dziko na zachodzie

Po wyspie Pulau Ubin wybrałam się na zachodnią stronę Singapuru, do kolejnego parku. Myślałam, że w tym temacie nic mnie już tutaj nie zaskoczy.

Tymczasem Bukit Timah Nature Reserve przywitał od razu stromym podejściem na skromne, ale najwyższe wzniesienie wyspy o wysokości 163m n.p.m. Ale to nie podejście dało mi w kość, a wszechobecne schody. Nierówne, ze stopniami wysokimi nawet na kolano.

Jak widać, to nie jest park na łatwy spacerek, zwłaszcza przy panującej duchowe. Oprócz schodów są też wąskie ścieżki, skalne “momenty” i jaskinie (za kratami).

Podnobno flora i fauna jest tutaj nabogatsza ze wszystkich rezerwatów singapurskich. Można spokojnie zrobić z tego całodniową wycieczkę. Przewodnik poleca przysiąść w wyznaczonych miejscach i poobserwować naturę w ciszy. Ja przyszłam tu na bieganie, więc nie przesiadywałam, ale i tak udało mi się zobaczyć kilka fajnych motyli i Dicrurus paradiseus z fantazyjnym ogonem. Nie zaliczyłam też wszystkich dostępnych tras, więc jest powód, żeby wrócić.

Niedaleko parku znajduje się Bukit Timah Market and Food Centre, w którym można spróbować jednego z najlepszych carrot cakes w Singapurze. Uwaga, carrot cake to nie jest deserowe ciasto marchewkowe. Głównym składnikiem jest ciasto rzodkiewkowe (biała rzodkiew Daikon, mąka ryżowa), jajka i konserwowana rzodkiew. Są dwa rodzaje carrot cake – jasny i ciemny (z sosem sojowym). Najczęściej wyglądają jak mało apetyczna kupa, zwłaszcza z sosem sojowym, ale nie w tym miejscu.

Natomiast na deser zjadłam bean curd, co można przetłumaczyć jako ser sojowy, albo najzwyczajniej tofu. W ofercie było kilka wariantów, ja wybrałam z orzechami arachidowymi. Przy okazji można zaobserwować jak ów deser powstaje, bo w tym miejscu właściciele przygotowują wszystko sami i na miejscu, a w dodatku chwalą się, że wykorzystują niezmodyfikowaną genetycznie soję z Kanady. Myślę, że smakosze tofu doceniliby to co się tutaj wyrabia.

Advertisements

nostalgiczny pulau ubin

Oficjalne przewodniki polecają wyspę Pulau Ubin jako przykład tego, jak wyglądał Singapur w latach 60. ubiegłego wieku. Że wioska, cicho, spokojnie i generalnie chill out. Z tą historią to nie wiem, ale faktycznie – na wyspie można się zupełnie odprężyć i zapomnieć, że należy do nowoczesnego miasta.

Na Pulau Ubin można dostać się z Changi Point Ferry Terminal, z którego wypływają łodzie również do Malezji (Pengerang). We wrześniu br. o porcie można było przeczytać w prasie ze względu na znalezioną kontrabandę i mówiło się o jego zamknięciu. Jak na razie jest czynny. Sam port mieści się w Changi Village o klimacie sennych nadmorskich miasteczek. Obowiązkowo z hawker center, w którym można się posilić przed drogą, np. kawą na wynos.

Łodzie kursują od świtu do zmierzchu, nie ma rozkładu jazdy. Przewoźnicy czekają, aż uzbiera się dwunastoosobowa grupa i dopiero wtedy ruszają. W trakcie rejsu zbierają S$3 od osoby. Oczywiście, można zapłacić za 12 miejsc i popłynąć bez czekania, jeżeli komuś się spieszy, ale to chyba nie o to chodzi na tej wycieczce. Odległość od portu do portu to 2.5km, my płynęliśmy 10 minut.

Na wyspie, po prawej stronie portu wita policja, natomiast szlak turystyczny prowadzi na lewo. Najpierw przez kilka wypożyczalni rowerów, ale nie zdziwiłabym się, gdyby wszystkie należały do jednej rodziny.

Rowery są różne, w różnym stanie. MTB, trekkingowe, z koszyczkiem, tandemy. Wypożyczenie mojego już z lekka zużytego MTB kosztowało S$10 na cały dzień. Te nowsze kosztują drugie tyle, bo jak powiedział właściciel – “jezcze na siebie nie zarobiły”. I pewnie im łańcuch nie spada, i hamulce sprawniej działają. Może i można się było targować, ale ja nie umiem i nie lubię, w ogóle mi to nie przyszło do głowy. I taka ciekawostka, że nie trzeba okazywać żadnego dokumentu albo dawać go w zastaw.

