Tag Archives: Singapore

wielkie plany, większa kupa

Tak, to był zdecydowanie nieudany dzień pod względem realizacji planów, ale hej – spędzam niajciemniejszy (w Polsce) czas 142km od równika i ładuję witaminę D na zapas, wystraszył mnie monitor (jaszczur) i złapałam zająca. Nie mogę narzekać.

Zanim przejdę do części opisującej serię porażek, to streszczę co się wydarzyło na początku wycieczki, co mogło być pewną wskazówką co do reszty dnia. Najpierw przebiegłam tuż obok wielkiego jaszczura i zauważyłam go dopiero, gdy moje stopa była na wysokości jego głowy, oddalona niecałe 50cm. Jaszczur się tylko spojrzał i powoli poszedł dalej, natomiast ja się całkiem wystraszyłam i zezłościłam na siebie, że nie widzę, co się w około mnie dzieje. Zwłaszcza po lekturze o krokodylach dzień wcześniej.

lizard_head.jpg

lizard_whole

Oczywiście wszędzie małpy, chociaż ten tutaj siedział sobie sam, bez towarzystwa, zapatrzony w siną dal.

monkey.jpg

Gdy już zeszłam z kładki na ziemię, to oczywiście musiałam zaliczyć spektakularne wyrżnięcie o glebę. Nie wiem jak ja to robię, ale ciągle się potykam, więc upadki mam już pod kontrolą. Tutaj padłam z trochę większym impetem, stąd też siniak, który będzie mnie bolał przy biegu jeszcze przez kilka następnych dniach. Jest tak duży, że nie zakrywa go cała moja dłoń.

Ale wracając do planów. Były takie, żeby ponownie odwiedzić MacRitchie Reservoir, w którym byłam już podczas wcześniejszej wizyty w Singapurze. Tym razem chciałam zejść ze szlaku i odszukać w dżungli dawną świątynię Shinto, Syonan Jinja. Została zbudowana przez japońską armię podczas drugiej wojny światowej ku czci  żołnierzy japońskich poległych w walkach o Singapur. Świątynia została zburzona po przejęciu Singapuru przez wojska brytyjskie. W 2002, Rada Dziedzictwa Narodowego zakwalifikowała pozostałe ruiny jako miejsce historyczne, ale oprócz tego żadne inne działania nie zostały podjęte (źródło: Wiki).

Na openmaps jest zaznaczona ścieżka i wejście do dżungli znalazłam bez problemu. Od razu włączyła mi się lekka adrenalina, gdy zauważyłam jak często rozgałęzia się wąska ścieżka. Przez pierwsze 50 metrów widziałam oznaczenia na drzewach (farba lub “kokardka” z taśmy), ale niestety, potem zostały już same rozgałęzienia. Krótko mówiąc, stchurzyłam i zawróciłam po 75 metrach. Była 3pm, o 7pm zapada zmrok i nie chciałam ryzykować, mimo, że trasa to niecałe 1.5km. Jak później sprawdziłam na stronie National Parks, ten spacer mógł mnie kosztować S$2000. Tutaj można sobie zobaczyć relację śmiałków i jak to wszytko wygląda na miejscu i trochę więcej historii.

Dalszy program dnia przewidywał przemieszczenie się z rezerwatu MacRitchie do dawnego chińskiego cmentarza Bukit Brown, ale odcinek w MacRitchie, który mi był do tego potrzebny, jest akurat remontowany. Dlatego porzuciłam plany i zdecydowałam się wrócić do domu, wcześniej zaliczając spacer Tree Top Walk, czyli na kładce zawieszonej na wysokości koron drzew. To też nie było mi pisane, bo akurat w poniedziałki kładka jest nieczynna. Zdemotywowana, postanowiłam wyjść z parku do cywilizacji najkrótszą drogą i udać się do domu. Bez tradycyjnego posiłku pobiegowego. Na pocieszenie spotkałam jeszcze jednego małego jaszczura, tym razem bez zaskoczenia.


dziko na zachodzie

Po wyspie Pulau Ubin wybrałam się na zachodnią stronę Singapuru, do kolejnego parku. Myślałam, że w tym temacie nic mnie już tutaj nie zaskoczy.

