Category Archives: Żarło i Piło

meta z gwiazdką

Sensacją w wiadomościach kulinarnych było przyznanie gwiazdki Michelin dwóm singapurskim stoiskom (hawker stall).

Do pierwszego, Hill Street Tai Hwa Pork Noodles, pobiegłam jednym z licznych Park Connectors (PCN). Trasa wiedzie praktycznie przez centrum, ale z dala od ulic, wzdłuż rzeki Geylang.

Stoisko mieści się w bardo małym, zupełnie przeciętnym hawker center. Wyróżnia się jedynie tabliczką informującą o przyznanej gwiazdce i długą kolejką.

Najpierw należy wystać swoje, by złożyć zamówienie. Następnie wraca się do kolejki i czeka na zamówione danie. Wszystko twa bardzo długo, no ale poświęcenie itd.

W kuchni panuje pełne skupienie, tu nie ma czasu na nic innego niż wypuszczenie kolejnej miski. Taśma.

Taki łakomczuch ze mnie, że zamówiłam dwa dania. Pierwszym są kluchy (szerokie, żółte) z dodatkami takimi jak wątróbka wieprzowa, kulki mięsne, mięso mielone, pierożki chińskie, chrupka ryba smażona i słonina wieprzowa. To wszystko polane mała ilością sosu doprawionym między innymi octem. Ta wersja jest “na sucho”, ale można też dostać jako zupę. Ja chciałam poczuć wszystkie aromaty w skondensowanej formie.

Kolejną potrawą była zupa mieszana. W sumie na bazie tych samych składników, ale z dodatkiem wodorostów i bez specjalnego sosu, makaronu.

To proste dania, ale bogate w smaku, mogłabym je jeść do rozpuku. Jedna z tych misek w zupełności by wystarczyła, no ale. Dlatego muszę za jedzeniem  biegać.

Advertisements

east coast i rojak (nie mylić z kojak)

W sumie planowałam tę trasę już od jakiegoś czasu i to rozpoczynając od strony bliżej Centrum, żeby skończyć w East Coast Lagoon Food Village. Ale – jak pisałam wcześniej – przenieśli budkę z laksa na drugi koniec miasta, zatem bieg był od wschodu na zachód, żeby dopasować się do innego centrum kulinarnego.

singapore_20170104_2

Muszę przyznać, że zachodni koniec parku wzdłuż East Coast Road bardzo rozczarowuje. Samochody hałasują, jest daleko od brzegu i monotonnie. Lepiej chyba zacząć właśnie tam zostawiając cały syf za plecami i zbliżać się do celu w coraz ładniejszym otoczeniu.

Z mety to już był tylko rzut beretem do Old Airport Food Centre, gdzie spróbowałam bardzo dziwacznej potrawy o nazwe rojak. Można sobie zajrzeć do Wiki i przekonać się, że jednak to prawda, że co kraj, to obyczaj. Nazwę tłumaczy się jako mieszanka i tak to chyba powstało – taki azjatycki bigos.

U mnie na talerzu było chyba tak: you tiao, kiełki fasoli mung, tau pok, biała rzodkiew, ananas, ogórek i prażone orzechy arachidowe. To wszystko polane było gęstym i słodkim fermentowanym sosem krewetkowym. Wedle życzenia klienta potrawa doprawiana jest na ostro. Do powyższego miksu dodałam jeszcze jajko stuletnie.

Wszystko to popiłam napojem z gałki muszkatołowej, podobno.


muszę szybko napisać, bo nie wytrzymam

Zbieram się do napisania większego wpisu na temat krótkiego pobytu w Bangkoku, ale zanim to zrobię, muszę napisać tu i teraz, natychmiast, bo dłużej nie wytrzymam tego milczenia.

Otóż. Zjadłam robale. Skromnie, bo tylko dwa rodzaje, ale. Też ilościowo nie zadużo, ale nie dlatego, że się brzydziłam albo nie smakowały, tylko czasem mam alergie na krewetki (zwłaszcza te w pancerzach) i podobno na owady opancerzone mogę mieć również.

Oto one.

Larwa bambusowa (non pai) – praktycznie bez smaku, czuć tylko tłuszcz, w którym była smażona. Jest wysmażona na wiór. Rozpuszcza się na języku.

Świerszcz (tak ga tan) – również smażony na głębokim tłuszczu, ale fajnie chrupiący i w przyprawach – mój faworyt. Może dlatego, że wychowałam się przy Filipie, tym od Mai, i czuję jakąś więź.

Poza tym, były też żaby, które juz kiedyś jadłam, ale te nie były najlepsze. Smażone w cieście na głębokim tłuszczu. Nie były chrupiące, raczej gumiaste.

Dziękuję za uwagę!


dziko na zachodzie

Po wyspie Pulau Ubin wybrałam się na zachodnią stronę Singapuru, do kolejnego parku. Myślałam, że w tym temacie nic mnie już tutaj nie zaskoczy.