Przed rozpoczęciem wycieczki wszyscy mijają sklep / kawiarnię / cokolwiek to jest z kokosami. Podczas gdy właścicielka niespiesznie, ale z wielką wprawą rozbija tasakiem kokosy dla spragnionych, ja zajrzałam do sklepu. To jest takie miejsce, gdzie być może towar faktycznie leży od lat 60.

Co do samej wyspy, to jest cała pięknie dżunglowo zarośnięta. Są miejsca, w których uprawia się zioła, jest sad. Są ulice asfaltowe i szutry. Większość ludzi przemieszcza się rowerem, ale jest też taxi service.

Ze zwierząt, na pierwszy rzut oka, można zobaczyć dzikie świnie, małpy, kraby, motyle. Są też psy tysiąc razy bardziej leniwe niż te, które spotkałam w Stambule. Jeden taki leżał na środku drogi asfaltowej. Nie bardzo zwracał na nas uwagę, tak samo jak na samochód, który zjechał z drogi na pobocze, żeby go ominąć.

Przy drogach ustawione są liczne tabliczki informujące o mijanych roślinach, ale też o muzułmańskich cmentarzach. Trzeba się bardzo dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć ledwo wystające nagrobki.

Ciekawa jest wycieczka przez Chek Jawa Wetlands – namorzyny oraz wzdłuż brzegu morza. Trzeba zwrócić uwagę na przypływ, bo część trasy chyba jest wtedy niedostępna. Informacje o poziomie wody i godzinach przypływu podane są na stronie internetowej, ale też przed wejściem na szlak. Rowery należy zostawić przed wejściem. Trochę się martwiłam, że nie mam zapięcia, ale też nie miały ich wszystkie pozostałe rowery czekające na swoich tymczasowych właścicieli.

Uwaga, na powyższym zdjęciu udało mi się uwiecznić ewolucję. Tak to wyglądało.

Zwiedziłam tylko wschodnią część wyspy, bo dosyć późno wyszłam z domu, ale zdecydowanie wrócę zaliczyć to co zostało – między innymi rowerową trasę MTB.

Fajnie byłoby pojechać ze swoim rowerem, ale sam transport jest utrudniony, jeżeli nie ma się własnego samochodu. Metrem rowerów nie można przewozić, chyba że składay (w ramach obecnie trwającego pilotażu), a w autobusie może znajdować się tylko jeden taki składak. Można oczywiście taksówką, ale szkoda pieniędzy. Transport roweru łodzią kosztuje S$2.


park zastępczy

To co wczoraj odwołał deszcz, dzisiaj też się nie udało, bo moja wypatrzona jadłodajnia przeniosła się na drugi koniec miasta i muszę wymyślić nowy plan.

Dlatego wybrałam się do Tampines Eco Green. Wypatrzyłam ten park jadąc metrem do Pasir Ris dzień wcześniej i wydawał się być zupełnie dziki w porównaniu do większości singapurskich parków.

I praktycznie taki jest; wszystkie ścieżki są zielone, bez żwiru, bez asfaltu. Oczywiście nie byłby to Singapur, gdyby nawet te zielone ścieżki nie byłyby perfekcyjnie wygolone. A jak, nawet trafiłam na ekipę powstrzymującą szaloną florę przed wtargnięciem na trasy dla ludzi.

Jednak  gwiazdą parku jest eko toaleta. Niektórzy znają to jako poczciwy wychodek, ale jak na singapurskie standardy przystało, nie poznasz w tych betonowych szatach. Jest instrukcja użytkowania, diagram wyjaśniający jak to działa i cała ideologia.

Park przebiega się szybko, bo całość ma zaledwie 36.5 ha i cztery ścieżki na krzyż. Najlepiej w ciągu dnia, bo nie ma nocnego oświetlenia. Chyba, że z czołówką. Za dnia spotkałam tych ponurych milczących typów, strach pomyśleć, co tu się dzieje w nocy. Trzeba też uważać, bo co między nogami biegają małe jaszczurki. Raczej im się krzywda nie stanie, ale można się wystraszyć.

Trening wyglądał prawie tak jak na obrazkach poniżej, tylko trochę dłuższy, bo zapomniałam włączyć endomondo po przerwie na zdjęcie. Dlatego spory odcinek przebiegłam jeszcze raz, żeby pokazać trasę. To na zielono się nie liczy.

20161223_singapore2

Coś tam faktycznie budują po drugiej stronie Tampines Ave 12, ale raczej nie jest to przedłużenie parku.

