Tag Archives: Pulau Ubin

nostalgiczny pulau ubin

Oficjalne przewodniki polecają wyspę Pulau Ubin jako przykład tego, jak wyglądał Singapur w latach 60. ubiegłego wieku. Że wioska, cicho, spokojnie i generalnie chill out. Z tą historią to nie wiem, ale faktycznie – na wyspie można się zupełnie odprężyć i zapomnieć, że należy do nowoczesnego miasta.

Na Pulau Ubin można dostać się z Changi Point Ferry Terminal, z którego wypływają łodzie również do Malezji (Pengerang). We wrześniu br. o porcie można było przeczytać w prasie ze względu na znalezioną kontrabandę i mówiło się o jego zamknięciu. Jak na razie jest czynny. Sam port mieści się w Changi Village o klimacie sennych nadmorskich miasteczek. Obowiązkowo z hawker center, w którym można się posilić przed drogą, np. kawą na wynos.

Łodzie kursują od świtu do zmierzchu, nie ma rozkładu jazdy. Przewoźnicy czekają, aż uzbiera się dwunastoosobowa grupa i dopiero wtedy ruszają. W trakcie rejsu zbierają S$3 od osoby. Oczywiście, można zapłacić za 12 miejsc i popłynąć bez czekania, jeżeli komuś się spieszy, ale to chyba nie o to chodzi na tej wycieczce. Odległość od portu do portu to 2.5km, my płynęliśmy 10 minut.

Na wyspie, po prawej stronie portu wita policja, natomiast szlak turystyczny prowadzi na lewo. Najpierw przez kilka wypożyczalni rowerów, ale nie zdziwiłabym się, gdyby wszystkie należały do jednej rodziny.

Rowery są różne, w różnym stanie. MTB, trekkingowe, z koszyczkiem, tandemy. Wypożyczenie mojego już z lekka zużytego MTB kosztowało S$10 na cały dzień. Te nowsze kosztują drugie tyle, bo jak powiedział właściciel – “jezcze na siebie nie zarobiły”. I pewnie im łańcuch nie spada, i hamulce sprawniej działają. Może i można się było targować, ale ja nie umiem i nie lubię, w ogóle mi to nie przyszło do głowy. I taka ciekawostka, że nie trzeba okazywać żadnego dokumentu albo dawać go w zastaw.

Przed rozpoczęciem wycieczki wszyscy mijają sklep / kawiarnię / cokolwiek to jest z kokosami. Podczas gdy właścicielka niespiesznie, ale z wielką wprawą rozbija tasakiem kokosy dla spragnionych, ja zajrzałam do sklepu. To jest takie miejsce, gdzie być może towar faktycznie leży od lat 60.

Co do samej wyspy, to jest cała pięknie dżunglowo zarośnięta. Są miejsca, w których uprawia się zioła, jest sad. Są ulice asfaltowe i szutry. Większość ludzi przemieszcza się rowerem, ale jest też taxi service.

Ze zwierząt, na pierwszy rzut oka, można zobaczyć dzikie świnie, małpy, kraby, motyle. Są też psy tysiąc razy bardziej leniwe niż te, które spotkałam w Stambule. Jeden taki leżał na środku drogi asfaltowej. Nie bardzo zwracał na nas uwagę, tak samo jak na samochód, który zjechał z drogi na pobocze, żeby go ominąć.

Przy drogach ustawione są liczne tabliczki informujące o mijanych roślinach, ale też o muzułmańskich cmentarzach. Trzeba się bardzo dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć ledwo wystające nagrobki.

Ciekawa jest wycieczka przez Chek Jawa Wetlands – namorzyny oraz wzdłuż brzegu morza. Trzeba zwrócić uwagę na przypływ, bo część trasy chyba jest wtedy niedostępna. Informacje o poziomie wody i godzinach przypływu podane są na stronie internetowej, ale też przed wejściem na szlak. Rowery należy zostawić przed wejściem. Trochę się martwiłam, że nie mam zapięcia, ale też nie miały ich wszystkie pozostałe rowery czekające na swoich tymczasowych właścicieli.

Uwaga, na powyższym zdjęciu udało mi się uwiecznić ewolucję. Tak to wyglądało.

Zwiedziłam tylko wschodnią część wyspy, bo dosyć późno wyszłam z domu, ale zdecydowanie wrócę zaliczyć to co zostało – między innymi rowerową trasę MTB.

Fajnie byłoby pojechać ze swoim rowerem, ale sam transport jest utrudniony, jeżeli nie ma się własnego samochodu. Metrem rowerów nie można przewozić, chyba że składay (w ramach obecnie trwającego pilotażu), a w autobusie może znajdować się tylko jeden taki składak. Można oczywiście taksówką, ale szkoda pieniędzy. Transport roweru łodzią kosztuje S$2.