Tymczasem Bukit Timah Nature Reserve przywitał od razu stromym podejściem na skromne, ale najwyższe wzniesienie wyspy o wysokości 163m n.p.m. Ale to nie podejście dało mi w kość, a wszechobecne schody. Nierówne, ze stopniami wysokimi nawet na kolano.

Jak widać, to nie jest park na łatwy spacerek, zwłaszcza przy panującej duchowe. Oprócz schodów są też wąskie ścieżki, skalne “momenty” i jaskinie (za kratami).

Podnobno flora i fauna jest tutaj nabogatsza ze wszystkich rezerwatów singapurskich. Można spokojnie zrobić z tego całodniową wycieczkę. Przewodnik poleca przysiąść w wyznaczonych miejscach i poobserwować naturę w ciszy. Ja przyszłam tu na bieganie, więc nie przesiadywałam, ale i tak udało mi się zobaczyć kilka fajnych motyli i Dicrurus paradiseus z fantazyjnym ogonem. Nie zaliczyłam też wszystkich dostępnych tras, więc jest powód, żeby wrócić.

Niedaleko parku znajduje się Bukit Timah Market and Food Centre, w którym można spróbować jednego z najlepszych carrot cakes w Singapurze. Uwaga, carrot cake to nie jest deserowe ciasto marchewkowe. Głównym składnikiem jest ciasto rzodkiewkowe (biała rzodkiew Daikon, mąka ryżowa), jajka i konserwowana rzodkiew. Są dwa rodzaje carrot cake – jasny i ciemny (z sosem sojowym). Najczęściej wyglądają jak mało apetyczna kupa, zwłaszcza z sosem sojowym, ale nie w tym miejscu.

Natomiast na deser zjadłam bean curd, co można przetłumaczyć jako ser sojowy, albo najzwyczajniej tofu. W ofercie było kilka wariantów, ja wybrałam z orzechami arachidowymi. Przy okazji można zaobserwować jak ów deser powstaje, bo w tym miejscu właściciele przygotowują wszystko sami i na miejscu, a w dodatku chwalą się, że wykorzystują niezmodyfikowaną genetycznie soję z Kanady. Myślę, że smakosze tofu doceniliby to co się tutaj wyrabia.


nostalgiczny pulau ubin

Oficjalne przewodniki polecają wyspę Pulau Ubin jako przykład tego, jak wyglądał Singapur w latach 60. ubiegłego wieku. Że wioska, cicho, spokojnie i generalnie chill out. Z tą historią to nie wiem, ale faktycznie – na wyspie można się zupełnie odprężyć i zapomnieć, że należy do nowoczesnego miasta.

Na Pulau Ubin można dostać się z Changi Point Ferry Terminal, z którego wypływają łodzie również do Malezji (Pengerang). We wrześniu br. o porcie można było przeczytać w prasie ze względu na znalezioną kontrabandę i mówiło się o jego zamknięciu. Jak na razie jest czynny. Sam port mieści się w Changi Village o klimacie sennych nadmorskich miasteczek. Obowiązkowo z hawker center, w którym można się posilić przed drogą, np. kawą na wynos.

Łodzie kursują od świtu do zmierzchu, nie ma rozkładu jazdy. Przewoźnicy czekają, aż uzbiera się dwunastoosobowa grupa i dopiero wtedy ruszają. W trakcie rejsu zbierają S$3 od osoby. Oczywiście, można zapłacić za 12 miejsc i popłynąć bez czekania, jeżeli komuś się spieszy, ale to chyba nie o to chodzi na tej wycieczce. Odległość od portu do portu to 2.5km, my płynęliśmy 10 minut.

Na wyspie, po prawej stronie portu wita policja, natomiast szlak turystyczny prowadzi na lewo. Najpierw przez kilka wypożyczalni rowerów, ale nie zdziwiłabym się, gdyby wszystkie należały do jednej rodziny.