Tymczasem Bukit Timah Nature Reserve przywitał od razu stromym podejściem na skromne, ale najwyższe wzniesienie wyspy o wysokości 163m n.p.m. Ale to nie podejście dało mi w kość, a wszechobecne schody. Nierówne, ze stopniami wysokimi nawet na kolano.

Jak widać, to nie jest park na łatwy spacerek, zwłaszcza przy panującej duchowe. Oprócz schodów są też wąskie ścieżki, skalne “momenty” i jaskinie (za kratami).

Podnobno flora i fauna jest tutaj nabogatsza ze wszystkich rezerwatów singapurskich. Można spokojnie zrobić z tego całodniową wycieczkę. Przewodnik poleca przysiąść w wyznaczonych miejscach i poobserwować naturę w ciszy. Ja przyszłam tu na bieganie, więc nie przesiadywałam, ale i tak udało mi się zobaczyć kilka fajnych motyli i Dicrurus paradiseus z fantazyjnym ogonem. Nie zaliczyłam też wszystkich dostępnych tras, więc jest powód, żeby wrócić.

Niedaleko parku znajduje się Bukit Timah Market and Food Centre, w którym można spróbować jednego z najlepszych carrot cakes w Singapurze. Uwaga, carrot cake to nie jest deserowe ciasto marchewkowe. Głównym składnikiem jest ciasto rzodkiewkowe (biała rzodkiew Daikon, mąka ryżowa), jajka i konserwowana rzodkiew. Są dwa rodzaje carrot cake – jasny i ciemny (z sosem sojowym). Najczęściej wyglądają jak mało apetyczna kupa, zwłaszcza z sosem sojowym, ale nie w tym miejscu.

Natomiast na deser zjadłam bean curd, co można przetłumaczyć jako ser sojowy, albo najzwyczajniej tofu. W ofercie było kilka wariantów, ja wybrałam z orzechami arachidowymi. Przy okazji można zaobserwować jak ów deser powstaje, bo w tym miejscu właściciele przygotowują wszystko sami i na miejscu, a w dodatku chwalą się, że wykorzystują niezmodyfikowaną genetycznie soję z Kanady. Myślę, że smakosze tofu doceniliby to co się tutaj wyrabia.


nostalgiczny pulau ubin

Oficjalne przewodniki polecają wyspę Pulau Ubin jako przykład tego, jak wyglądał Singapur w latach 60. ubiegłego wieku. Że wioska, cicho, spokojnie i generalnie chill out. Z tą historią to nie wiem, ale faktycznie – na wyspie można się zupełnie odprężyć i zapomnieć, że należy do nowoczesnego miasta.

Na Pulau Ubin można dostać się z Changi Point Ferry Terminal, z którego wypływają łodzie również do Malezji (Pengerang). We wrześniu br. o porcie można było przeczytać w prasie ze względu na znalezioną kontrabandę i mówiło się o jego zamknięciu. Jak na razie jest czynny. Sam port mieści się w Changi Village o klimacie sennych nadmorskich miasteczek. Obowiązkowo z hawker center, w którym można się posilić przed drogą, np. kawą na wynos.

Łodzie kursują od świtu do zmierzchu, nie ma rozkładu jazdy. Przewoźnicy czekają, aż uzbiera się dwunastoosobowa grupa i dopiero wtedy ruszają. W trakcie rejsu zbierają S$3 od osoby. Oczywiście, można zapłacić za 12 miejsc i popłynąć bez czekania, jeżeli komuś się spieszy, ale to chyba nie o to chodzi na tej wycieczce. Odległość od portu do portu to 2.5km, my płynęliśmy 10 minut.

Na wyspie, po prawej stronie portu wita policja, natomiast szlak turystyczny prowadzi na lewo. Najpierw przez kilka wypożyczalni rowerów, ale nie zdziwiłabym się, gdyby wszystkie należały do jednej rodziny.

Rowery są różne, w różnym stanie. MTB, trekkingowe, z koszyczkiem, tandemy. Wypożyczenie mojego już z lekka zużytego MTB kosztowało S$10 na cały dzień. Te nowsze kosztują drugie tyle, bo jak powiedział właściciel – “jezcze na siebie nie zarobiły”. I pewnie im łańcuch nie spada, i hamulce sprawniej działają. Może i można się było targować, ale ja nie umiem i nie lubię, w ogóle mi to nie przyszło do głowy. I taka ciekawostka, że nie trzeba okazywać żadnego dokumentu albo dawać go w zastaw.

Przed rozpoczęciem wycieczki wszyscy mijają sklep / kawiarnię / cokolwiek to jest z kokosami. Podczas gdy właścicielka niespiesznie, ale z wielką wprawą rozbija tasakiem kokosy dla spragnionych, ja zajrzałam do sklepu. To jest takie miejsce, gdzie być może towar faktycznie leży od lat 60.

Co do samej wyspy, to jest cała pięknie dżunglowo zarośnięta. Są miejsca, w których uprawia się zioła, jest sad. Są ulice asfaltowe i szutry. Większość ludzi przemieszcza się rowerem, ale jest też taxi service.

