Category Archives: Ogólnie: nie ogarniam

miał być krótki wpis o pogodzie i zapierdalaniu w kółko po parku, ale to był tylko pretekst dla kolejnego przydługiego tytułu

Co tam u mnie, pytacie? Dziękuję, ujdzie. Dochodzę do siebie po jakiejś nagłej i przeraźliwej utracie sił witalnych. Raz z zajęć fitness musiałam wyjść po 20 minutach, co by scen nie robić i na blady pysk nie paść – przecież nie będę na siłownię do Bydgoszczy jeździła. Do pracy też przestałam chodzić, bo gdzie bycie w chuj korporacyjną i uśmiechniętą. Po tygodniu przebywania z samą sobą i moim nowym oczyszczaczem powietrza zrobiło się nawet całkiem sympatycznie, ale gdy któregoś ranka zjechałam windą do recepcji mojego aspirujacego blokowiska odebrać pozostawioną dla mnie paczkę z jedzeniem, wybiegł z recepcyjnego zaplecza pan z ochrony. I on bynajmniej nie wybiegł mnie powitać, jestem przekonana, że spieszył tym swoim korytarzem wyrzucając pod nosem “kurwa kurwa jprdl”, ale potem się chyba zorientował, że są tacy ludzie, co tydzień z domu nie wychodzą, w sumie są niegroźni, wystarczy trochę jasnego światła i butem w ich umowne 45cm. Wygładził krawat i grzywkę, coś tam. Przetrwałam tak do końca weekendu, nawiązałam bardzo bliską więź z kurierem, którego nigdy nie spotkałam, ale przynosił mi jedzenie, więc wiecie. Potem w ramach przygotowania do poniedziałku poszłam na siłownię i na jogę, aby popatrzeć na nienetflixowych ludzi. I na tej fali dopłynęłam dzisiaj do biura, wcześniej jednak oddając kubeł krwi na kolejne badania, których wyniki po latach prób w końcu spadły o te trzy jebane punkty i to jest powód, że w chuj z projektami, bo o trzy punkty w dół i jestem tylko o punkt od normy (zawsze ten jebany punkt). Ale ja nie o tym, chciałam tylko napisać, że dzisiaj było takie powietrze, że nawet nie włączyłam komputera i internetu po powrocie do domu i poszłam biegać. I słuchałam Fleetwood Mac i nie mogłam znaleźć Gold Dust Woman w wykonaniu Hole, ale jak zacznę pisać o tym, że tam są tylko wersje karaoke, to nigdy nie skończę tego wpisu, a jest już po północy i znowu będę musiała wrzucać z datą wsteczną.

Advertisements

muszę szybko napisać, bo nie wytrzymam

Zbieram się do napisania większego wpisu na temat krótkiego pobytu w Bangkoku, ale zanim to zrobię, muszę napisać tu i teraz, natychmiast, bo dłużej nie wytrzymam tego milczenia.

Otóż. Zjadłam robale. Skromnie, bo tylko dwa rodzaje, ale. Też ilościowo nie zadużo, ale nie dlatego, że się brzydziłam albo nie smakowały, tylko czasem mam alergie na krewetki (zwłaszcza te w pancerzach) i podobno na owady opancerzone mogę mieć również.

Oto one.

Larwa bambusowa (non pai) – praktycznie bez smaku, czuć tylko tłuszcz, w którym była smażona. Jest wysmażona na wiór. Rozpuszcza się na języku.

Świerszcz (tak ga tan) – również smażony na głębokim tłuszczu, ale fajnie chrupiący i w przyprawach – mój faworyt. Może dlatego, że wychowałam się przy Filipie, tym od Mai, i czuję jakąś więź.

Poza tym, były też żaby, które juz kiedyś jadłam, ale te nie były najlepsze. Smażone w cieście na głębokim tłuszczu. Nie były chrupiące, raczej gumiaste.

Dziękuję za uwagę!


nieuchronna wola moich demonów

Kierat 2016 – relacja, część I …ciąży nade mną niczym fatum nad bohaterami tragedii greckiej. Ale, żeby nie popaść w zbędny patos, bo w końcu mówię tylko o spakowaniu plecaka na Kierat, sparafrazuję prostymi słowami: znowu zje*ałam. No, może nie wszystko, bo buciory kupiłam z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, a spodnie, dopinaną torbę do plecaka i stuptuy całe […]

via nieuchronna wola moich demonów — I Started Training Only Yesterday


love is in the air

Widok z 22-go piętra.

image


ku przestrodze

Pisałam już wczoraj, żeby nie zawracać sobie głowy noworocznymi postanowieniami. A jednak sama dałam się wciągnąć w tę sekciarską lekturę. Przy każdym kliknięciu w kolejny link powtarzałam sobie, że jestem odporna,  że mnie to nie rusza, a przeglądam tylko z ciekawości.

Jednak z każdym przeczytanym artykułem moja czujność słabła i w końcu wpadłam. I to nie w jakiś detoks cukrowy albo inne “od nowego roku biegam“. Nie. Poszłam w hardkor. Zaczęłam rozważać tzw. suchy styczeń. 31 dni bez alkoholu.

To nie mogło ujść płazem. Trzask! Prask! Kabum! Pfffszszsz! Pojawił się nagle Duch Szkockiej Whisky i strącił, tuż pod moje stopy, jedną z dwóch zakupionych dzień wcześniej butelek.

Powinnam była rozpaczać, wyrywać włosy z głowy. Tymczasem przyglądałam się rozgrywającej się tragedii bez emocji. Co więcej, ogarnął mnie dziwnie błogi spokój i dopiero po chwili zrozumiałam, że do mózgu dotarł zapach dymu, torfu i morskiej bryzy.

Z transu wyrwał mnie Duch pogardliwym “oszczędziłem ci sprzątania odrobinek szkła, bo butelka była jeszcze w pudełku. Ale na przyszłość, nie wkurwiaj mnie.”

Dwa razy nie trzeba mi powtarzać, nie będę igrać z losem. Czego i Wam, Drodzy Czytelnicy, serdecznie radzę.

10724178_1950724075153714_1522264826_n


porady od serca na Nowy Rok i nowy rok

Może jeszcze nie jest za późno i zdążycie przeczytać jak poprawnie odpalać sylwestrowe (i nie tylko) petardy i rakiety. Albo w ogóle dajcie sobie z tym spokój.

image

Możecie sobie też odpuścić jedno z najpopularniejszych z noworocznych postanowień. To bez sensu.

Wersja do przeczytania tutaj.


wesołych melodii

I strojnej choineczki.

2015-12-24 17.07.43