Rowery są różne, w różnym stanie. MTB, trekkingowe, z koszyczkiem, tandemy. Wypożyczenie mojego już z lekka zużytego MTB kosztowało S$10 na cały dzień. Te nowsze kosztują drugie tyle, bo jak powiedział właściciel – “jezcze na siebie nie zarobiły”. I pewnie im łańcuch nie spada, i hamulce sprawniej działają. Może i można się było targować, ale ja nie umiem i nie lubię, w ogóle mi to nie przyszło do głowy. I taka ciekawostka, że nie trzeba okazywać żadnego dokumentu albo dawać go w zastaw.

Przed rozpoczęciem wycieczki wszyscy mijają sklep / kawiarnię / cokolwiek to jest z kokosami. Podczas gdy właścicielka niespiesznie, ale z wielką wprawą rozbija tasakiem kokosy dla spragnionych, ja zajrzałam do sklepu. To jest takie miejsce, gdzie być może towar faktycznie leży od lat 60.

Co do samej wyspy, to jest cała pięknie dżunglowo zarośnięta. Są miejsca, w których uprawia się zioła, jest sad. Są ulice asfaltowe i szutry. Większość ludzi przemieszcza się rowerem, ale jest też taxi service.

Ze zwierząt, na pierwszy rzut oka, można zobaczyć dzikie świnie, małpy, kraby, motyle. Są też psy tysiąc razy bardziej leniwe niż te, które spotkałam w Stambule. Jeden taki leżał na środku drogi asfaltowej. Nie bardzo zwracał na nas uwagę, tak samo jak na samochód, który zjechał z drogi na pobocze, żeby go ominąć.

Przy drogach ustawione są liczne tabliczki informujące o mijanych roślinach, ale też o muzułmańskich cmentarzach. Trzeba się bardzo dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć ledwo wystające nagrobki.

Ciekawa jest wycieczka przez Chek Jawa Wetlands – namorzyny oraz wzdłuż brzegu morza. Trzeba zwrócić uwagę na przypływ, bo część trasy chyba jest wtedy niedostępna. Informacje o poziomie wody i godzinach przypływu podane są na stronie internetowej, ale też przed wejściem na szlak. Rowery należy zostawić przed wejściem. Trochę się martwiłam, że nie mam zapięcia, ale też nie miały ich wszystkie pozostałe rowery czekające na swoich tymczasowych właścicieli.

Uwaga, na powyższym zdjęciu udało mi się uwiecznić ewolucję. Tak to wyglądało.

Zwiedziłam tylko wschodnią część wyspy, bo dosyć późno wyszłam z domu, ale zdecydowanie wrócę zaliczyć to co zostało – między innymi rowerową trasę MTB.

Fajnie byłoby pojechać ze swoim rowerem, ale sam transport jest utrudniony, jeżeli nie ma się własnego samochodu. Metrem rowerów nie można przewozić, chyba że składay (w ramach obecnie trwającego pilotażu), a w autobusie może znajdować się tylko jeden taki składak. Można oczywiście taksówką, ale szkoda pieniędzy. Transport roweru łodzią kosztuje S$2.


jestem jak feniks — I Started Training Only Yesterday

…tylko odrodzenie jeszcze przede mną, na razie spal(ił)am się. Jak dziecko bez wyznaczonych granic, bez chwili zastanowienia nad konsekwencjami, pobiegłam gdy słońce było w najwyższym punkcie, a niebo wyjątkowo niebieskie jak na często przychmurzone singapurskie warunki. Na szczęście będę miała jeszcze kilka dni na poprawienie się. Tym razem celem biegu był reserwat Bedok we wschodniej części […]

via jestem jak feniks — I Started Training Only Yesterday


Ostatnie chwile na załatwienie kilku ważnych spraw

Spróbowanie duriana zostawiam oczywiście na ostatnią chwilę. Wyskakuję z biura prosto do taksówki i ponownie wyznaczam kierunek na targ w malezyjskiej dzielnicy Geylang. Na miejscu zapach duriana już unosi się w powietrzu, a do targu mam jeszcze z 200m. Dusząca słodkość… z opowiadań znajomych oczekiwałam woni wywołującej sensacje, które u mnie powoduje widok korzucha mlecznego (lub sama myśl o) … uff, przepraszam, zaraz wracam… W kieszeni mam ostatnie dolary i nie chcę więcej wymieniać, a widzę, że trochę mi zabraknie. Zatem nie pozostaje mi nic innego niż potargować się na targu. I jest sukces.