Ze zwierząt, na pierwszy rzut oka, można zobaczyć dzikie świnie, małpy, kraby, motyle. Są też psy tysiąc razy bardziej leniwe niż te, które spotkałam w Stambule. Jeden taki leżał na środku drogi asfaltowej. Nie bardzo zwracał na nas uwagę, tak samo jak na samochód, który zjechał z drogi na pobocze, żeby go ominąć.

Przy drogach ustawione są liczne tabliczki informujące o mijanych roślinach, ale też o muzułmańskich cmentarzach. Trzeba się bardzo dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć ledwo wystające nagrobki.

Ciekawa jest wycieczka przez Chek Jawa Wetlands – namorzyny oraz wzdłuż brzegu morza. Trzeba zwrócić uwagę na przypływ, bo część trasy chyba jest wtedy niedostępna. Informacje o poziomie wody i godzinach przypływu podane są na stronie internetowej, ale też przed wejściem na szlak. Rowery należy zostawić przed wejściem. Trochę się martwiłam, że nie mam zapięcia, ale też nie miały ich wszystkie pozostałe rowery czekające na swoich tymczasowych właścicieli.

Uwaga, na powyższym zdjęciu udało mi się uwiecznić ewolucję. Tak to wyglądało.

Zwiedziłam tylko wschodnią część wyspy, bo dosyć późno wyszłam z domu, ale zdecydowanie wrócę zaliczyć to co zostało – między innymi rowerową trasę MTB.

Fajnie byłoby pojechać ze swoim rowerem, ale sam transport jest utrudniony, jeżeli nie ma się własnego samochodu. Metrem rowerów nie można przewozić, chyba że składay (w ramach obecnie trwającego pilotażu), a w autobusie może znajdować się tylko jeden taki składak. Można oczywiście taksówką, ale szkoda pieniędzy. Transport roweru łodzią kosztuje S$2.


jestem jak feniks — I Started Training Only Yesterday

…tylko odrodzenie jeszcze przede mną, na razie spal(ił)am się. Jak dziecko bez wyznaczonych granic, bez chwili zastanowienia nad konsekwencjami, pobiegłam gdy słońce było w najwyższym punkcie, a niebo wyjątkowo niebieskie jak na często przychmurzone singapurskie warunki. Na szczęście będę miała jeszcze kilka dni na poprawienie się. Tym razem celem biegu był reserwat Bedok we wschodniej części […]

via jestem jak feniks — I Started Training Only Yesterday


z pigwami to jeszcze nie koniec

Pigwy chyba nadal w natarciu, więc jeszcze rzutem na taśmę zapodaję szabrowniczych przygód ciąg dalszy.

Dla przypomnienia, ostatnio na tapecie był deser turecki, tylko zabrakło typowej tureckiej śmietany kaymak, w miejsce której zapodałam serek ricotta. Prawie, ale to jednak nie to samo.

Tym razem zdecydowałam się eksperymentować z membrillo, czyli hiszpańskim specjałem  w postaci galaretki. Albo jak komu wyjdzie – marmolady.

Korzystałam z tego przepisu, albo można posiłkować się tym po polsku. Generalnie, myślą przewodnią powinno być “nie przypalić”.

Przed gotowaniem, do krojenia pigw wykorzystałam tego “jabłkowego narzędzia” wykrawającego środek owocu, a resztę na osiem części.

Do gotowania wrzuciłam wszystko, łącznie z pestkami. Należy wygotować pigwy + pół cytryny do miękkości. Można to zrobić w garnku z wodą na kuchence lub w żeliwnym w piekarniku. Gdy owoce będą miękke a woda prawie odparuje, należy wyjąć cytrynę i zmiksować całość w blenderze. Wszystko przepuściłam przez sito, chociaż powinnam była być bardziej dokładna, bo zostały maciupeńkie ziarenka, które jednak zostają w zębach i trzeba nieelegancko sobie w nich dłubać.

Ostatnim krokiem jest przełożenie masy do pojemnika wyłożonego papierem do pieczenia i albo wstawienie do piekarnika, albo suszarki do potraw. Nie wiedzieć czemu, miałam jakieś nieuzasadnione lęki przed osatnim krokiem w piekarniu, więc potrzymałam zbyt krótko, a suszarki nie posiadam. Wyszła marmolada, a nie sztywna galaretka.

Wg. hiszpańskiego zwyczaju serwuje się to z serem Manchego. Nie udało mi się go kupić na czas, więc próbowałam z włoskim Pecorino. W samej marmoladzie, dzięki mniejszej ilości cukru, bardzo fajnie czuć typowy smak i aromat piwgy. Jednak cóż mogę więcej powiedzieć:  zabrakło typowej tureckiej śmietany kaymak.

PS. Próbna porcja Memrillo została zjedzona za jednym posiedzeniem, bo zabrakło deseru (czytaj: baklava) do obiadu .