Monthly Archives: May 2018

niedzielne bieganie i wredny atak na moją osobę z zasadzki i jak sobie potem to zrekompensowałam

Kochani, byłam dzisiaj w Kampinosie, ale zapomniałam zestawu zabawek do piaskownicy. Dlatego tylko trochę sobie pobiegałam.

Zaczęłam od śniadania. Było mocno improwizowane, bo w ogóle miałam być w górach, firma pudełkowa mnie zawiodła z dostawą żarła, a w końcu nie miałam też cierpliwości stać w kolejce z niedzielnymi surwiwalowcami.

W każdym razie było tofu, kiełbaski jagnięce, szparagi i grecki makaron, który chyba jest robiony jak turecka tarhana.

W Kampinosie odbywał się VI Bieg Łosia, ale na szczęście trasa nie była ogrodzona jak wczoraj w parku Szczęśliwickim z okazji Ekidenu i mogłam swobodnie biec pod prąd.

W tym miejscu chciałam Was jednak przestrzec, bo ścięte drewno równo poukładane wzdłuż ścieżki może i idealnie chroni przed wzrokiem innych ludzi, ale nie przed tym, co się tam skrywa. A są to wszystkie insekty z Kampinosu, które akurat w to miejsce, w tym czasie zleciały i za tym drewnem czekały na obnażenie mojej zacnej bladej dupy.

Biegło się ciężko, nie tylko ze względu na mój notoryczny brak formy, ale było też gorąco, no i ten piach…

Na szczęście wzięłam ze sobą plecak z workiem na wodę, który mnie zdecydowanie spowalniał, ale dzięki tej wodzie jakoś doczłapałam się do końca.

A potem już tylko regeneracja w restauracji SaigonKa, na którą zdecydowałam się po przeczytaniu rekomendacji Pyzy.

Woda wodą, ale tropikalna lemoniada i kokos przywróciły mnie do życia.

Potem już tradycyjna polska dieta – kaszanka, pierogi i rosół z makaronem i wkładką mięsną.

A do SaigonKi wrócę jeszcze na kociołki, może po kolejnym dłuższym wybieganiu.

Advertisements