Sprzedawca zakłada rękawiczki, by chronić dłonie przed ostrymi kolcami skorupy. Bierze jednego duriana, waży w dłoni, odkłada, bierze drugiego… przy trzecim lub czwartym podejmuje decyzję. Durian jest mój. Ostrym nożem i pewnym ruchem rozcina go na ćwiartki, z których wyłaniają się pestki otoczone miękkim miąższem o konstystencji mazi.

Miąższ jest bardzo słodki i na pierwsze wrażenie wyczuwam bardzo sfermentowany owoc. Trudny smak do określenia, te kilka osób, które próbowały nie wypowiadały się pozytywnie, ale mi smakuje. Zjadam wszystko, ale gdybym była w innych warunkach, pewnie zostawiłabym sobie resztę na później (po jakimś czasie odczuwam echo mdłości). Ostatni rzut oka na to, co jeszcze jest sprzedawane. Żegnajcie słodkie miniaturowe limonki, malutkie banany o nieznanym w Europie smaku. Bye bye papryczki i dziwne powyginane korzenie.

Ale to nie wszystko. Pozostaje do odwiedzenia jeszcze jedno centrum gastronomiczne w tajskiej dzielnicy, Golden Mile. Zjadam zupę, zjadam rybę. Na więcej nie ma miejsca w brzuchu.

Wracam do hotelu pieszo, biorę prysznic przy basenie i uciekam na lotnisko. Pamiętajcie, by pilnować tych małych karteczek, które dostajecie przy wjeździe do Singapuru, przydają się przy wyjeździe…


Tu się je.

W Singapurze się je. Wszędzie mniej lub bardziej zapełnione restauracje, rano i wieczorem. Przeróżniasta kuchnia azjatycka, czasem pojawia się u mnie syndrom osiołka. Najfajniejsze są tzw. hawker centers, czyli hale skupiające budki z jedzeniem. Są mniej popularne w śród turystów, jak np. Geylang Satai, ale też zlokalizowane w samym centrum finansowym. Lau Pa Sat jest takim miejscem.

Historyczny budynek zaprasza chyba przez całą dobę, ale ja zjawiłam się tam na dwie godziny przed godziną duchów. Większość budek była już pozamykana, więc tłumów nie było. Dzięki temu widać było jak na dłoni jak snułam się od budki do budki, podchodząc do niektórych po kilka razy nawet – już mnie nawet przestali nawoływać. I dobrze – z trudnem, ale w końcu znalazłam co chciałam. Laksa.


Geylang

Jadę w sam środek singapurskiej dzielnicy malezyjskiej – Geylang Serai.

Trochę przesadzam ze strojem odpowiednim na tutejszy klimat i wzbudzam podśmiechujki u kilku tradycyjnie ubranych kobiet. W Geylang Serai Market zatrzymuję się na mutton satay. Porcja jest średnia, a mała w zupełności by wystarczyła. Sos orzechowy, słodki. Na przełamanie smaku ogórek i cebula. Większość lokalesów nie zwraca na mnie uwagi, ale gdy zatrzymam się na chwilę dłużej przyglądając się czemuś mi mniej znanemu, zaraz ktoś podchodzi z uśmiechem i podpowiedzią.

Geylang jest dzielnicą pełną kontrastów. Na jednej ulicy tuż za muzułmańskimi rewirami stoją dziwki, ich twarze okraszone jaskrawym makijażem. Im dalej od skupienia malezyjskiego, całość przypomina mi klimaty torontońskich Queen Street lub The Annex – młode, tanie, modne i zrelaksowane. 

Mijam sznur restauracji, wszystkie wypełnione lokalesami, tu i tam pojawia się europejska twarz. O historii mieszkańców dzielnicy przypominają landrynkowo kolorowe fasady budynków.