo małym, zupełnie przeciętnym hawker center. Wyróżnia się jedynie tabliczką informującą o przyznanej gwiazdce i długą kolejką.

Najpierw należy wystać swoje, by złożyć zamówienie. Następnie wraca się do kolejki i czeka na zamówione danie. Wszystko twa bardzo długo, no ale poświęcenie itd.

W kuchni panuje pełne skupienie, tu nie ma czasu na nic innego niż wypuszczenie kolejnej miski. Taśma.

Taki łakomczuch ze mnie, że zamówiłam dwa dania. Pierwszym są kluchy (szerokie, żółte) z dodatkami takimi jak wątróbka wieprzowa, kulki mięsne, mięso mielone, pierożki chińskie, chrupka ryba smażona i słonina wieprzowa. To wszystko polane mała ilością sosu doprawionym między innymi octem. Ta wersja jest “na sucho”, ale można też dostać jako zupę. Ja chciałam poczuć wszystkie aromaty w skondensowanej formie.

Kolejną potrawą była zupa mieszana. W sumie na bazie tych samych składników, ale z dodatkiem wodorostów i bez specjalnego sosu, makaronu.

To proste dania, ale bogate w smaku, mogłabym je jeść do rozpuku. Jedna z tych misek w zupełności by wystarczyła, no ale. Dlatego muszę za jedzeniem  biegać.


east coast i rojak (nie mylić z kojak)

W sumie planowałam tę trasę już od jakiegoś czasu i to rozpoczynając od strony bliżej Centrum, żeby skończyć w East Coast Lagoon Food Village. Ale – jak pisałam wcześniej – przenieśli budkę z laksa na drugi koniec miasta, zatem bieg był od wschodu na zachód, żeby dopasować się do innego centrum kulinarnego.

singapore_20170104_2

Muszę przyznać, że zachodni koniec parku wzdłuż East Coast Road bardzo rozczarowuje. Samochody hałasują, jest daleko od brzegu i monotonnie. Lepiej chyba zacząć właśnie tam zostawiając cały syf za plecami i zbliżać się do celu w coraz ładniejszym otoczeniu.

Z mety to już był tylko rzut beretem do Old Airport Food Centre, gdzie spróbowałam bardzo dziwacznej potrawy o nazwe rojak. Można sobie zajrzeć do Wiki i przekonać się, że jednak to prawda, że co kraj, to obyczaj. Nazwę tłumaczy się jako mieszanka i tak to chyba powstało – taki azjatycki bigos.

U mnie na talerzu było chyba tak: you tiao, kiełki fasoli mung, tau pok, biała rzodkiew, ananas, ogórek i prażone orzechy arachidowe. To wszystko polane było gęstym i słodkim fermentowanym sosem krewetkowym. Wedle życzenia klienta potrawa doprawiana jest na ostro. Do powyższego miksu dodałam jeszcze jajko stuletnie.

Wszystko to popiłam napojem z gałki muszkatołowej, podobno.