20161223_singapore1

Żeby nie było wątpliwości, po biegu jadłam, ale tym razem własnej roboty. Przede wszystkim szybko i prosto. Grzyby, okra, cebula, czosnek, krewetki, małże i chlust sake. Do tego płatki ostrej papryki pul biber, wszystko razem się dusiło na patelni.


scylla serrata i koguty

kliknij zdjęcia, żeby powiększyć

Tyle ostrzeżeń przed małpami, dzikami, bezpańskim psami i spadającymi kokosami, ale nikt nie ostrzegł mnie przed kogutami. Tymczasem, w błogiej niewiedzy, biegałam sobie beztrosko po parku Pasir Ris. Aż stanęliśmy sobie na drodze. Ja i kogut. Tzn. nie zupełnie na drodze, bo ja na chodniku, a on na trawniku. I zanim zdążyłam cyknąć mu pamiątkową fotkę (bo przecież to kogut), czmychnął on był w krzaczory.

img_20161222_090737.jpg img_20161222_092907.jpg

Pasir Ris to kolejny sterylny singapurski park położony we wschodniej części miasta.

img_20161222_092040.jpg img_20161222_092233.jpg

img_20161222_131223.jpg

Jednak oprócz perfekcyjnie wygolonych trawników, drewniane kładki prowadzą do namorzyn (“lasy namorzynowe, mangrowe, mangrowia – wiecznie zielona, pionierska formacja roślinna wybrzeży morskich w niemal całej strefie międzyzwrotnikowej“). Panem na włościach jest tam przede wszystkim Scylla serrata, który kształtuje krajobraz. Te nasypy z piasku powstają, gdy kopie sobie podziemne gniazdo.

img_20161222_093257.jpg

Nie wiem czy to baby scylla serrata, ale tutaj akurat taki malutki wchodzi sobie do domku.

img_20161222_093610.jpg

A tak wyglądał dzisiejszy bieg.

20161221_singapore2

20161221_singapore1

2016-12-22-13.15.12.png.png

…i posiłek po (kurczak i małże skwierczące na gorącym półmisku, to co widać, sos curry i zupa miso).

img_20161222_093905.jpg


jestem jak feniks — I Started Training Only Yesterday

…tylko odrodzenie jeszcze przede mną, na razie spal(ił)am się. Jak dziecko bez wyznaczonych granic, bez chwili zastanowienia nad konsekwencjami, pobiegłam gdy słońce było w najwyższym punkcie, a niebo wyjątkowo niebieskie jak na często przychmurzone singapurskie warunki. Na szczęście będę miała jeszcze kilka dni na poprawienie się. Tym razem celem biegu był reserwat Bedok we wschodniej części […]

via jestem jak feniks — I Started Training Only Yesterday


z pigwami to jeszcze nie koniec

Pigwy chyba nadal w natarciu, więc jeszcze rzutem na taśmę zapodaję szabrowniczych przygód ciąg dalszy.

Dla przypomnienia, ostatnio na tapecie był deser turecki, tylko zabrakło typowej tureckiej śmietany kaymak, w miejsce której zapodałam serek ricotta. Prawie, ale to jednak nie to samo.

Tym razem zdecydowałam się eksperymentować z membrillo, czyli hiszpańskim specjałem  w postaci galaretki. Albo jak komu wyjdzie – marmolady.

Korzystałam z tego przepisu, albo można posiłkować się tym po polsku. Generalnie, myślą przewodnią powinno być “nie przypalić”.

Przed gotowaniem, do krojenia pigw wykorzystałam tego “jabłkowego narzędzia” wykrawającego środek owocu, a resztę na osiem części.

Do gotowania wrzuciłam wszystko, łącznie z pestkami. Należy wygotować pigwy + pół cytryny do miękkości. Można to zrobić w garnku z wodą na kuchence lub w żeliwnym w piekarniku. Gdy owoce będą miękke a woda prawie odparuje, należy wyjąć cytrynę i zmiksować całość w blenderze. Wszystko przepuściłam przez sito, chociaż powinnam była być bardziej dokładna, bo zostały maciupeńkie ziarenka, które jednak zostają w zębach i trzeba nieelegancko sobie w nich dłubać.

Ostatnim krokiem jest przełożenie masy do pojemnika wyłożonego papierem do pieczenia i albo wstawienie do piekarnika, albo suszarki do potraw. Nie wiedzieć czemu, miałam jakieś nieuzasadnione lęki przed osatnim krokiem w piekarniu, więc potrzymałam zbyt krótko, a suszarki nie posiadam. Wyszła marmolada, a nie sztywna galaretka.

Wg. hiszpańskiego zwyczaju serwuje się to z serem Manchego. Nie udało mi się go kupić na czas, więc próbowałam z włoskim Pecorino. W samej marmoladzie, dzięki mniejszej ilości cukru, bardzo fajnie czuć typowy smak i aromat piwgy. Jednak cóż mogę więcej powiedzieć:  zabrakło typowej tureckiej śmietany kaymak.

PS. Próbna porcja Memrillo została zjedzona za jednym posiedzeniem, bo zabrakło deseru (czytaj: baklava) do obiadu .


szabrownictwa słodkie skutki

Wiki opisuje to zjawisko tak:

“Szaber – proceder przestępczy, polegający na grabieży mienia pozostającego bez opieki w wyniku klęsk żywiołowych, przewrotów społecznych lub konfliktów zbrojnych (z niem. schaben – zeskrobywać; tu: zdrapywać, rozdrapywać majątek). Zjawisko znane od czasów starożytnych.”

A tak wygląda legalny szaber:

– No, hejka, są pigwy! Wpadajcie! Tu przeszła burza, ale poza tym jest ok. Masz drabinę, tylko nie spadnij. To ja potrząsnę, a ty zbieraj, tylko uważaj na głowę, bo może zaboleć. A może śliwki? Ale nie wiem, one takie… Ale winogrona lubisz?”

img_20160910_202809

Życie jest piękne, prawda?

Od razu na próbę zabrałam się za najpopularniejszy turecki deser z pigwą w roli głównej, Ayva Tatlısıi zrobiłam go wg. przepisu Özlem.

Składniki:
2 średniej wielkości pigwy
150g cukru
6 goździków
470ml wody
30ml soku z cytryny – ale wg. przepisu on nie jest nigdzie dodawany i jest chyba tylko do potraktowania pigwy, żeby nie ściemniała
30ml mielonego cynamonu

Najpierw należy przeciąć pigwy na pół – od zagłębienia kielichowego (tak to się nazywa fachowo) po szypułkę. Dalej, w zależności od stopnia dojrzałości owocu, będzie łatwo albo trochę mniej. U mnie było trochę mnej, a raczej bardzo bardzo mniej. Musiałam się nieźle napracować, by usunąć całą komorę nasienną i wykorzystałam do tego (bardzo ostrożnie) aż trzy rodzaje noży i łyżeczkę. Na koniec pozostaje obranie pigwy ze skórki. Niczego nie wyrzucamy, zwłaszcza pestek – one pomagają pigwie nabrać zupełnie innego koloru. Na każdym etapie obierania pigwy przecieram ją cytryną, żeby nie ściemniała (w pięknym kraju nad Wisłą to ostatnio straszne faux pas).

Do przetestowania jest pozostawienie komory noasiennej na czas gotowania i delikatnie wydłubać gdy owoc będzie już mięciutki. Na razie wszystkie filmy na youtube pokazują wydłubywanie przed gotowaniem, ale też na dojrzałych owocach, więc bez większego wysiłku.

img_20160911_081232

Dalej to już pikuś, chyba, że  ktoś będzie ubijał na pył cynamon w moździerzu, tak jak ja. Bierzemy garnek lub patelnię, układamy na dnie skórkę i komory nasienne + pestki, a na to układamy połówki pigwy dziurką do góry. Posypujemy cukrem, wrzucamy goździki i zalewamy wodą. Doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy ogień i gotujemy lekko przez 40 minut. Przepis mówi, żeby było to delikatne wrzenie i po tym czasie powinniśmy zaobserować zagęszczenie płynu. Ja chyba musiałam gotować zbyt lekko, bo nic takiego nie zaszło.

img_20160911_081757

Owoce obróciłam na drugą stronę, dosypałam cynamon i nastawiłam na kolejne 40 minut, tym razem na trochę większym ogniu.  W sumie to nie trzeba tego cynamonu ubijać i można wrzucić całą laskę – przy tym czasie gotowania aromat spokojnie się rozejdzie. Zawsze moża też kupić już zmielony cynamon, ale ja się od tego odcinam.

img_20160911_082158

Ponieważ 80 minuta gotowania przypadła grubo po północy, wyłączyłam ogień i zostawiłam przykryty garnek na kuchence na noc – z resztą przepis mówi, żeby po ugotowaniu zostawić do ostudzenia.

Rano wstałam i z braku śmietany kaymak zaserwowałam sobie na śniadanie z serem ricotta. Przydałyby się też kruszone pistacje, ale nie mogłam się doczekać otwarcia sklepów.

Afiyet Olsun! A organizatorce “legalnego szabru” piękne dziękuję 🙂

img_20160911_082750

PS Z czym można jeszcze gotować pigwę? Ze skórką cytryny lub pomarańczy, laską wanilii , anyżem, kardamonem , świeżym imbirem.